W szpitalu wiedzą, ale nie powiedzą

Grazyna Ostropolska 24 października 2014, aktualizowano: 24-10-2014 09:57

Ofertę Katarzyny Śmiełowskiej wybrano spośród 30 innych, nadesłanych na szpitalne ogłoszenie o naborze na stanowisko ds. zamówień publicznych. - Zaproponowano mi pracę od 16.06., określono zarobki, pokazano biurko i skierowano na badania w poradni medycyny pracy, a następnego dnia zaczął się matrix, w którym tkwię do dziś - mówi kobieta.

Fot.: Łukasz Ciaciuch

Po studiach prawniczych pani Katarzyna zrobiła aplikację prokuratorską i została kierownikiem wydziału ksiąg wieczystych w inowrocławskim sądzie. Potem pracowała w „skarbówce” i Urzędzie Gminy Inowrocław, a jej kolejnym zawodowym wyzwaniem miała być praca w dziale zamówień publicznych w Szpitalu Wielospecjalistycznym im. dr. Ludwika Błażka w Inowrocławiu.

- Ta branża nie była mi obca, bo przez 2,5 roku zajmowałam się zamówieniami publicznymi w urzędzie, mam też za sobą specjalistyczne kursy - zaznacza. Ogłoszenie szpitala znalazła na jego stronie internetowej w końcu kwietnia i po długim majowym weekendzie złożyła swoją ofertę na stanowisko związane z przygotowaniem i obsługą przetargów. 19 maja odebrała telefon od Ireneusza Beśki, głównego specjalisty ds. techniczno-administracyjnych szpitala, który zaprosił ją na rozmowę kwalifikacyjną. - Uczestniczyła w niej również Ewa Sempowicz, kierownik działu zamówień publicznych szpitala. Pytano o doświadczenie, sprawdzano moją wiedzę i dokumenty, a po krótkiej naradzie poinformowano, że zostaję zatrudniona - wspomina Katarzyna Śmiełowska.


Zaprowadzono ją do działu kadr i poinformowano o wynagrodzeniu, jakie otrzyma za pracę w dziale ds. zamówień publicznych, którą miała zacząć 16 czerwca. - Musiałam wypełnić kwestionariusz osobowy, zgłoszenie do ubezpieczenia społecznego, dostałam skierowanie na badania w poradni medycyny pracy. Pokazano mi też pokój i biurko, przy którym będę siedzieć - relacjonuje. Wyszła ze szpitala zadowolona, a następnego dnia rano odebrała telefon od kadrowej. - Pani Śniegowska poinformowała, że szpital nie może mnie zatrudnić, bo dyrektor stwierdził, że

nie ma pieniędzy


na nowego pracownika - wspomina pani Katarzyna. Była w szoku. - Przecież gdyby szpital nie miał środków na etat, nie ogłaszałby naboru - zauważa. Zapytała kadrową, kiedy szpital pieniądze pozyska, ale ta nie potrafiła odpowiedzieć. - Tej rozmowie przysłuchiwała się moja koleżanka, bo włączyłam tryb głośnomówiący w telefonie - mówi Śmiełowska. - Od razu podejrzewałam, że coś nie gra, bo od momentu przyrzeczenia mi pracy minęły zaledwie wieczór i noc, ale koleżanka mnie uspokajała: „Znajdą pieniądze i zadzwonią”.

Nie zadzwonili, więc 15.07. pani Katarzyna udała się do szpitala i ku swojemu zdziwieniu zobaczyła, że na miejscu, gdzie miało być jej stanowisko, siedzi młoda kobieta. Zapytała Ewę Sempowicz, dlaczego zignorowano przyrzeczenie pracy i zamiast niej zatrudniono kogoś innego. - Nie chciała ze mną rozmawiać i odesłała po informacje do kadrowej, a tam usłyszałam jedynie: „Pani nam wszystkiego nie powiedziała” i kazano pytać o szczegóły pana Beśkę - wspomina pani Katarzyna
.
Tego samego dnia Śmiełowska spotkała się z Eligiuszem Patalasem, dyrektorem inowrocławskiej lecznicy. - Usłyszałam, że szpital zatrudnia 1200 osób i dyrektor nie może wszystkiego osobiście nadzorować, więc do rozmowy ze mną zaprosił Ireneusza Beśkę, który oświadczył, że od osoby, którą długo zna i darzy ogromnym zaufaniem,

otrzymał o mnie negatywną opinię


z poprzedniego miejsca pracy
- wspomina Śmiełowska. Poprosiła o szczegóły, ale... - Pan Beśka oświadczył, że udzieli mi informacji pisemnie - twierdzi pani Katarzyna. Pisma od Ireneusza Beśki nie dostała, więc się upomniała: „W związku z tym, że poinformował pan o uzyskaniu o mnie negatywnej opinii od poprzedniego pracodawcy, proszę o wskazanie, w jaki sposób i jakie informacje zostały panu ujawnione (...). Jednocześnie informuję, że w przypadku odmowy zmuszona będę zawiadomić stosowne organy

o popełnieniu przestępstwa pomówienia z art. 212 Kk.”

Odpowiedź Beśki była błyskawiczna: „Pani podanie o pracę w szpitalu po rozmowie kwalifikacyjnej zostało poddane ponownej ocenie. Jednocześnie informuję, że wskutek naboru, ogłoszonego na stronie internetowej szpitala i PUP, zgłoszone zostały kandydatury spełniające w większym stopniu oczekiwania pracodawcy.”

- Liczyłam na to, że dostanę odpowiedź na pytanie, czegóż to wieczorem lub w nocy, czyli już po przyrzeczeniu mi pracy, pan Beśka się o mnie dowiedział, ale ten odpisał tak: „Informacji na temat tego, gdzie sprawdzałem pani referencje udzielę, gdy zaistnieje taka konieczność. W chwili obecnej nie widzę ku temu powodu” - cytuje Śmiełowska. Ona widzi powód, by specjalista czuwający nad szpitalnymi przetargami wyjaśnił, dlaczego plotkę uznał za powód do natychmiastowego zerwania umowy przyrzeczenia pracy. Chce też wiedzieć, dlaczego pan Beśka zasłyszanych informacji nie zweryfikował u źródła i w jakim celu mamiono ją informacją, że szpital nie ma środków na jej zatrudnienie.

- Na wszelki wypadek wystosowałam do mojego poprzedniego pracodawcy pismo z zapytaniem, czy i w jakiej formie wydawał opinię na mój temat i otrzymałam pisemne zapewnienie Tadeusza Kacprzaka, wójta gminy Inowrocław, że żadnych informacji na mój temat szpitalowi nie udzielał - mówi pani Katarzyna. Pisze skargę na bezprawne, jej zdaniem, działania kierownictwa szpitala do inowrocławskiego starosty Tadeusza Majewskiego, prosząc o osobisty nadzór nad jej rozpatrzeniem.
- Otrzymuję odpowiedź, że

starosta nie jest stroną,


co mnie dziwi, bo jest on nie tylko członkiem zarządu powiatu, który zatrudnia kierującego szpitalem, ale zasiada również w radzie społecznej tej lecznicy - zauważa Śmiełowska. Interpelację w jej sprawie składają powiatowi radni. Domagają się od szpitala wyjaśnień.

„Po przeprowadzonej rozmowie kwalifikacyjnej z Katarzyną Ś. uzyskaliśmy informacje, które stanowiły podstawę podjęcia decyzji o niezatrudnieniu jej w dziale zamówień publicznych” - odpowiada dyrektor Patalas Ryszardowi Jagodzińskiemu, przewodniczącemu rady powiatu.

- Pan Beśka coś o mnie wie, ale nie powie co. Uznaje plotkę od znajomego za prawdę i nawet nie próbuje jej zweryfikować. To nie jest normalna rekrutacja do publicznego szpitala, tylko matrix! - ocenia Śmiełowska.

Trafiła kosa na kamień, bo pani Katarzyna jest prawniczką z prokuratorskim zacięciem i zapowiada, że nie popuści, zanim nie dotrze do prawdy. - Może nie spodobała się im moja dociekliwość, gdy pytałam o ważne sprawy, dotyczące przygotowywania szpitalnych zamówień i zamiast konkretnych odpowiedzi słyszałam, że nie powinnam się tym martwić, że „w szpitalu były różne kontrole i nie było po nich wizyty panów w kominiarkach ani nikogo nie wyprowadzano w bransoletkach” - cytuje odpowiedzi, które dopiero teraz zaczęła analizować.

Ireneusz Beśka twierdzi, że obowiązuje go ustawa o ochronie danych osobowych, więc o tym, czego się o pani Ś. dowiedział, nie może powiedzieć. - Nawet jej samej? I dlaczego nie próbował pan tych wiadomości zweryfikować? - pytamy.
- To była informacja

pozyskana w sposób bierny


od osoby, do której mam pełne zaufanie - tłumaczy, a na pytanie, jak należy to rozumieć, odpowiada, że nie on wypytywał, tylko zaufana osoba sama zadzwoniła do niego z informacją o Śmiełowskiej.

Wypowiedź dyrektora szpitala Eligiusza Patalasa jest równie enigmatyczna: - Po przeprowadzonej rozmowie kwalifikacyjnej z panią Katarzyną Śmiełowską uzyskaliśmy informacje, które, według naszej oceny, stanowiły podstawę do rezygnacji z zatrudnienia jej w dziale zamówień publicznych. Z wyjaśnień kierowniczki działu spraw pracowniczych wynika, że poinformowała ona telefonicznie tę panią o wstrzymaniu jej zatrudnienia bez podania przyczyny i z całą pewnością nie użyła argumentu o braku środków, ponieważ zatrudnienie to następowało w miejsce zwalnianego etatu - wyjaśnia dyrektor.

Przekonuje, że informacje, które w jego obecności Beśka przedstawił Śmiełowskiej, były jednoznaczne i nie powinny być przyczyną dezorientacji. - W żaden sposób nie czuję się jednakże upoważniony do publicznego ich przytaczania - zaznacza. Twierdzi, że decyzję o zatrudnieniu innej osoby podjął osobiście na podstawie rekomendacji pana Beśki. - Był to kolejny kandydat z tego samego naboru, a konkretnie jedna z 5 osób (na ponad 30 oferentów), wytypowanych do rozmowy kwalifikacyjnej - wyjaśnia.

- Nie mam niczego do ukrycia i zamierzam udowodnić, że to, co mnie spotkało, było nie tylko głęboko niemoralne, ale i bezprawne - oświadcza pani Katarzyna.