Ksiądz Jan na granicy cudu

Katarzyna Bogucka 31 października 2014

Rozmowa z ks. JANEM KACZKOWSKIM, bioetykiem. Ksiądz jest założycielem Hospicjum im. św. Ojca Pio w Pucku, choruje na raka mózgu.

Ks. Jan Kaczkowski Bazylikę Królowej Męczenników w Fordonie odwiedził w zeszłą niedzielę, promował książkę „Szału nie ma, jest rak”, głosił - z niekończącym się entuzjazmem - kazania na ośmiu mszach

Fot.: Tomasz Czachorowski


Sądząc po tym, jak często pojawia się ksiądz w mediach, stał się ksiądz celebrytą…
Wolę określenie „onkolocebryta”, bo celebryci są znani z tego, że są znani, a ja mam konkretny powód - proszę o wsparcie, np. jednym procentem, puckiego hospicjum, KRS 0000231110.

Czy księdza zawsze było wszędzie pełno, czy…
Chce pani zapytać o to, na ile choroba mnie zmieniła - ucelebryciła? Zawsze byłem dość szybkim pociągiem i tak o sobie mówiłem, że kto nie zdąży wsiąść, to jego sprawa. Kiedyś jechaliśmy z moją mamą po odbiór kolejnych wyników, co do których miałem podejrzenia, że będą złe (akurat okazały się dobre, następne za to były nie najlepsze, jak to z nowotworem bywa, taka fala). Chciałem mamę trochę przygotować na złe wiadomości, a ona tak na mnie popatrzyła i mówi: „Jan, to jest takie niezwykłe. Ty przez całe życie się spieszyłeś, urodziłeś się jako wcześniak i już od tego momentu wszystko było szybko. Dużo podróżowałeś, byłeś ciekawy świata, maturę dobrze zdałeś, dostałeś propozycję studiów we Francji. Nie chciałeś…”

Dlaczego ksiądz nie chciał?
Obawiałem się, że jak wyjadę do Francji i poczuję zew wolności, to nie wytrzymam w seminarium. Bardzo szybko rozpocząłem pisanie doktoratu, szybko skończyła się budowa hospicjum, do tego studia specjalizacyjne z bioetyki i wiele innych rzeczy, które mnie zajmowały, np. ci z moich uczniów, którzy nie zdążyli wskoczyć lub zostali wypchnięci z pociągu życia. „Mamo, spójrzmy na to inaczej” - tłumaczyłem - „Może ta szklanka jest do połowy pełna, a nie pusta. Mam 37 lat i gdybyśmy pomnożyli razy dwa, będzie 74 i wystarczy”. Tak wyszło. Zawsze byłem petardą, choroba może mnie trochę przyhamowała…

Pojawiła się jakaś refleksja?
Czy ja wiem, czy refleksja? Jestem raczej bezrefleksyjny. Po prostu byłem rozpędzonym samochodem, a nagle zaryłem kołami w piachu. Tak to działa w każdej chorobie. Pojawiły się momenty przerażenia, kiedy usłyszałem, że zostało mi kilka tygodni życia, strach ścisnął za gardło, tak bardzo zwierzęco. Później pomyślałem, że albo wszystko w jednej chwili zmarnuję, albo coś dobrego z tym stanem zrobię. Pomogły mi w dojściu do siebie rozważania księdza Tischnera i taki mój przewodnik w chorobie, Wiktor Emanuel Frankl, człowiek, który przeżył piekło obozów koncentracyjnych. I jakoś mi się udało spiąć i obecnie w mojej chorobie zbliżam się do granicy cudu, zaryzykowałem nawet i przyjąłem zaproszenie do głoszenia rekolekcji w Wielkim Poście.

Jakim ksiądz jest pacjentem?
Staram się nie wychodzić ze swojej roli. Gdy choruję, jestem bioetykiem i oceniam personel medyczny. Bywam naprawdę wobec niego bardzo wymagający.

Lekarze się boją?
Nie wszyscy, a powinni. Natychmiast zwracam uwagę i mówię, co myślę. Powiedzą, że jestem pacjentem roszczeniowym? Nie, ja po prostu znam swoje prawa i wymagam kultury, kompetencji. Czasem taka reprymenda potrafi z lekarza wydobyć człowieka, ale ważne, żeby postępować mądrze, nie kopać drugiego człowieka w brzuch, w ostateczności tylko kimś potrząsnąć albo radzić sobie za pomocą poczucia humoru, na przykład w takim dialogu:
- Jak się czujemy?
- Ja czy pani doktor?
albo
- Rozbieramy się.
- Pani zaczyna.

Księdza to tylko podziwiać…
Właśnie irytuje mnie ten niekłamany podziw, słyszę stale: „Jak ksiądz to robi?” albo „Ksiądz jest dla mnie wzorem”. A przecież nie robię nic szczególnego, po prostu choruję, każdy sobie z tym radzi, jak umie…
I przy okazji łamane jest tabu.
Uwielbiam łamać tabu, przekłuwać balon sztywnego katolicyzmu, prowokować, nie mówić tym kościelnym, napuszonym językiem w rodzaju sformułowań: „pochylamy się z głęboką troską” czy „ubogacamy”.

Skąd się bierze taka mowa?
Z braku wykształcenia.

W seminarium wszyscy mogą się podciągnąć…
Guzik prawda. Księża pochodzą z różnych środowisk, często niewymagających intelektualnie. Dokładnie taka sama zniżka jest wśród lekarzy, prawników. Chodzi o ubożenie języka. Nie czytamy, nie chodzimy do kina, do teatru, a przecież my, księża, pracujemy słowem, właściwie tylko słowem. Nie przedstawimy na kazaniu prezentacji multimedialnej, musimy mówić piękną polszczyzną, nagle, czasem z czapy, wymyślić jakieś porównanie, mówić żywo, gestykulować, bawić się głosem. To jest sztuka retoryki. A co mamy? Wchodzi ksiądz na ambonę i zaczyna mówić manierycznie, falując głosem. Kto go nauczył tak gadać? Przysięgam, że nikt w seminarium takiego mówienia nie uczył.
Ksiądz nie ma problemu z kazaniami.

Trudno jest mi mówić do dzieci. Gdy w minioną niedzielę w bydgoskiej Bazylice Królowej Męczenników mówiłem do najmłodszych, miałem wrażenie, że kazanie mi się posypało…
Nie posypało się, było nawet zabawnie, choć temat trudny: „Jak wspierać chorego człowieka”. Jak?
Musimy znać swoich najbliższych, a nie tylko zakładać, co oni mogą sobie pomyśleć, albo czego się mogą przestraszyć.

Rozmawiać z nimi o śmierci?
Często chorzy sami dają nam sygnały, że chcieliby porozmawiać o śmierci. Już samo powiedzenie: „Boję się” jest zaproszeniem do rozmowy na temat strachu. Nie wolno uciekać od tematu, czy zdawać się na psychologa, kapelana. Proszę sobie wyobrazić, że ma pani chorą mamę, czyli osobę, z którą, jak zakładam, powinna być pani w najbliższej relacji. Byłoby czymś dziwnym powiedzieć jej: „Mamo, ja na ten temat z tobą nie porozmawiam, zawołam księdza, psychologa”, czyli jakiegoś obcego dziada, obcą kobietę.

Temat jest trudny…
Jasne, że może być bardzo trudno, ale wiele zdarza się trudnych rzeczy w życiu, którym trzeba stawić czoło. W bydgoskim kazaniu dla dzieci jak mantra powtarzałem zdania o bliskości - Pana Boga wobec ludzi, także, a może szczególnie w sytuacji choroby, oraz o bliskości między nami. Najlepiej byłoby, gdyby sprawy najtrudniejsze (nieważne, że to myślenie życzeniowe) coraz bardziej nas do siebie przybliżały, a nie oddalały. Stąd to moje porównanie bliskości do mięśnia, który trzeba ćwiczyć kiedy jesteśmy piękni i młodzi, żeby wtedy, gdy przyjdzie coś trudnego (a przyjdzie, bo będą wypadki, choroby - to naturalny bieg życia), ta miłość i bliskość nas ochraniały.

Ksiądz doświadcza tej bliskości?
Oczywiście, właśnie jadę samochodem, obok siedzi mój ojciec i słucha naszej rozmowy. Jeśli ma się najbliższe osoby, to się z nimi o wszystkim rozmawia. Te rozmowy nie będą zawsze łatwe, ale strasznie bym nie chciał żyć w rodzinie, w której się nie rozmawia, w której się przemilcza, zamiata pod dywan, udaje. Zdaję sobie sprawę, że znaczna część rodzin tak funkcjonuje, ale właśnie po to jesteśmy my, świadomi tego, i po to jest też to moje chorowanie, żeby pokazywać, że bliskość ma głęboki sens. Walczymy, żeby nas choroba i nieszczęście nie zdruzgotały. Musimy unikać rozpaczy, takiej rozpaczy fundamentalnej. Nas, wierzących, przed rozpaczą broni wiara, a niewierzących broni dystans do siebie, humor, ale także bliskość i miłość - i to jest ten most, który trzeba stale budować między wierzącymi i niewierzącymi.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 22-12-2015 22:53

    Oceniono 4 razy 4 0

    - Joanna: Cieszę się, że ks. Kaczkowski żyje. Koleżanka poprosiła mnie o pożyczenie książki "Życie na pełnej petardzie". Przygotowałam książkę, a potem poleciałam do Internetu i zaczęłam gorączkowo szukać, czy ks. Kaczkowski jeszcze żyje. Mój chłopak umarł na raka.. Czasem sprawdzam w Internecie, czy ks. Kaczkowski żyje. Chciałabym, żeby żył jak najdłużej. Nie znam go osobiście, ale osobiście zależy mi na jego życiu. No to tak...

    Odpowiedz

  2. 06-07-2015 21:14

    Oceniono 9 razy 8 1

    - barbara: bardzo mocno wierze ze Pan Bog uzdrowi ks.Jana

    Odpowiedz