Nie piszę wesołych piosenek

Paulina Błaszkiewicz 14 listopada 2014

Rozmowa z ARTUREM ROJKIEM, wokalistą, autorem tekstów, kompozytorem, twórcą Off Festivalu, byłym liderem zespołu Myslowitz.

W kwietniu 2014 roku ukazała się pierwsza solowa płyta Artura Rojka po odejściu z zespołu Myslovitz

Fot.: Archiwum


Lubi Pan wzruszać ludzi?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. To miłe, jeśli ktoś właśnie w taki sposób odbiera to, co robię, o czym śpiewam. Nie jestem człowiekiem zbyt otwartym i być może dlatego nie umiem okazać tego, co czuję, ale bardzo doceniam to, że moja twórczość spotyka się z takim przyjęciem. W trakcie nagrywania płyty „Składam się z ciągłych powtórzeń” miałem wiele wątpliwości...

Jakiego rodzaju?
Czy to, co zrobiłem, jest dobre czy nie. Do dziś zaskakuje mnie wiele kwestii związanych z tym materiałem. Bardzo zastanawia mnie obecność dzieci na moich koncertach. Na tej płycie nie ma niczego, co byłoby skierowane wprost do dzieci...

Tak, ale są dziecięce chórki. Mam 6-letniego brata, który uwielbia utwór „Beksa”...
O! Może lubi tę piosenkę właśnie dlatego, że dzieci w niej śpiewają.

Raczej dlatego, że w drugiej zwrotce jest słowo na k...
No tak, rozumiem... Podoba mu się zakazane słowo.

Pana twórczość spotyka się z dużym uznaniem nie tylko w naszym kraju. Kayah jakiś czas temu mówiła, że słyszała „Syreny” na zagranicznych wakacjach...
To ciekawe, nie wiedziałem o tym. A może ona słyszała tę piosenkę w polskim samochodzie? A już poważnie mówiąc, to jest mi bardzo miło z tego powodu.

Ile zostało z tego chłopaka, który kilkanaście lat temu śpiewał o miłości w czasach popkultury?
Jakaś duża część na pewno we mnie została. Nie wydaje mi się, żeby od płyty „Miłość w czasach popkultury” minęło aż tak dużo czasu.

No właśnie. Na koncercie w Toruniu też pojawiły się utwory z repertuaru grupy Myslovitz. Czy to oznacza, że jeszcze nie do końca rozstał się Pan z zespołem, czy wynika raczej z sentymentu?
Ani jedno, ani drugie. Po prostu w repertuarze mam za mało swoich piosenek. Nie chcę serwować publiczności 45-minutowych koncertów, dlatego pojawiają się piosenki Myslovitz i jeden cover.

Pamiętam audycję Piotra Stelmacha sprzed dwóch lat, w której poinformował, że odchodzi Pan z Myslovitz. Wszyscy zastanawiali się, co będzie dalej, ale nie kazał Pan na siebie zbyt długo czekać i dosyć szybko wydał solową płytę...
Dla mnie to wcale nie było szybko. Oficjalna informacja o moim odejściu z Myslovitz pojawiła się właśnie wtedy, ale moment rozstania nastąpił wcześniej, dlatego mówię, że to nie był taki krótki okres. Płytę „Składam się z ciągłych powtórzeń” nagrywałem długo i czułem, że minęło dużo czasu. Kiedy nosiłem się z zamiarem odejścia z zespołu, to myślałem, że jest to ostatni moment, kiedy mogę to zrobić: teraz albo nigdy. To nie jest takie proste diametralnie zmienić swoją drogę zawodową, zwłaszcza że ludzie przez 20 lat przyzwyczaili się do tego, że jestem wokalistą zespołu Myslovitz. Miałem dużo wątpliwości, ale kiedy już to zrobiłem i nastał „ten czas”, to pojawiły się kolejne wątpliwości. Nie byłem przekonany, czy w ogóle nagram płytę. Nie wiedziałem, jaka będzie. To wszystko przyszło dopiero po jakimś czasie. Musiałem się z tym oswoić. Przez ponad dwa lata szukałem ostatecznego kształtu dla tego krążka, inaczej mówiąc: dla tego, czego dziś ludzie mogą słuchać na moich koncertach.

Mówi Pan o wątpliwościach, śpiewa o tym, że składa się z ciągłych powtórzeń, a na koncertach chyba po raz pierwszy decyduje się Pan na bardzo osobisty kontakt z publicznością, zostając sam na scenie...
Lubię takie momenty, kiedy jestem z zespołem, gram i nagle zostaję sam na sam z publicznością. Tak samo lubię zagrać coś psychodelicznego w postaci takiej piosenki jak na przykład „Good day my angel” po dziesięciu melodyjnych utworach. Gdybym tak od początku stał sam, to nie wydaje mi się, żeby to było dla mnie ciekawe. Lubię różnorodność.

Ile jest prawdy w tym, że Pana solowa płyta jest próbą rozliczenia się z przeszłością albo powrotem do dzieciństwa?
Nie jest powrotem do dzieciństwa. To, że w „Beksie” śpiewam „beksa”, stało się pretekstem do podjęcia takich rozważań przez dziennikarzy. W swoich tekstach poruszam wiele kwestii, ale to nie jest płyta stricte o moim dzieciństwie. Ono jest tam zaakcentowane i gdzieś się na pewno przejawia, ale potraktowałem je trochę inaczej niż na płycie Lenny Valentino. Z drugiej strony, mam świadomość, że jeśli ten element dzieciństwa się pojawia, to jest on ważny, ale bardziej w utworze „Lato 76” niż w „Beksie”.

Wybór Bartosza Dziedzica jako producenta płyty nie był chyba przypadkowy...
Bartek jest jedyną osobą, z którą pracowałem nad tą płytą od początku do końca. Nagraliśmy ten album wspólnie. Bartek - poza tym, że go wyprodukował - jest też współkompozytorem. Włożył w tą płytę wiele pomysłów i przede wszystkim pracy. Z kolei ja, mając pomysł na piosenkę, chęć zrobienia czegoś innego, pójścia o krok dalej czy przekroczenia pewnych granic, ale mając jednocześnie świadomość swoich ograniczeń, zacząłem angażować do pracy różnych ludzi, którzy pomagali mi zrealizować moje pomysły. Taką osobą jest też, między innymi, Bartek Dziedzic. On doskonale wiedział, z kim ma do czynienia: co potrafię, jak śpiewam i jak piszę.

Bartosz Dziedzic jest producentem „Grandy” - płyty Moniki Brodki. Nie miał Pan obaw, że także Panu zaproponuje metamorfozę, coś zupełnie innego?
Tu nie ma żadnej metamorfozy. Z Moniką Brodką to zupełnie inna historia. W jej przypadku było to stworzenie nowej osoby - tak od początku. Monika wcześniej egzystowała w innej przestrzeni i w innej rzeczywistości. W moim przypadku Bartek miał do czynienia z artystą, który już był ukształtowany i miał jakąś pozycję. Chodziło tylko o to, żebyśmy wspólnie wymyślili jakąś koncepcję, która byłaby nowym otwarciem. Tak kombinowaliśmy i się udało. Bartek miał jeszcze bardziej odważne pomysły. Nie wszystkie udało się zrealizować, dlatego że nie we wszystkich siebie widziałem. Byłem też daleki od śpiewania wesołych piosenek. Może nie tyle daleki od śpiewania, co nie potrafiłem ich napisać. W tamtym czasie pisałem po prostu to, co miałem do powiedzenia, i takie niespecjalnie wesołe teksty wyszły.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że łączy artystyczne wartości z komercją. Taką umiejętność nabył Pan podczas pracy przy Off Festivalu?
Podświadomie wiele rzeczy w głowie mi zostaje. Nie uważam się za zawodowego twórcę eventów. Nie mógłbym z tego żyć. Robię jedną imprezę, w którą mocno wierzę, i być może dlatego ona od ładnych paru lat się udaje. Gdybym jednak miał organizować na przykład rewię na lodzie, występy cyrku czy koncert Tiny Turner, to mogłoby się to nie udać. Nie jestem zawodowym producentem przedsięwzięć koncertowych. W to jedno angażuję swoje emocje i być może dlatego ma ono taki odbiór - jest prawdziwe i osobliwe. U wszystkich osób, które skupia ten festiwal, pojawiają się emocje podobne do moich, ale na ile ta impreza ma wpływ na to, co robię artystycznie? Trudno mi powiedzieć. Nie myślałem o Off Festivalu, kiedy zajmowałem się swoją płytą. Praca przy festiwalu bardzo wiele mnie nauczyła, ale droga artystyczna, którą wybrałem i którą idę, jest inna.

Alternatywna czy popowa?
Gdyby nie Off Festival, to pewnie w ogóle nie byłoby u nas tematu nazwanego „polska muzyka alternatywna”. Wielu wykonawców nie pojawiłoby się w takich miejscach ani na łamach gazet, które czytam ja i dwudziestu moich kolegów. To, co robię artystycznie, nie ma jednak nic wspólnego z alternatywą. Umiem to rozróżniać. Tworzę po prostu pop. Może trochę ambitniejszy, ale nadal to jest muzyka pop.

teczka osobowa


Artur Rojek


- Wokalista, kompozytor, autor tekstów, producent. Urodził się w 1972 roku w Mysłowicach. Jest absolwentem AWF w Katowicach. Przed 20 lat był związany z zespołem Myslovitz, którego też był liderem.

- Jest pomysłodawcą i dyrektorem artystycznym Off Festivalu, który przez pierwsze cztery lata odbywał się w Mysłowicach (2006-2009), a w roku 2010 został przeniesiony do Katowic.

- W 2013 roku został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Rok później wydał solową płytę „Składam się
z ciągłych powtórzeń”.