Skandalista Maleńczuk diagnozuje [WYWIAD]

Paulina Błaszkiewicz 24 października 2014, aktualizowano: 24-10-2014 10:52

„Punktem mojego zainteresowania jest zło ukryte w normalnym człowieku. Ja się nie boję skinheada, bo on swoją postawą prezentuje swoje poglądy. Mniej więcej wiem, czego się mogę po nim spodziewać. Nie boję się pederasty i ludzi, którzy są w jakiś sposób wyraziści. Boję się za to zwyklaka”.

Fot.: Andreas Szilagiy/MW Media

Rozmowa z MACIEJEM MALEŃCZUKIEM, poetą, kompozytorem, autorem tekstów, liderem grupy Psychodancing.



Istnieją dla Pana tematy tabu?
Coś takiego, czego bym nie poruszył? Nie. Ze mną jest dokładnie odwrotnie niż z polskim społeczeństwem, które jest bardzo silnie stabuizowane. To społeczeństwo cierpi na wyparcie. Cokolwiek by się nie działo, to i tak wszystko jest w porządku. Weźmy na przykład sprawy kościelne. Bardzo bym chciał się spotkać z takim Szymonem Hołownią albo jeszcze lepiej dwoma tak jak on inteligentnymi gośćmi, żeby pogadać bez tabu. Byłoby ciekawie, bo nie jestem - jak mówi o mnie wielu - ateistą. Jestem satanistą.


Myślałam, że artystą. Właśnie w taki sposób przedstawiają Pana w różnych programach publicystycznych, w których ma Pan zwykle wiele do powiedzenia na różne tematy społeczne...
Powiedziałbym, że stawiam diagnozę i opisuję pewne zjawiska „na zimno”. Ja nie próbuję leczyć polskiego społeczeństwa. Trudno uwierzyć w to, że ja miałbym to robić. Mało jest naprawiaczy? Lekarzu, lecz się sam. Ja nie jestem w stanie leczyć. Może podam dziwny przykład, ale utkwiło mi w pamięci, jak lekarze żydowscy byli w getcie i obserwowali chorobę głodową. Z racji tego, że sami głodowali, to nie byli w stanie leczyć. W związku z tym pozostała im tylko zimna obserwacja zjawiska. Oni spokojnie zapisywali w tych swoich notatkach to, co się dzieje z człowiekiem, który jest poddany głodowi, jak nisko upada itd. Podobała mi się ich postawa i ja do pewnego stopnia czuję się kimś takim.


Jak brzmi Pańska diagnoza naszego społeczeństwa?
Wyparcie. To, że nie potrafimy przyznać się do błędu, do tej choroby, nie podoba mi się najbardziej. Dopiero wtedy możemy coś wyleczyć, gdy coś zdiagnozujemy. Jeśli stwierdzimy, że jesteśmy alkoholikami, będziemy w stanie leczyć się z alkoholizmu. To niby jest takie proste w teorii, ale w praktyce bywa inaczej. Kiedyś zapytałem takiego, co już leżał pod płotem: „Jesteś alkoholikiem?”. „A skąd! Ja się tylko lubię napoić” - brzmiała odpowiedź. To jest to!


A Pan potrafi się przyznać do słabości?
Ja jestem alkoholikiem - co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości.


Z tego powodu obraża Pan swoją publiczność? Pamiętam, jak kilka lat temu byłam na Pana koncercie. Panie w średnim wieku skomentowały to, co Pan mówił jednoznacznie: „On wszystkich obraża, a my jeszcze za to płacimy...”
Bardzo mi się podoba ta sytuacja. Te panie pewnie drugi raz nie przyjdą na mój koncert, ale proszę mi wierzyć, że na ich miejsce będą nowe. Polska to duży kraj. Pamiętam, jak miałem dwadzieścia lat i chodziłem na koncerty zespołu Dupą. Tam Piotr Marek zaczynał wyp... ludzi z sali już na samym początku. Co robiła publiczność?


Wychodziła?
A skąd! Wszyscy podchodzili jeszcze bliżej sceny i krzyczeli: „Wyrzucaj nas i obrażaj”. Taki właśnie był punk rock!. Ja na tych czasach jestem wychowany. Co mi po artyście, który powie: „Jak miło was widzieć”. To dupowłaztwo, to nieszczere.


A może to znak czasów, tego że artysta jest zakładnikiem publiczności? Dziś też trudno znaleźć na ulicy takiego grającego i śpiewającego Maleńczuka z Krakowa...
Niestety, muszę się z panią zgodzić. Też się rozglądam i niczego nie widzę. Nie widać nikogo i niczego, co byłoby chociaż trochę podobne do mnie. I nie chodzi o żaden bunt w nawiązaniu do tego punk rocka, bo młodzi dzisiaj też mają o co się buntować, ale to są ludzie, a nie artyści.


Jak zachować proporcje pomiędzy tworzeniem artystycznej kreacji a byciem człowiekiem? Nergal inaczej wygląda na co dzień niż na koncertach. Rozgranicza Pan swoje życie prywatne i zawodowe?
Jasne, że tak. Już dawno przestałem wyskakiwać z łóżka w pełnym stroju scenicznym. To, co odstawia Behemoth na koncertach, to jest teatrzyk, a nie żaden satanizm. To pewien rodzaj performance’u. U mnie jest inaczej. Jestem zdania, że Lucyfer nie lubi heavy metalu, bo nie jest aż taki durny i woli jakieś wyższe formy sztuki.


To, czym Pan się zajmuje, jest wyższą formą sztuki?
Absolutnie! Jesteśmy najlepszym zespołem w Polsce. Zastanawiam się czasami, kto mógłby pisać lepsze teksty ode mnie? No, może Wojciech Młynarski. Nie jestem jakimś tam śpiewakiem. Tak jak każdy porządny poeta w pewnym momencie życia zająłem się przekładami. Pojawia się Wysocki, ale również country. Przekładałem też teksty ze staroportugalskiego i starofrancuskiego. Od wielu lat pracuję nad „Pieśnią o Rolandzie”, żeby uzyskała kształt podobny do oryginału, ponieważ to, co zrobił Boy, nie jest nawet zbliżone do oryginału. Niestety, utknąłem w połowie, bo zorientowałem się, że nadciąga druga bitwa. Przez jedną co prawda przebrnąłem - dotarłem do momentu, kiedy Roland ginie, ale póki co nie jadę dalej.


Ale niebawem wydaje Pan płytę z Psychodancingiem. Jaka ona będzie?
Na płycie „Tęczowa swasta” będzie mnóstwo kontrowersyjnych tekstów opartych na prawdziwych wydarzeniach, które wszyscy znamy.


Będzie politycznie, tak jak w piosence sprzed 11 lat „Misia Bela”?
Teraz będzie obyczajowo. Muszę przyznać, że punktem mojego zainteresowania jest zło ukryte w normalnym człowieku. Ja się nie boję skinheada, bo on swoją postawą prezentuje swoje poglądy. Mniej więcej wiem, czego się mogę po nim spodziewać. Nie boję się również pederasty i ludzi, którzy są w jakiś sposób wyraziści. Boję się za to zwyklaka. Takiego, który wymorduje całą rodzinę, a wszyscy wokół będą mówić: „Jak to? Przecież on wszystkim mówił dzień dobry, co tydzień widzieliśmy go na mszy”. Takich normalsów boję się najbardziej. „Niewyraźnych” jest w Polsce 90 procent.


Jeśli ten kraj ma tyle wad, to dlaczego Pan w nim mieszka i tworzy?
Bo nie ma lepszego kraju do pisania niż Polska. Hłasko zrobił ten błąd, że wyjechał i przypłacił to życiem. Nie wolno było mu wyjeżdżać. W wielu książkach pisał, że zabrano mu najlepszy kraj do pisania. Musiał się tułać po Izraelu i Stanach Zjednoczonych, aż w końcu się stoczył. Ja nigdy bym stąd nie wyjechał. Co miałbym robić? Napominać Francuzów czy Amerykanów, żeby byli lepsi? Nigdy w życiu. Zostanę w Polsce i będę solą w oku tej niewyraźnej części społeczeństwa - tych zwykłych ludzi.


A nie boi się Pan, że dojdzie do sytuacji, kiedy np. kółko różańcowe zaprotestuje i odwołają Panu koncert? Za wolność słowa w kulturze w ostatnim czasie płaci się wysoką cenę. Odwołany spektakl „Golgota Picnic” czy całkiem świeża sprawa z Behemothem to tylko niektóre przykłady...
Uważam, że jest to ultraskandal i nie wiem, jak to jest możliwe, że uczelnia, która powinna być eksterytorialna, którą nazwałbym szpicą intelektualną, ustępuje pod naporem plebsu! Przecież ci ludzie nie skończyli tych studiów. To nie są wybitne jednostki, tylko szarzy ludzie. Oni i to całe kółko różańcowe mnie fascynują. Nie wiem dlaczego, ale w samochodzie mam non stop włączone Radio Maryja. Do pewnego stopnia zgadzam się z tymi ludźmi, próbuję ich zrozumieć i wkleić w tę duszę. Oni mają teraz wielki problem, bo synod w Watykanie podskórnie ustalił, że jednak nie można piętnować homoseksualistów. Ja im przyjdę z pomocą i sam napiętnuję homoseksualistów, śpiewając o nich piosenkę. Zobaczymy, co powiedzą.