Ferment w sprawie kurzej fermy

Grażyna Ostropolska 31 października 2014

Państwo Mioduscy kupili las i siedlisko w Gostycynie ze względu na ich walory krajobrazowe (w pobliżu rezerwat Dolina Rzeki Brdy), więc do głowy im nie przyszło, że lokalne władze zezwolą na budowę wielkich kurników w ich sąsiedztwie.

Gererd Mioduski nie może zrozumieć, dlaczego lokalne władze, zamiast dbać o najatrakcyjniejsze turystycznie zakątki w Borach Tucholskich, zezwoliły, by na obszarze chronionego krajobrazu w Gostycynie powstała ferma produkująca 276 tys. sztuk drobiu roczni

Fot.: Grażyna Ostropolska

„Chronić chronione - lobbujemy na rzecz dobrego prawa” - takie hasło towarzyszyło sierpniowej ogólnopolskiej konferencji, której patronował kujawsko-pomorski marszałek Piotr Całbecki. Do Torunia zjechali wówczas dyrektorzy polskich parków krajobrazowych i konserwatorzy przyrody. Był tam również Olgierd Dziekoński, minister z kancelarii Bronisława Komorowskiego, bo to prezydent wniósł do parlamentu projekt ustawy o ochronie krajobrazu. Ma ona

zatrzymać degradację


polskiej przyrody. - Najgorszą rzeczą dla każdego państwa jest sytuacja, gdy wszyscy są przekonani, że coś nie powinno mieć miejsca, a brakuje instrumentów prawnych, żeby to powszechne przekonanie zrealizować - to stwierdzenie ministra Dziekońskiego wzbudziło aplauz zgromadzonych.


Projekt ustawy, który współtworzył Piotr Całbecki i eksperci z marszałkowskiego urzędu, zakłada zwiększenie kompetencji samorządów w sprawach ochrony krajobrazu. O tym, jak bardzo te zmiany w prawie są potrzebne, świadczy obrazek z jednego z najpiękniejszych miejsc w naszym województwie.

Las i siedlisko w Gostycynie, które kupili państwo Mioduscy, leży na Obszarze Chronionego Krajobrazu Zalewu Koronowskiego, nieopodal rezerwatu Dolina Rzeki Brdy. Są tam ostoje rzadkich gatunków dzikich zwierząt, ryb i ptactwa. Można tu spotkać pstrąga potokowego, bociana czarnego, rudą kanię i wydrę. - W naszym lesie jest potężne rykowisko, więc z niepokojem patrzę, jak kilkaset metrów od niego, na skraju lasu mój sąsiad Adrian Patoleta w ekspresowym tempie rozbudowuje kurzą fermę, gdzie zamierza hodować 276 tys. sztuk drobiu rocznie - mówi Gerard Mioduski. Wiele lat spędził na emigracji, a gdy wrócił z USA do Polski, zakochał się w Borach Tucholskich i tu osiadł. - Widziałem, że obok jest siedlisko z budynkiem gospodarczym, ale do głowy mi nie przyszło, że w ciągu 2 lat powstanie tu wielkopowierzchniowa ferma, produkująca

drób na przemysłową skalę.


W Stanach taka inwestycja w miejscu chronionym jest nie do pomyślenia! - mówi pan Gerard. Zaniepokoił się, gdy na powierzchni zarybionego stawu dostrzegł grubą zawiesinę. - Chciałem, żeby Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska zrobił badania, ale usłyszałem, że robi tylko analizy... państwowej wody. W USA reakcja byłaby natychmiastowa, bo tam jest świadomość, że środowisko mamy wspólne, zaś tu musiałem wynająć adwokata i dopiero po jego piśmie pobrano próbki wody - wspomina Mioduski. Jest inżynierem, w Stanach zajmował się m.in. projektami rafinacji odpadów ropy naftowej, więc gdy zobaczył laboratoryjne wyniki, nie miał wątpliwości: - Ogrom bakterii coli i innych składników organicznych w stawie przypomina skład szamba.

Pytamy w WIOŚ, czy może to być efekt sąsiedztwa fermy i otrzymujemy odpowiedź, że „raczej działalności rolniczej, prowadzonej na okolicznych polach, zaś słaby stan sanitarny stawu należy wiązać z możliwością nielegalnego wprowadzania ścieków bytowych lub z obecnością ptaków wodnych”.

Co WIOŚ zamierza zrobić, by na chronionym obszarze nie doszło do skażenia gleby i innych zbiorników. - Jednorazowe badanie wody w stawie z uwagi na istniejący stan prawny nie daje możliwości wykorzystania wyników do nałożenia ewentualnych sankcji karnych przez organa inspekcji - brzmi odpowiedź. WIOŚ informuje, że Gospodarstwo Rolne Ferma Drobiu Janusz Patoleta ma 10-letnie zintegrowane pozwolenie

wydane przez marszałka


woj. kujawsko-pomorskiego w 2008 r., a inspektorzy tę fermę kontrolują. - Ostatnia kontrola, prowadzona od 24.07. do 6.08.2014 r. nie wykazała nieprawidłowości. Natomiast ubojnię ujmiemy w planie kontroli - informuje Małgorzata Kwaśniewska z WIOŚ. Ubojnię drobiu, należącą do ojca Adriana Patolety, sąsiada Mioduskich, usytuowano nieopodal jeziora Szpitalnego.

- W tym roku doszło tam do śnięcia ryb, a na dnie leżały martwe raki - żalą się miejscowi rybacy.

- Do nas też docierały plotki, że podobno wodę po płukaniu kurcząt spuszczamy rurą na dno jeziora, ale to brednie! - oburza się Krystian Patoleta, brat Adriana, którego spotykamy w ubojni. Zapach tu niefajny, ale jak twierdzi pan Krystian, taka jest specyfika fermy.

Według WIOŚ, badane w 2012 r. jezioro Szpitalne było czyste i od czasu poprzedniej kontroli w 2004 r. jakość wód nie pogorszyła się. - Nie stwierdzono też śladów nielegalnych zrzutów ścieków lub innych zanieczyszczeń, spowodowanych przez ubojnię - informuje Kwaśniewska.

- Powinno się zarządzić badanie bilansu wody w ubojni i wtedy się okaże, czy ta pobrana do płukania będzie równa wybranej z szamba - podpowiadają miejscowi. Pytamy w lokalnej spółce wodnej „Kamionka”, czy taki bilans robili. - Nie mamy takiego obowiązku - słyszymy.

Włodzimierz Ciepły, szef Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, zwrócił się do WIOŚ o ponowną kontrolę jeziora Szpitalnego. - Wystąpiliśmy też do Wojewódzkiego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego w Bydgoszczy z wnioskiem o przeprowadzenie kontroli

w sprawie ewentualnej samowoli


budowlanej na działce sąsiadującej z siedliskiem państwa Mioduskich - informuje. Na pytanie, czy można budować wielkopowierzchniowe fermy na terenie przeznaczonym w planie zagospodarowania przestrzennego na siedliska, odpowiada: - Zgodnie z interpretacją wójta gminy Gostycyn, ta inwestycja wpisuje się w charakter zabudowy siedliskowej, ale ta kwestia jest jeszcze obiektem analizy RDOŚ.

Adrian Patoleta twierdzi, że podejrzewanie go o samowolę jest nieuprawnione: „Posiadam zezwolenia na wszystkie obiekty zlokalizowane na mojej działce” - pisze w mailu, bo taką formę kontaktu z nami wybrał. Informuje, że trwa właśnie uzgadnianie z RDOŚ zmiany przeznaczenia ostatniego obiektu gospodarczego - kurnika, a powiatowy inspektor sanitarny orzekł, że po spełnieniu wszystkich warunków nie będzie on uciążliwy dla sąsiadów. Skargi na fetor, zanieczyszczanie okolicznych wód i środowiska tak kwituje: „Kurnik na wsi to chyba nic dziwnego? Jestem rolnikiem i chciałbym rozwijać gospodarstwo, więc gdzie jak nie tu mam prowadzić działalność?” - pyta. Zapewnia, że wody w stawie sąsiada nie zanieczyszcza, bo jest on położony wyżej niż jego ferma, a odczuwanie zapachu to pojęcie subiektywne. Adrian Patoleta powołuje się też na pozytywny dla niego wynik kontroli PINB. Na wyrost, bo: - Pan Patoleta ma zezwolenia starosty na zbudowane bądź rozbudowane obiekty, ale żadnych dokumentów na okoliczność, że budynki, które kupił od poprzedniego właściciela i potem rozbudował, postawiono legalnie - informuje Krzysztof Kociński, szef PINB w Tucholi. Zobowiązał Adriana Patoletę do ich dostarczenia. - Jeśli ich nie otrzymam, uznam te obiekty za nielegalne - ostrzega.

- To jakim cudem pan Patoleta otrzymał decyzję na rozbudowę starego kurnika, który, jak można domniemywać, też był nielegalny? - pyta Gerard Mioduski i słowa „też” używa nieprzypadkowo, bo... - Tu jest pismo, które 30.05. otrzymałem od Krystyny Szerszyń, kierownika referatu budownictwa, która informuje, że starosta tucholski nie wydał Adrianowi Patolecie pozwolenia na budowę kurników, ale jeśli do urzędu wpłynie taki wniosek, to urząd przeprowadzi stosowne postępowanie - Mioduski pokazuje urzędowy dokument, który w dziwnym świetle stawia informację, jaką upoważniona przez starostę Krystyna Szerszyń przysłała nam. Stoi tam czarno na białym, że decyzją nr GOST.17.2014 z... 13.05. br. starosta udzielił pozwolenia na budowę budynku gospodarczego w istniejącym siedlisku Patolety. - Organ wydający pozwolenie otrzymuje projekt i nie ma kompetencji do sprawdzenia legalności rozbudowywanego obiektu, a ostatnią decyzję wydaliśmy na budowę budynku gospodarczego, a nie kurnika - tłumaczy Krystyna Szerszyń.

- Myślę, że NIK lub inny organ winien skontrolować dokumentację w gminie i starostwie, porównując daty wpływu korespondencji z tymi na zezwoleniach, by wykluczyć podejrzenia, że „produkowano je” z datą wsteczną - uważa Mioduski.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 28-01-2015 00:03

    Oceniono 7 razy 0 7

    - Wieslaw: Niech ten Mioduski wraca do USA jak mu się Polska nie podoba. Myśli, że przyjechał milioner z USA to może rządzić nami. My też mamy prawo się dorabiać Gerardzie Mioduski milionerze z USA.

    Odpowiedz