Koła gospodyń charakternych

Małgorzata Oberlan 17 października 2014

- Mężowie są przekonani, że spotykamy się po to, żeby plotkować o całej wsi. W głowach im się nie mieści, że mamy wspólnie dużo ciekawsze zajęcia - mówią „kury”, czyli gospodynie z Gostycyna.

Zrobienie szydełkiem jednego obrusu zajmuje nawet 120 godzin. - Nie umiemy już oglądać filmu bezczynnie, miło tak zająć ręce robótką. Jak któraś wprawna, to i z zamkniętymi oczami szydełkuje. Najważniejsze, żeby się nie pomylić w liczeniu oczek - mówią ko

Fot.: Dariusz Bloch

Zamiast rywalizować w konkursie na nośność kur, koła gospodyń wiejskich organizują dziś warsztaty z lekarzami i spotkania poetyckie. Kołami gospodyń wiejskich też się już coraz rzadziej nazywają - panie skupiają się, m.in., w stowarzyszeniach kobiet aktywnych, kobiet współczesnych. Nie spotykają sie już po to, by stać się doskonałymi paniami domu i obejścia. Przeciwnie - po to, by odetchnąć od domowych obowiązków.

Krokiety z banią, dynia w occie


Kilkanaście kobiet z Koła Gospodyń Wiejskich w Brąchnówku (20 km od Torunia) za rok będzie świętować 50-lecie istnienia. - Pamiętam jeszcze, jak to z naszym kołem było w PRL-u - mówi Henryka Matecka, przewodnicząca. - Robiłyśmy kursy gotowania, pieczenia, szycia. Nauczyłam się robić frywolitki, ale teraz już nie pamiętam. Wtedy łatwiej było o sponsora: instruktora pomogły opłacić geesy, mleczarnia, rzeźnia, skup żywca. Dziś świat jest dużo bardziej obliczony, a sponsorów nie ma.
Jednego roku wiejskie aktywistki zaproszono do gminy na spotkanie z okazji Dnia Kobiet.


- Akurat dom z mężem stawialiśmy i majstra trzeba było doglądać, a ja mówię do męża: „Nie mogę, muszę jechać, bo tam prezenty będą dawać”. I pojechałam - opowiada pani Henryka. - Każda przewodnicząca koła dostała po rajstopie i pościeli. Ale tylko przewodniczące! Nie pamiętam dokładnie, ale za pościel to chyba musiałyśmy zapłacić. Dziś też jesteśmy doceniane, ostatnio wójt dał nam 200 zł w nagrodę za aktywność. Gmina nas wspiera, nie powiem że nie. I prosi o pomoc przy różnych wydarzeniach. Z okazji Dnia Nauczyciela pieczemy ciasta, brałyśmy udział w pasowaniu pierwszoklasistów na uczniów. Wkrótce w świetlicy mamy ugotować grochówkę na 50 osób. Mówię, że rękę mam wybitą, nie wiem, czy damy radę. I słyszę: „Pani?! Pani da radę i o jednej ręce” - opowiada pani Henryka.

Aktywność przejawia się najwyraźniej raz w miesiącu, kiedy kobiety spotykają się na kawie, planując, czym by się tu zająć. Ostatnio zaplanowały dzień pieczonego ziemniaka, ale nie wypaliło przez tę kontuzję ręki i wykopki u sołtysa. Zresztą, zimno się zrobiło, jeszcze dzieciaki by się pochorowały. Mimo to, atrakcje dla dzieci nie przepadną, coś dla nich gospodynie przygotują. Może na Boże Narodzenie... Prezenty, poczęstunek. Panie wspólnie gotują, biorą udział w konkursach. Niedawno w Mirakowie na Święcie Dyni (połączonym ze Świętem Latawca) gospodynie startowały indywidualnie. Przewodnicząca zdobyła uznanie jury za sprawą dyni w occie „z gwoździkiem”. - Nie wygrałam, ale gdy chciałam sprzątnąć ze stołu miseczkę, w której zostały 3 czy 4 kawałki, pani z jury poprosiła, żebym nie zabierała, bo to takie dobre - opowiada przejęta pani Henryka. - Synowa piekła placek z marchwią, były krokiety z banią, nalewki. Są wśród nas i młodsze, i starsze. Najstarsza jestem ja, mam 70 lat, ale są i kobiety przed czterdziestką, przed pięćdziesiątką, po sześćdziesiątce. Młode też się angażują, synowe, córki, nie powiem, że nie. Ale wiadomo, dzieci mają małe, obowiązków dużo, na regularne spotkania czasu nie ma. Zresztą i u nas a to ziemniaki trzeba przebierać, a to buraki cukrownia odbiera.

Mimo to i na wycieczkę czas się znajdzie. W tym roku gospodynie były w Malborku. - Dawniej, kiedy mój syn uczył się w Toruniu, zawsze po wywiadówce szłam do kościoła św. Józefa i zapisywałam się na pielgrzymkę. Jechałam sama, na zwiady, a potem zabierałam nasze kobiety, byłam ich przewodniczką - wspomina pani Henryka. - Zobaczyłyśmy tak Licheń, Niepokalanów. To były wycieczki dla gospodyń z dwóch wsi, autobus zawsze był pełny. Mąż zostawał w domu, ale nigdy nie miał pretensji. Kiedy wyjeżdżałam, budził mnie rano, chleb szykował.

Nie wiejskie, aktywne!


- Niewiele kobiet ma dziś związek z pracą w gospodarstwie, wiele tu takich, które przyjechały z miast. Chcą wspólnie działać, ale niekoniecznie pod szyldem gospodyń wiejskich. I tak mamy w gminie Kobiety Wojnowa, Stowarzyszenie Kobiet Współczesnych w Wierzchucinku i Stowarzyszenie Kobiet Aktywnych w Strzelewie. W sumie kilkanaście organizacji skupionych w Gminnej Radzie Kobiet w Sicienku, ponad 200 członkiń - mówi Czesława Pinkowska, przewodnicząca GRK i jej współzałożycielka. Przez lata była dyrektorką szkoły. - Na emeryturze, pilnując wnuki, wytrzymałam rok - mówi. - W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że żyję tylko domem, dziećmi i ogródkiem. Nie wychodzę do ludzi, nie wiem nawet, jaka jest moda. Poczułam się zagubiona i postanowiłam działać.

Panie zapragnęły śpiewać, założyły więc zespół Wrzos. - Śpiewa w nim jeden mężczyzna, nasz rodzynek. Dobrze się czuje w naszym towarzystwie, mówi, że zawsze marzył o chórze - opowiadają gospodynie. Zaprojektowały stroje stylizowane na krajeńskie, same wyhaftowały fartuszki. - Do śpiewania biesiadnego mamy inne stroje, w fiolecie, inne też do pieśni patriotycznych, eleganckie - mówi Wiesława Głowińska.

- Wiesia jest od śpiewu, kocha to, a ja skupiam się na bibułkarstwie. Nie ma takiego kwiatu, którego bym nie wykleiła, ale najbardziej lubię robić róże. Specjalizuję się też w szydełkowaniu - uzupełnia Małgorzata Bruzda.
Pani Czesława oddała się technice zdobienia decoupage. Jej dom zdobią upiększone kwiatkami z bibuły deski do krojenia, wazoniki, donice, butelki do nalewek...
- W robieniu nalewek jestem sprawna. O, może poczęstuję? Dojrzała już ta z wiśni, ze śliwek, malinowa jeszcze musi odstać, a z pigwy dopiero będę robić - wylicza.
Ręcznie robione upominki i ozdoby, regularne próby chóru, spotkania, organizacja wiejskiego życia kulturalnego - wszytko to zajmuje kobietom czas, który jeszcze kilkanaście lat temu albo poświęcały pracy, albo rodzinie. Tę zmianę nie zawsze rozumieją gospodarze:

- Mam sposób na męża, któremu nie do końca odpowiada, że dużo czasu poświęcam działaniu w stowarzyszeniu. Kiedy jadę na 3-dniową wycieczkę, na pocieszenie zostawiam go z blachą drożdżówki, gdy wracam, mówi, żebym przez jakiś czas nie wyjeżdżała, bo on już na ciasto ochoty nie ma - opowiada Czesława Pinkowska. - Ale bywają i trudne rozmowy o tym, ile czasu poświęcam dodatkowym zajęciom. Niedawno wójt wręczył mi statuetkę Siewcy - to prestiżowe wyróżnienie w naszej gminie. Przyniosłam do domu, chwalę się mężowi, a on: „Statuetka Siewcy? Chyba siewcy domowego niepokoju”.

Czwartkowe sztrykowanie


- Mówią na nas „kury” - przyznają chórem (choć „do śpiewu nie są, bardziej do gotowania”) gospodynie KGW w Gostycynie (50 minut drogi od Bydgoszczy). Ich przysmakami zajadają się mieszczuchy podczas jarmarków, dożynek i festynów. Te „kury” to już historia. 60 lat temu, kiedy powstawało koło, należało do niego ponad 200 kobiet, bo w gminie i gęsi się chowało, i kaczki, kury, a przewodnicząca koła pośredniczyła w sprzedaży drobiu z wylęgarni. Dzięki temu gospodynie mogły liczyć na niewielkie upusty.

- Pracowałam jako nauczycielka, a na emeryturze szybko okazało się, że brakuje mi spotkań z ludźmi i jakiegoś zajęcia, więc zaciągnęłam się do koła - mówi Cecylia Chylewska. - Teraz już wiem, że kiedy mówią, jak to emeryt jest zapracowany, to wiedzą, co mówią. Czasem trzeba się bardzo zmobilizować i zorganizować, by wyrwać się z domu na to nasze czwartkowe sztrykowanie (szydełkowanie
- przyp. red).

Panie siadają do stołu, wyjmują szydełka i specjalne nici. - Same nauczyłyśmy się szydełkować - mówi Aleksandra Karnowska, przewodnicząca koła. - Dziś wydziergamy wszystko, czasem nawet bluzki. Ale gdyby policzyć złotówkę za każdą przepracowaną godzinę i dodać koszt materiałów, to obrus, który robi się 120 godzin, musiałby kosztować ok. 200 zł. Za tyle nikt nie kupi, bo chiński dostaniesz na bazarze za 20 zł. Wiec dziergamy na prezenty. Chyba tylko stringów nie wyszywamy, ale to dlatego, że nie ma zapotrzebowania, na stroje kąpielowe jest.

W Gostycynie czas jakby się zatrzymał, przynajmniej w kuchni, bo panie z zapałem odkurzają babcine zeszyty z przepisami. Kobiety obsługują kulinarnie każdą gminną imprezę. Pieką fałszywego zająca, gotują zaklepunkę, czyli kartoflankę z okrasą z gęsi, i rybę po borowiacku (stroje też mają podobne do borowiackich, same projektowały i haftowały). - Problem tylko mamy, bo koło nam się starzeje. Tu w Gostycynie trudno znaleźć rodzinę, z której żaden młody nie wyjechał za pracą za granicę. My tu wszystkie przychodziłyśmy z mamami, nas nie ma kto zastąpić - mówi przewodnicząca.

Dla pań koło, panom kółko


Mężowie się przed czwartkowym sztrykowaniem bronią, podejrzewają, że panie zajmują się plotkami, ale sami nie potrafią się zorganizować, by zająć się czymś w męskim gronie. Choć swoim gospodyniom pomagają: tu dowiozą, tam doniosą.
- Za czasów PRL-u tak to działało: panowie mieli swoje kółka rolnicze, a obok nich powstawały koła gospodyń - mówi Grażyna Szelągowska z Muzeum Etnograficznego w Toruniu. - Przewodniczące pośredniczyły w sprzedaży piskląt, ale nie tylko. Podawały uczniom ciepłe mleko, doszkalały się w obsłudze sprzętów domowych, ba - prowadziły ich wypożyczalnie. Władzy na tych kołach zależało, bo kobiety uczyły się na spotkaniach, jaka jest ich rola w społeczności wiejskiej, ale i dlatego, że były one okazją do wpajania ideologii komunistycznej.

Liczyła się też ciężka praca, dlatego organizowano konkursy na noś-
ność kur albo najlepszą uprawę buraka cukrowego. W latach 80. młode kobiety albo traciły zainteresowanie taką działalnością, albo po prostu wyjeżdżały do miast. Dopiero pod koniec ubiegłego wieku i od początku XXI w. koła gospodyń wiejskich przeżywają absolutną reaktywację.

- Nabrały jednak zupełnie innego charakteru, bo i poziom wykształcenia kobiet na wsiach jest inny - mówi Grażyna Szelągowska. - Zresztą w tych współczesnych kołach, które kołami gospodyń wiejskich wcale nie muszą się zwać, działa wiele kobiet, które sprowadziły się na wieś, a pracują w mieście i takich, które na wieś wróciły po studiach. Panie promują zdrowy styl życia, organizują wspólne wyprawy na cytologię, spotkania z lekarzami, sprowadzają mammobusy. Koła nie działają już tylko po to, by raz do roku zrobić okazały wieniec dożynkowy, choć i tej tradycji nie zarzuciły