Korpoludki na gigancie

Dorota Witt 7 listopada 2014

Z pracy w dużych firmach z filiami w wielu miastach i krajach odchodzą pracownicy zaangażowani, ambitni i pracowici. Wcale nie ci, którzy radzą sobie przeciętnie

Fot.: Thinkstock

Była obietnica szybkiego awansu, ale okazuje się, że po wdrapaniu się na kilka schodków kariery fotele dyrektorów i prezesów można oglądać jedynie przez szklany sufit. Była mowa o pracy pod presją czasu, są telefony od szefa nawet w środku świątecznej nocy.


Ania Muchowska ma 28 lat. Przez trzy lata pracowała w korporacji z filią w Bydgoszczy. „To trzy lat wyjęte z życiorysu, ale i trzy lata z życia mojego dziecka, czas który straciłam” - powie po odejściu. - Uciekłam - przyznaje dziś pani Ania. - Od pracy pod miażdżącą presją czasu, od wiecznego wypełniania tabelek i sprawozdań. Od bez przerwy dzwoniącego telefonu (doszło do tego, że nawet dziś zabieram komórkę pod prysznic!). Od konieczności tłumaczenia się z niestaranności kogoś innego.

„Stopiątka” na ratunek


Decyzja o odejściu mimo wszystko nie była prosta. Koleżanki bez zarzutu, bezpośredni przełożony w porządku. A jednak pani Ania postanowiła zacząć zawodowe życie raz jeszcze, na własny rachunek. Otworzyła pizzerię „Stopiątka”’ w Bydgoszczy. - Niektórych korporacja tak zmienia, że mają ochotę uciec w jakąś głuszę, na wieś, z dala od ludzi. Ja nie mogłam uciec do lasu, bo mam rodzinę i zobowiązania finansowe. Myślę, że o odejściu marzył prawie każdy w firmie, ale nie każdemu wystarczało odwagi.

„Na swoim” też ciągle ma przy uchu telefon, ale... - Nie dzwonię służbowo wieczorami czy w święto, żadnych zwyczajów korporacyjnych nie przeniosłam na moje relacje z pracownikami - zapewnia Ania Muchowska.

Urlop z wideokonferencją


Pani Grażyna (dane do wiadomości redakcji), młoda mama z dużego miasta w Kujawsko-Pomorskiem, z jednej korporacji przeszła do drugiej. - Ucieknę, teraz też ucieknę - zapowiada. - W pierwszej firmie były ciągłe wyzwiska ze strony przełożonych, gdy tylko z czymś nie zdążyliśmy (choć wykonywaliśmy 120-150 proc. planu), dowiadywaliśmy się, że nie nadajemy się do tej pracy. Telefon dzwonił dzień i noc, także w wolne od pracy dni i noce.

Kiedyś podczas urlopu czy jakiegoś święta szef postanowił zwołać wideokonferencję. Zamknęłam się w pokoju. Mąż w drugim słuchał muzyki. Słyszał też dokładnie, jak wrzeszczy przez słuchawkę szef. Poskarżyć się? „Jak ci się nie podoba, to odejdź!”. W drugiej korporacji miało być lepiej, w końcu to firma z dobrą marką. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej kuszono awansami, prestiżowym stanowiskiem, dobrą pensją. A są: ciągłe telefony, praca pod presją czasu i brak możliwości podejmowania samodzielnych decyzji (mimo kierowniczego stołka).

Wybija północ i pojawia się sygnał telefonu komórkowego. To wiadomość od szefa: „Zrób mi natychmiast zestawienie za ostatni miesiąc”. Pani Grażyna wiadomość odbiera, raport wysyła nad ranem. Przełożyć zadanie na jutro? Nawet o tym nie pomyślała. - Ciśnienie jest takie, że człowiek przestaje zastanawiać się, co jest normalnym poleceniem od szefa, wykonuje wszystkie - mówi. - Szef ciśnie, wymaga, goni z terminami, bo ktoś nad nim robi dokładnie to samo.

Wciśnięty hamulec rozwoju


- Odeszłam, to była świadoma, przemyślana decyzja, choć niełatwa - mówi Aneta Grochowska-Gmys, która w korporacjach przepracowała 12 lat (już odchodząc z pierwszej myślała o własnym biznesie, otworzyła go dopiero po rzuceniu drugiej). Teraz sama jest szefową - autorskiej pracowni architektury krajobrazu „Wiśniowa Alejka” we Wtelnie, na stałe zatrudnia 4 osoby. Do własnego biznesu przeniosła wiele metod współpracy z podwładnymi, jakie zaobserwowała u swoich szefów.

- Złego słowa nie powiem, telefonów poza godzinami pracy nie musiałam odbierać, żadnych wyzwisk nie wysłuchiwałam - zapewnia. - Co więcej, czułam, że moja praca i zaangażowanie są doceniane. Raz tylko (no, może dwa czy trzy) efekty ciężkiej i dobrej pracy zespołu nie zostały zauważone. Tak, wtedy poczułam się niesprawiedliwie potraktowana.

Pani Aneta zdała sobie sprawę, że w korporacji, nawet będąc dobrym, oddanym, zdolnym pracownikiem, nie można spełnić swoich marzeń, a rozwój z czasem się tu hamuje. Mimo krótkiej drabiny awansu w pewnym momencie okazuje się, że doszło się do szklanego sufitu. - Ciepła, dobrze płatna posadka szybko człowieka rozleniwia, przyzwyczaja do wygody, chciałam to przerwać - mówi. - W korporacji z czasem robi się za ciasno dla ludzi z pomysłem na siebie i życie, z potencjałem, dla zdolnych, ambitnych. Tacy odchodzą, wcale nie ci, którym w pracy idzie przeciętnie. Odchodzą i kobiety, i mężczyźni, czasem całymi grupami, jak wtedy, kiedy ja rezygnowałam.

Kobiety często jednak szybciej decydują się na zmianę pracy, która wypala i zabiera każdą wolną chwilę, bo wieczory zawładnięte przez korporacje chcą odzyskać dla dzieci, bardziej może niż dla siebie. - Dziś nikogo nie proszę o to, czy muszę zabrać córkę do pracy, bo jest podziębiona i nie może pójść do przedszkola, nadal dużo pracuję, ale mogę zorganizować czas tak, żeby być z dzieckiem jak najdłużej - mówi Anna Muchowska.

Pani Aneta zmieniła branżę. W korporacji pracowała jako technik inżynierii chemicznej (- Nigdy nie szukałam pracy, to ona znalazła mnie od razu po studiach - mówi). Pracując w dużej firmie, podjęła kolejne studia i zajęła się projektowaniem ogrodów.

- Młodych przyciąga do korporacji obietnica awansu, możliwość wykonywania ciekawego zajęcia, uczestniczenia w szkoleniach i dobra pensja - wylicza Aneta Grochowska-Gmys. W praktyce skrzydła są czasem podcinane.

Młoda? Ładna? Kochanka szefa!


Olga Kozierowska, autorka poradnika „Sukces pisany szminką”, w korporacjach w kraju i za granicą, przepracowała całe lata, zaczęła jeszcze na studiach. Dziś jeździ po Polsce (we wtorek była w Toruniu, w czwartek w Bydgoszczy) i opowiada, jak odnieść sukces na swoim, jak podjąć decyzję o zmianie swojego życia. - W świecie kobiet ucieczki z korporacji są coraz częstsze - zauważa.

- Szczególnie, że praca na swoim niesie z sobą wiele korzyści dla kobiet, których serce jest w domu, bo mają dzieci. Po pierwsze, elastyczny czas pracy - bezcenne. Po drugie, bycie sobie panią. Po trzecie, brak stresu związanego z obcowaniem z „wydmuszkami w korpo”: kobietami, które mają dobre relacje z szefem i na tym budują swoją wartość w firmie, a nas szlag trafia, że musimy się z nimi liczyć. Po czwarte, brak limitów zarobkowania.

Okazuje się, że w korporacjach, które często głośno chwalą się przestrzeganiem wysokich standardów w relacji z pracownikiem czy kilkusetosobowym zespołem społecznych inspektorów pracy, dyskryminacja nie jest czymś niespotykanym: - W ostatniej korporacji, w której spędziłam kilka lat, miałam wspaniałych bezpośrednich przełożonych - opowiada Olga Kozierowska. - Rozwijali mnie, motywowali i wierzyli, że jestem w stanie osiągnąć bardzo dużo. Niestety, w wielu innych przypadkach odczuwałam negatywnie to, że jestem młodą kobietą na wysokim stanowisku.

Kiedy objęłam funkcję regionalną, obserwowałam, że dopóki podwładny mnie nie widział, wykonywał moje polecenia bez problemów, odnosząc się do mnie z szacunkiem. Gdy już mnie zobaczył, oceniał. Kim mogła być ta młoda, całkiem dobrze wyglądająca kobieta? Stereotypowo - kochanką prezesa. Walka z tą przyklejoną łatką była męcząca i frustrująca. Dziś sama układam relacje ze współpracownikam - przejrzyście - i pracuję z tymi, z którymi czuję dobrą energię.

Korpo-wyzwnie


Olga Kozierowska odeszła, bo ze szczytu w korpo zobaczyła inne, wyższe: - Już jako trzydziestolatka zarządzałam komunikacją i marketingiem grupy GeoPost w 14 krajach - mówi. - I wtedy, choć poczatkowo wydawało mi się, że jest to nieosiągalne, zapragnęłam czegoś więcej. Siła marzenia i wiara, że się uda, zwyciężyły. Ponadto, dobrze wiedziałam z jakimi wyzwaniami spotykają się kobiety w strukturach korporacji, widziałam też, jak mała jest reprezentacja kobiet biznesu w mediach (jakbyśmy nie miały za sobą w tym obszarze spektakularnych sukcesów). Postanowiłam to także zmienić. Połączyłam pasję, marzenia i misję w jedno. Tak postał Sukces Pisany Szminką. Pierwsza w Polsce organizacja kompleksowo wspierająca rozwój zawodowy i duchowy kobiet, nagłaśniająca ich sukcesy w mediach.

Człowiek korporacji


Wygoda i pełen bak

- Dla wielu, zwłaszcza młodych, osób praca w korporacji to ciągle spełnienie marzeń. Już na starcie nie muszą martwić się o to, co w przypadku ich koleżanek i kolegów na zawodowym dorobku jeszcze przez kilka lat będzie celem do osiągnięcia, a więc o firmowy samochód (przeglądy i pełen bak to problem firmy), o pakiet socjalny (opieka medyczna na dobrym poziomie, zniżkowe karnety na siłownię czy basen). Z czasem jednak „korpoludki” dochodzą do wniosku, że firmowe gadżety i dobra pensja nie zrekompensuje dni wyjętych z życia, kiedy wychodzi się w pracy po zmroku, a po powrocie do domu - dalej pracuje.

- „Korporacja bywa kojarzona z pełnym oddaniem firmie, pracoholizmem oraz byciem „bardziej pracownikiem niż człowiekiem. Taki modus vivendi umożliwia pięcie się po szczeblach kariery,
a przynajmniej utrzymanie stanowiska” - czytamy w książce Mai Biernackiej „Człowiek korporacji”.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 14-11-2015 01:10

    Brak ocen 0 0

    - korponielud: Nie mają dusz, nie mają światła... siedzą w smutnych ścianach w podzięce że są "robotni". korpo nibyludzie, z ajpadami, myślący o swojej garderobie jak najlepiej. To właśnie oni. Korpo nieludzie. Po jednej rozmowie wydajecie się umarłymi którzy przeżyli wszystkie mądrości. Jak umarły może myśleć? Jak umarły może Kochać? Smutne z was klocki lego, żółte, białe, czerwone. Smutne martwe samoludzie...

    Odpowiedz