Umierał na oczach rodziny

Waldemar Piórkowski 24 października 2014, aktualizowano: 24-10-2014 15:12

Tragedia w Kończewicach - bez względu na to, jaki zapadnie wyrok - pokazuje, jak kruche jest ludzkie życie. Jak łatwo przekroczyć granicę, za którą nic już nie będzie takie jak przedtem. Szczególnie, gdy w tle zdarzeń pojawiają się złość i alkohol.

Fot.: Archiwum policji

To była ciepła wrześniowa noc z soboty na niedzielę. W budowanym na kredyt domu w podtoruńskich Kończewicach 44-letni mechanik samochodowy urządził spotkanie przy grillu dla rodziny i znajomych. A jak na ruszcie piecze się mięso i skwierczą kiełbaski, to często towarzyszy temu alkohol. I tak było tym razem. Ile wypił 44-letni gospodarz? Tego dokładnie nie wiadomo, ale to mężczyzna słusznego wzrostu i postury. I nie był pijany.Bo dwumetrowego faceta nie zamroczy parę piw.

Trzej na ścieżce


Dom, w którego pobliżu doszło do tej tragedii, stoi na uboczu. Do głównej szosy jest daleko. Bliżej są polne ścieżki. I po godzinie drugiej w nocy, gdy spotkanie trwało w najlepsze, właśnie na jednej z nich w okolicach posesji 44-latka pojawiło się trzech mężczyzn.


Byli pod tak zwanym wpływem, bo tę weekendową noc umilali sobie piciem alkoholu. W okolicy znani są zresztą z tego, że robią to znacznie częściej niż tylko czasami na koniec ciężkiego tygodnia pracy. Jak później wyjaśnili w prokuraturze, szli po kolejną partię alkoholu, którego im zabrakło. Nie chcieli powiedzieć gdzie, bo pewnie był lewy i nawet w obliczu śmierci nie zamierzali wsypać źródła.

Rodzina i znajomi 44-latka do dziś nie mogą pogodzić się z tym, co wydarzyło się później. Niektórzy w ogóle nie chcą słyszeć o przebiegu wydarzeń, ustalonym do tej pory przez Prokuraturę Rejonową Toruń-Wschód.

A według niej wszystko zaczęło się od biegającego luzem psa, należącego do 44-latka. W trakcie spotkania przy grillu zwierzę wybiegło z nieogrodzonej jeszcze posesji i pokąsało po nogach dwóch z trzech mężczyzn idących w pobliżu. Po odgonieniu psa, zaczęli złorzeczyć na właściciela. A że jedynym miejscem w pobliżu, z którego dochodziły jakieś oznaki życia, była posesja 44-latka, ruszyli tam w poszukiwaniu sprawiedliwości.

Przy grillu siedziało sporo osób. Nie wszyscy nawet wiedzieli, że ktoś w pobliżu się pojawił i zaczął rozmawiać z gospodarzem posesji, próbując mu wytłumaczyć, że jego pies kogoś pogryzł. I że takiego zwierzaka to trzeba trzymać na smyczy. A poza tym za ślady psich zębów na łydce to coś się chyba należy... Choćby zwykłe przepraszam, nie mówiąc już o przedstawieniu karty szczepień.
44-latek - widząc, że ma przed sobą trzech raczej wciętych i cherlawych osobników z pretensjami
- nie wdawał się w wielkie dyskusje, tylko od razu najbliższemu, a może temu, który najwięcej gadał, strzelił w twarz z tak zwanej główki. Żeby za dużo nie fikał, tylko jak najszybciej zniknął z kolegami z jego zasięgu wzroku.

- Jeżeli nawet rzeczywiście było tak, że kogoś trącił, to zachował się normalnie. Jak prawdziwy mężczyzna, który broni swojej rodziny i gości. Był przecież za nich odpowiedzialny - mówi kuzyn 44-latka.

Zrobił się lekki rwetes, ale na razie nie wydarzyło się jeszcze nic tragicznego. Nic też wtedy jeszcze nie zapowiadało, że ktoś tej ostatniej soboty kalendarzowego lata straci życie. 44-latek został przez uczestników spotkania odciągnięty od niespodziewanych „nocnych Marków”. Ale nie na długo. Wystarczyła chwila nieuwagi ze strony tych, którzy mieli go pilnować, a mężczyzna, okrążając dom z drugiej strony, znów znalazł się w pobliżu przybyszów mających pretensje o pogryzienie przez psa.
Wtedy z mroku wyłonił się jeden z nich. Był to 52-letni, niezbyt wysoki i raczej szczupły mężczyzna, mieszkaniec okolic Chełmży. Gospodarz pobliskiego spotkania przy grillu miał nad nim ogromną przewagę fizyczną. Nie tylko był większy, ale i lepiej zbudowany. Ale 52-latek, który wcześniej był jedynie karany za drobne kradzieże, miał nóż.

Podejrzany się przyznał


- W czasie przesłuchania w prokuraturze 52-latek nie zaprzeczył, że go wyciągnął. Przyznał się też do zadania ciosu - mówi Maciej Rybszleger, szef Prokuratury Rejonowej Toruń-Wschód.

Mówił ponoć śledczym o sobie, że nie jest aniołkiem, bo po zabawach i dyskotekach chodził, brał udział w jakichś szarpaninach, bywało czasami niebezpiecznie, ale też zaklinał się, że nie chciał nikogo zabić.

Prokuratura postawiła mu zarzut zabójstwa, złożyła też wniosek o jego tymczasowe aresztowanie i został on przez sąd uwzględniony.

Śledczy mają narzędzie zbrodni. Podejrzany o zabójstwo nazwał je małym nożykiem do krojenia jabłek, który zawsze nosił przy sobie. Rzeczywiście, ostrze nie jest długie. I choć pchnięcie nim było tylko jedno, bo - jak mówił 52-latek w prokuraturze - chciał tylko przestraszyć lub pohamować szarżującego w jego ocenie 44-latka, to cios trafił go, niestety, w szyję. Czy tam celował? Podejrzany o zabójstwo będzie pewnie cały czas mówił, że nie, ale uderzył w tak jej newralgiczne miejsce, że mężczyzna zmarł na oczach rodziny i przyjaciół.

Jego życie próbowała najpierw ratować pielęgniarka, która była jednym z gości weekendowego spotkania, a potem wezwany zespół pogotowia ratunkowego.

52-latek, który zadał - jak się później okazało - śmiertelną ranę, nie czekał na rozwój sytuacji. Uciekł od razu. Jego kompani zostali.

Byli w takim szoku, że poczekali spokojnie na przyjazd policji i wskazali, kto miał przy sobie „kosę” i jej użył. Nie mają postawionych żadnych zarzutów. W śledztwie występują jako świadkowie, bo prowadzący uznali, że 52-latek działał nagle i sam. Ten atak nie był wcześniej zaplanowany z kumplami.

Ślady po psich zębach


Podejrzewanego o zabójstwo 52-latka zatrzymano po pięciu dniach od tragedii. Wrócił do domu, bo nie miał już siły się ukrywać. Było mu już wszystko jedno.

- To nie jest typ mordercy. Żadnej buty, był przestraszony, zagubiony, każdemu się kłaniał. Nie wiedział chyba dokładnie, co mu tak naprawdę grozi - powiedział nam jeden z policjantów pracujących przy tej sprawie. 52-latek złożył zażalenie na areszt tymczasowy. Ale Sąd Okręgowy w Toruniu na wolność go nie wypuścił.

Oprócz kredytu na dom, 44-letni mechanik samochodowy, który wcześniej do czynienia z policją mógł mieć jedynie w czasie kontroli drogowych, zostawił też żonę i dwójkę uczących się dzieci.

- To on głównie zarabiał, co ta kobieta teraz zrobi? - jedna z koleżanek wdowy po 44-latku z trudem panuje nad emocjami. Tych, którzy znaleźli się wówczas w pobliżu posesji, nie nazywa inaczej jak tylko mordercami.
- Bo kto idzie nocą przez las i pola z nożem, jeśli nie chce kogoś zabić? Kto rzuca się znienacka z nożem na drugiego człowieka, uderza od razu w szyję, a nie na przykład w nogę? - pyta.

Nie tylko według niej nocnych przybyszy nie pogryzł żaden pies.

- Słyszeli odgłosy spotkania i przyszli specjalnie po to, żeby ukraść albo wyłudzić jakiś alkohol
- uważa kuzyn 44-latka. - Ta historia z psem i pogryzieniem to, według mnie, zwykła podpucha. Taki był niby ostry, że pogryzł tych facetów, a potem dał komuś zabić swojego pana. Coś tu nie gra.

Po zatrzymaniu, 52-latka obejrzał lekarz. Znalazł na jego nodze ślady po psich zębach. Miał je także tuż po zdarzeniu jeden z tych mężczyzn, którzy zostali na miejscu tragedii.

Jest jeszcze jeden element mogący przemawiać za wersją, którą przyjęła na razie prokuratura. Jeden z nocnych gości zadzwonił w pewnym momencie na policję informując, że zostali pogryzieni przez psa.

- To jest potwierdzone w policyjnych dokumentach - dodaje prokurator Rybszleger, który nie wyklucza, że to mógł być blef z ich strony. I dlatego śledztwo w tej sprawie cały czas trwa. Chodzi o to, aby wykluczyć wszelkie niejasności.
Do prawomocnego wyroku sądowego w tej sprawie jeszcze daleko. Akt oskarżenia nie zostanie sporządzony raczej w tym roku. Na razie 52-latkowi grozi nawet dożywocie.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 09-11-2014 21:23

    Oceniono 4 razy 2 2

    - Ela: Co za dużo to nie zdrowo . Winę ponoszą wszyscy , nie potrafili należycie się zachować w danej sytuacji . Alkohol był najważniejszy i zebrał swoje żniwo .

    Odpowiedz

  2. 26-10-2014 18:07

    Oceniono 6 razy 5 1

    - TERESSA: CIEKAWI MNIE JAK DŁUGO BĘDĄ TACY LUDZIE BEZKARNI..ZABIJAJĄC CZŁOWIEKA --NIE POMYŚLAŁ CO CZUŁA RODZINA TEJ ZABITEJ OSOBY,,,,,POWINNO BYĆ TAK ŻE ŻYCIE ZA ŻYCIE--A NIE JESZCZE TAKIEGO UTRZYMYWAĆ ZA NASZE PIENIĄDZE...WSTYD I HAŃBA....CAŁY WYMIAR SPRAWIEDLIWOŚCI TO JEDNA FARSA.......

    Odpowiedz