Gdzie woda bywa zimniejsza niż lód

Krzysztof Błażejewski 17 października 2014

Znad Brdy i Wisły wyruszyli na daleką północ. Kajakami do Nordkinnu na skraju Europy. Świadkami ich podróży były częściej od ludzi spotykane renifery, łososie i foki. I choć panował niespotykany jak na tamten rejon świata upał, o kąpieli nie było mowy.

Fot.: Jacek Goszczyński

Tę wyprawę wymarzyli sobie i zaplanowali już dawno. Grupa zapalonych kajakarzy, spędzających od lat urlopy na wodzie, na niezliczonych spływach na rzekach Polski, Litwy, Łotwy i Estonii, w tym roku postanowiła ruszyć jeszcze dalej na północ. Na najdalszą północ Europy. Rzekami Inarijoki i Taną na pograniczu fińsko-norweskim aż do Morza Barentsa.



Jednym z kilku uczestników tej wyprawy pochodzących z naszego regionu był Jacek Goszczyński.
- Ekipa składała się wyłącznie z doświadczonych kajakarzy
- mówi. - Chętnych było znacznie więcej, ale ostatecznie do autokaru wsiadły 33 osoby. Ruszyliśmy z Warszawy, ciągnąc na przyczepie 21 kajaków. W Tallinie zaokrętowaliśmy się na prom i po dwóch godzinach wylądowaliśmy na Półwyspie Skandynawskim - w Helsinkach. Potem czekały nas jeszcze prawie dwa dni nużącej jazdy poza krąg polarny.

Do miejsca wodowania mieli z Helsinek ponad tysiąc kilometrów. Jechali równą prostą drogą przez tajgę, mijając bagniska i oczka wodne, aż do wielkiego jeziora Inari. Jedyną odmianą było wypatrywanie tablic oznajmiających wjazd do kręgu polarnego i... świętego Mikołaja w miejscu jego zamieszkania, czyli w Rovaniemi. Nad Inari nastąpiło pierwsze zetknięcie z miejscowymi realiami. Ekipa nie zwróciła uwagi, iż na ustawionej przy biwaku tablicy widnieje ostrzeżenie, iż wolno tam przebywać do czterech godzin. Kajakarze, nieświadomi ograniczeń, zanocowali tam i spędzili w sumie 10 godzin. Na szczęście nikt z przejeżdżających i biwakujących nie poinformował o tym policji. A tam akurat takie akcje są czymś powszednim.
- Nad Inari „dopadły” nas uroki białych nocy - uśmiecha się Jacek Goszczyński. - Czekaliśmy, aż zrobi się ciemno, czekaliśmy tak długo, aż padliśmy po drugiej w nocy, bowiem wcześniej organizmy zdecydowanie buntowały się przeciwko najdrobniejszym nawet zakusom pójścia spać, skoro wciąż było jasno jak w dzień.
W Rovaniemi uczestnicy ekspedycji zauważyli w sklepach rosyjskie napisy i rosyjskojęzyczne gazety, a na ulicach samochody z literkami „RUS”. Jak mówili miejscowi, przygraniczne rejony Finlandii są ostatnio zalewane przez Rosjan, którzy z okolic Murmańska i całego Półwyspu Kolskiego przyjeżdżają tu na zakupy.
Piątego dnia wyprawy kajakarze zwodowali wreszcie swoje „Priony” na rzece Inarijoki, dopływie Tany. Jak się okazało, dotarcie do tej drugiej rzeki zajęło im dwa dni. Potem droga do fiordu Tana, otwierającego się do Morza Barentsa, stanęła już otworem.

Polak na rowerze


- Do przepłynięcia mieliśmy blisko 300 kilometrów, a na trasie były m.in. skalne progi, z których najtrudniejszy do pokonania w 6-stopniowej skali trudności kajakowej tzw. ww (biała woda) miał notę 3+. Oczywiście, nie obyło się bez wywrotek, na szczęście niegroźnych. Spieniona woda wyraźnie podnosiła poziom adrenaliny wszystkim uczestnikom, szczególnie tym, którzy byli przyzwyczajeni do szuwarowo-bagiennego kajakowania - dodaje Jacek Goszczyński.

Kajakarze mieli o tyle łatwiej, że ich bagaże jechały autokarem, który przez cały czas im towarzyszył, zatrzymując się w miejscach biwakowania. Wzdłuż Tany, która na znacznym odcinku jest rzeką graniczną pomiędzy Finlandią i Norwegią, po obu stronach można było korzystać z dobrze utrzymanych dróg. Miejscowych wodniaków Polacy widzieli niewielu, a na drodze w ciągu godziny mijało ich zaledwie kilka samochodów... Nie było żadnych wycieczek ani autokarów, jedyny spotkany rowerzysta okazał się... Polakiem. Sami za to budzili ogromne zainteresowanie. Jak się okazało, na tym odludziu flotylla 21 kajaków to rzeczywiście widok niespotykany. Na rzece podróżnicy minęli jedynie... dwa kajaki z podróżnikami z Niemiec.

- Przez cały czas trwania spływu towarzyszyła nam jedna z największych „atrakcji” dalekiej północy, czyli roje meszek i komarów - przyznaje Jacek Goszczyński. - Potrafiły uprzykrzyć wszystko - spacery, posiłki, a szczególnie wieczorny wypoczynek.

Uwaga, renifery na szosie!


Rzeka Tana płynie w dolinie, otoczona przez wzniesienia o wysokości od 300 do 500 metrów. Mniej więcej do połowy wzgórza porośnięte są lasem z dominującą brzozą karłowatą. Powyżej widać było roślinność typu tundrowego. Wśród niej zaś - stada reniferów. Oczywiście nie dzikich, ale hodowlanych. To właśnie te zwierzęta stanowią największe zagrożenie dla kierowców, gdy schodzą do rzeki, żeby się napić. Nie boją się ludzi ani samochodów, kierowcy muszą zatem bardzo uważać, bo zderzenie z tym masywnym zwierzęciem może skończyć się tragicznie. Trzeba więc zwalniać i reny omijać, gdyż często nie mają ochoty ustąpić, nawet kiedy są „otrąbione”. To właściwie były jedyne duże ssaki, jakie podróżnicy widzieli. Nie spotkali ani łosi, ani niedźwiedzi, ani innych zwierząt charakterystycznych dla tych północnych terenów.

W pobliżu nielicznych mostów na Tanie znajdowały się osady złożone z kilkunastu, czasami kilkudziesięciu skromnych domków, ze sklepem, stacją benzynową, szkołą, pocztą, posterunkiem policji. Ceny w tych dobrze zaopatrzonych marketach jednak powstrzymywały Polaków od większych zakupów. Równie wysokie były opłaty za pobyt na bardzo skromnych kempingach.

Podróżników oczarowała miejscowa przyroda. Bujna, barwna, mimo skrajnie surowych warunków pyszniąca się bogatym kobiercem kolorowych łąk, tworzących urokliwy krajobraz.

- Na Nordkinnie, który jest najbardziej wysuniętym na północ skrawkiem lądu Europy - bo Nordkapp właściwie jest wyspą - choć nigdy nie ma lata w naszym rozumieniu, roślinność jest przepiękna - uważa Jacek Goszczyński, który zawodowo zajmuje się ochroną przyrody.

W Tanie pływają wspaniałe okazy łososi, z których ta rzeka słynie. Na bystrzach i progach, które rybom sprawiają trudności w wędrówce na tarliska, zawsze można było zobaczyć grupkę wędkarzy. Miejscowi doskonale wiedzieli, że łososie pojawiają się tam w większej liczbie po opadach deszczu, kiedy poziom rzeki jest wyższy i rybom łatwiej płynąć pod prąd. Wbrew oczekiwaniom, na brzegu nie było jednak niedźwiedzi łapiących łososie. Taki obrazek - za sprawą kręconych na Alasce przyrodniczych filmów - mieli w pamięci chyba wszyscy uczestnicy wyprawy. Niemniej trofea norweskich i fińskich wędkarzy budziły podziw Polaków. Złowione łososie ważyły nawet ok. 10 kg.

Każdy sklep w tamtym rejonie ma na wystawie zdjęcia rekordowych okazów złowionych w danym roku. Bywały tam i olbrzymy ważące 30 kilo. Było na co popatrzeć. Polacy sami nie łowili. Co prawda kupili najtanszą licencję i mieli ze sobą wędki, ale okazało się, że wykupione pozwolenie obejmuje jedynie nieatrakcyjne wędkarsko odcinki rzeki Tany. Pozostało objadać się smakiem i liczyć na dobre serce innych. Raz się udało - jeden z fińskich wędkarzy obdarował wędrowców kawałkiem aromatycznego mięsiwa.
Zwieńczeniem trudów spływu było wpłynięcie do Tanafiordu, znajdującego się w pobliżu Przylądka Północnego. Tutaj nieoczekiwanie kajakarze znaleźli się w towarzystwie fok, które całym stadem przemierzały wody fiordu.

Jacek Goszczyński przyznaje, że widok wystających z wody główek z długimi wąsiskami był niesamowity. Niestety, foki okazały się dość płochliwe i nie pozwoliły podpłynąć kajakarzom zbyt blisko. Kiedy zniknęły, wędrowcy mogli podziwiać bezkres wodnej przestrzeni obramowanej pokrytymi śniegiem skalnymi ścianami, wznoszącymi się na blisko 500 metrów ponad lustro wody. Akurat tego dnia panował upał. Choć temperatura powietrza przekroczyła 30 stopni Celsjusza, nie znalazł się ani jeden śmiałek, który odważyłby się na kąpiel w krystalicznie czystym i lodowato zimnym morzu. Zresztą woda spływająca z topniejących w pobliżu lodowców była... cieplejsza od tej w fiordzie.

Na Morze Barentsa już nie wypłynęli. Nie ryzykowali, nie mając morskich kajaków.

Czas na polarne zorze


W drodze powrotnej podróżnicy przyrzekli sobie, że za rok znów ruszą na odległą północ. Głównym celem obserwacji mają być tym razem zorze polarne.
- Dlaczego tam chcę wrócić? - Jacek Goszczyński uśmiecha się. - Fascynuje mnie szeroka bezkresna przestrzeń, w zasadzie bezludna, nieskażona cywilizacją. Jest w niej coś takiego, czego nie można spotkać nigdzie indziej na świecie.