Wyszło szydło z nagrania

Grażyna Ostropolska 14 listopada 2014

Policjanci najwyraźniej nie mieli świadomości, że skasowane przez nich nagranie z interwencji domowej da się odtworzyć i wyjdzie na jaw to, co chcieli ukryć. Mężczyzna, który ma zapis zdarzenia, uważa się za ofiarę policyjnej przemocy i oskarża funkcjonariuszy o niszczenie dowodów.

Fot.: Łukasz Ciaciuch

Pijany Winkler pobił interweniujących policjantów, czy oni pobili posła? Tego niezawisły sąd jeszcze nie rozstrzygnął. Rozgorzała za to dyskusja nad potrzebą rejestracji policyjnych działań za pomocą kamer. Za takim rozwiązaniem optuje Komenda Główna Policji, tłumacząc funkcjonariuszom, że nagrywanie ich zachowań ograniczy liczbę skarg i pomówień o nadużycie siły. Jest nadzieja, że obecność kamer nie tylko wzmocni bezpieczeństwo zatrzymywanych obywateli, ale i...kulturę słowa policjantów, bo w tej aż się roi od określeń typu: „k...”, „ch...” czy „p...”.


- Gdyby to, co mnie spotkało, było nagrywane kamerą, nie ja siedziałbym dziś w sądzie, oskarżony o użycie przemocy i znieważenie funkcjonariuszy, tylko oni - twierdzi Jerzy Koźbiej. Uważa się za ofiarę policyjnej przemocy i oskarża funkcjonariuszy o niszczenie dowodów. Nagrywał przebieg policyjnej interwencji na odtwarzaczu MP3.

- Po zatrzymaniu i dowiezieniu mnie na komendę, policjanci próbowali te nagrania zniszczyć. Mieli jednak pecha, bo zanim skasowali niewygodne dowody,

sami się na odtwarzaczu nagrali


i wyszło szydło z worka.

Pan Jerzy włącza nagranie (trwa ok. 46 minut), odtworzone przez fachowca, którego sam znalazł, bo prokuratura nie widziała powodu, by MP3 poddać ekspertyzie i skasowany dowód odzyskać.

Szkoda, bo nie od rzeczy byłoby poddać analizie pewne stwierdzenia policjantów. Choćby te: „Ale mu wj.... Ale jak! W ryj dostał!” - tak funkcjonariusz M. relacjonuje koledze przebieg domowej interwencji (w 42. minucie nagrania).

- Wieźli mnie wtedy radiowozem, skutego kajdankami, pobitego i oślepionego gazem - tłumaczy Koźbiej. W tle nagrania słychać rozmowy policjantów przez radiotelefon. Jeden z nich pyta policjanta M., czy zatrzymany musi jechać do lekarza. „Nie, na pewno nie musi, jest tylko lekko zagazowany” - odpowiada M., a pytający kwituje to tak: „ No to co, k... To dla zdrowotności...”.

Kilka minut później do rozmowy włącza się kolejny policjant. „Naje... jest?” - pyta sierżanta M. o stan zatrzymanego, a ten odpowiada: „Naje..., bo ja mu naje...”. „Czyli nerwowy jesteś”, komentuje pytający, a M. tak mu tłumaczy: „Takie jakieś mi się luźne ręce zrobiły”.

W 45. minucie nagrania M. mówi do kolegi: „Aha, słuchaj, on mówił, że nagrywa. Wziąłem, nie wiem, czy można to jakoś skasować, bo ja się nie znam”. Po minucie słychać instrukcję jednego z policjantów (nie jest to M.): „Do tego musisz mieć słuchawki”, a trzy minuty później kolejną:

„Wszystko mu wykasuj i ch...”.


- Odzyskałem to nagranie dopiero cztery miesiące po zdarzeniu, bo wcześniej nie wiedziałem, że jest to możliwe i natychmiast, wraz ze stenogramem, przesłałem je do sądu i prokuratury - wspomina Koźbiej. Sądził, że nowy dowód posłuży prokuraturze do wznowienia postępowania, ale jeszcze się tego nie doczekał.

Wcześniej pan Jerzy złożył w prokuraturze zawiadomienie „o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariuszy poprzez bezpodstawne użycie wobec niego środków przymusu i zatrzymanie, wskutek czego doznał obrażeń ciała, naruszających czynności narządów na nie dłużej niż 7 dni”, ale ta odmówiła wszczęcia śledztwa, zaś sąd to przyklepał. Sędzia orzekł, że prokurator przeprowadził postępowanie sprawdzające poprawnie, a przed wydaniem postanowienia zapoznał się z treścią wyjaśnień skarżącego oraz zeznań pozostałych osób, uczestniczących w zajściu, które ci złożyli w równolegle toczącej się sprawie przeciw Jerzemu Koźbiejowi.

„Brak było racjonalnych przesłanek, aby zaakceptować bezpodstawne twierdzenia skarżącego, iż interweniujący policjanci dopuścili się przestępstwa na jego szkodę”, czytamy w sądowym postanowieniu.

- Prokurator oparł się na notatkach służbowych policjantów i ich zeznaniach, które wyglądały tak, jakby nauczyli się ich na pamięć, tymczasem nagrania wskazują, że interwencja przebiegała inaczej - wytyka Koźbiej. Był zdruzgotany, gdy ta sama prokuratura, która odmówiła wszczęcia śledztwa przeciw policjantom, oskarżyła go o to, że

„wdarł się do mieszkania swojej żony”


i wbrew jej żądaniu go nie opuścił oraz, że „używając wobec funkcjonariuszy policji: posterunkowej K. i sierżanta M. przemocy w postaci kopnięć, uderzeń rękoma, a także rzucając w ich kierunku stołem i taboretem, znieważając jednocześnie w.w. słowami wulgarnymi, zmuszał ich do zaniechania prawnej czynności służbowej - zatrzymania, dokonując tym samym naruszenia ich nietykalności cielesnej”.

- Akt oskarżenia wpłynął do sądu, a ten wydał wyrok nakazowy. Uznał mnie winnym zarzucanych czynów, skazał na grzywnę oraz karę 8 miesięcy ograniczenia wolności w postaci nieodpłatnej pracy na cele społeczne: 30 godzin miesięcznie - Koźbiej cytuje wyrok, od którego wniósł sprzeciw i teraz w sądzie toczy się normalny proces.

Z wyjaśnień Koźmieja oraz zeznań świadków wyłania się niezwyczajne tło policyjnej interwencji. W dużym uproszczeniu miało to wyglądać tak. Pan Jerzy i jego żona Monika są młodym małżeństwem z problemami. On twierdzi, że zgodnemu pożyciu przeszkadza zazdrość żony, która nawet w dniu ślubu zrobiła mu awanturę o zaproszoną na wesele koleżankę. Ona twierdzi, że mąż jest apodyktyczny, nie liczy się z jej zdaniem, wyzywa ją i poniża, a raz, podczas awantury, uderzył ją w twarz. Małżonkowie poddali się rodzinnej terapii, a gdy ta nie poskutkowała, pani Monika przeniosła się do mieszkania, odziedziczonego po zmarłej matce, a mąż został tam, gdzie wspólnie mieszkali. - Ja byłem zameldowany tu, ona tam, ale oba mieszkania traktowaliśmy jako wspólnotę majątkową - tak pan Jerzy tłumaczy fakt, że w lutowy wieczór (ok. 22.30) pojawił się w mieszkaniu, zajmowanym przez żonę i sublokatorkę, by tam przenocować. - W swoim nie mogłem zostać, bo dostałem ostrzeżenie, że mogę zostać pobity przez osoby, nasłane przez byłego pracodawcę, na którego wniosłem skargę do PIP - wyjaśnia

powód niespodziewanej wizyty.


Żona nie chciała pana Jerzego wpuścić, ale sublokatorka otworzyła mu drzwi, więc ją odepchnął i wszedł. Żona zadzwoniła na policję, a sierżant M., który wraz z posterunkową K. przyjechał na interwencję, napisał w służbowej notatce, że podjęto ją w wyniku zgłoszenia, że „były mąż” nie chce opuścić mieszkania byłej żony. Na miejscu policjanci usłyszeli od pani Moniki, że jest z mężem w separacji i nie chce go w swoim mieszkaniu widzieć. Na odzyskanym nagraniu słychać, jak pan Jerzy tłumaczy policjantom, że jest to również jego mieszkanie i go nie opuści, a oni nie powinni się w ich rodzinne sprawy wtrącać. Mundurowi nie odpuszczają, więc Koźbiej wychodzi na klatkę schodową, by wezwać na świadka sąsiada.

Gdy wraca, zastaje drzwi zamknięte, a przed nimi plecak ze swoimi rzeczami. - Jest luty, mam na nogach laczki, bo buty zostały w mieszkaniu, więc choćbym chciał wyjść, to nie mogę - tłumaczy.

Dzwoni i prosi, by żona go wpuściła, a gdy ta odmawia, wyważa drzwi. - Wystarczyło je pchnąć, by wypadła śruba z obluzowanego zamka - broni się pan Jerzy, a zeznania jego żony tej wersji nie przeczą.

Pani Monika ponownie dzwoni po policjantów. Przyjeżdża ta sama ekipa. W nagraniu słychać, jak sierżant M. poucza kobietę: „Chce pani zgłaszać

naruszenie miru domowego,


(...), to go zwijamy i jedzie z nami w kajdankach na komisariat”, a gdy ta się waha, M. mówi: „No niech się pani zdecyduje, bo inaczej całą noc będę jeździł”.

Słychać głos pana Jerzego: „Ja jestem u siebie w domu...”, przerwany rumorem przewracanych mebli i brzękiem tłuczonego szkła”. Potem jest okrzyk: „Monika ratuj!”, słychać świst rozprężającego się gazu oraz głosy Jerzego: „O Jezu, duszę się!” i pani Moniki: „Otwórzcie okno, bo się udusi”.

Policjanci zeznają, że pan Jerzy „wpadł w szał, zaczął rzucać w ich kierunku taboretem i stołem, a następnie odwrócił się do szafy, gdzie znajdowały się noże”, więc zastosowali wobec niego siłę fizyczną, a potem gaz. Wersja Koźbieja jest inna: - Zabarykadowałem stołem wejście do kuchni, a policjanci go wypchnęli, zaczęli mnie okładać pięściami, dusić i dali gazem po oczach - opowiada. Na nagraniu słychać, jak policjant z wezwanego na pomoc innego patrolu pyta: „Kto tak porozbijał w kuchni?”, a sierżant M. odpowiada: „To nie ja, to on” i słyszy od pytającego: „Tak trzymać”.

PS Personalia zmieniono.

Opinia


Monika Chlebicz, rzeczniczka Kujawsko-Pomorskiej Komendy Wojewódzkiej Policji

Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, że funkcjonariusz niszczy nagranie, rejestrujące przebieg interwencji, bo sami zabiegamy o to, by była techniczna możliwość nagrywania policyjnych działań. Sytuacje, w których policjant może użyć siły fizycznej lub gazu, są uregulowane w przepisach prawnych.

Funkcjonariusz ma prawo sięgnąć po środki bezpośredniego przymusu m.in. w celu wyegzekwowania wydanego zgodnie z prawem polecenia. Siłowe rozwiązanie będzie też usprawiedliwione, jeśli obywatel nie reaguje np. na polecenia: „Proszę się odsunąć” lub „Proszę wyjść” oraz w przypadku zamachu na życie, zdrowie i wolność policjanta lub innego człowieka. Nie będzie też błędem użycie siły w celu przeciwdziałania czynnemu lub biernemu oporowi zatrzymanego, zmierzającego do autoagresji.