Wbrew grawitacji i złym mocom

Piotr Schutta 17 października 2014

Nie ma w gimnastyce nic prostszego niż przysiad. Nie ma też lepszej w biznesie recepty na sukces niż pasja. Ale czy można zarazić kogoś pasją do robienia przysiadów? W Calisthenic Academy podobno można wszystko.

Ludzka flaga w pełnej krasie - wizytówka kalisteniki. Niby łatwizna, a jednak... okupiona tysiącami wyrzeczeń i setkami godzin spędzonych na sali treningowej.

Fot.: Dariusz Bloch

Jest 4 października. Tropikalny upał. Niewysoki blondyn z werwą wskakuje na podest, natychmiast wywołując aplauz publiczności, która przez najbliższe dwie minuty nie ucichnie nawet na sekundę. Tyle trwa występ w zawodach street workout, zwanych potocznie gimnastyką uliczną. Trzeba pokazać trzy elementy dynamiczne, trzy statyczne i nawiązać kontakt z publicznością.



To nie klasyczna gimnastyka sportowa, gdzie królują cisza i dostojeństwo, a zawodnicy występują w obcisłych, białych kostiumach. Street workout to show i zabawa, a jednocześnie pokaz nadludzkich umiejętności.

Najszczęśliwszy na ziemi


Mężczyzna rozpoczyna efektownym wskokiem jednorącz na drążek, zawieszony ponad dwa metry nad ziemią. Potem jest obrót, wyskok, zmiana pozycji i nagle ciało ćwiczącego nieruchomieje, zawieszone równolegle do ziemi. Ma się wrażenie, że Bóg wyłączył grawitację. Trudno uwierzyć w to, co się widzi.

Po kilkunastu sekundach blondyn zrzuca klubową koszulkę z emblematem Calisthenics Academy i wtedy łatwiej to wszystko zrozumieć. Jego ciało to antyczna rzeźba, skomponowana z dobrze rozwiniętych i proporcjonalnych mięśni. Ale słowa mięśniak czy paker tu nie pasują. Rzeźba bowiem nie powstała od podnoszenia ciężarów. Jest efektem pracy z masą własnego ciała, sztuki znanej od starożytności pod nazwą kalistenika. Kallos, sthenos - piękno i siła.

Po dwóch gorących występach (dosłownie i w przenośni) w południowoafrykańskim Johannesburgu 21-letni Jordan Ogorzelski z Bydgoszczy jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Złoty medal i zakwalifikowanie się na zawody Pucharu Świata w Oslo, gdzie w połowie listopada wystąpią najlepsi z najlepszych, to duży wyczyn. Zwłaszcza, że bydgoszczanin będzie w Norwegii jedynym zawodnikiem reprezentującym nasz kraj.

To, co stało się na początku października w Afryce, tak naprawdę zaczęło się 2 lata temu na jednym ze szkolnych boisk w Polsce.
- Jordan podciągał się na bramce, a ja przyszedłem z bratem pograć w piłkę. Znaliśmy się z widzenia z czasów liceum, ale nie przepadaliśmy za sobą - opowiada 23-letni Adrian Gorzycki, student marketingu, były zawodnik MMA. - Na drugi dzień już trenowaliśmy razem i wtedy zrozumiałem, że Jordan ma w sobie niezwykłą pasję, którą zaraża innych. A jeśli coś jest zaraźliwe, to znakomicie nadaje się na biznes.

- To były proste ćwiczenia. Pompki, przysiady, podciągnięcia na drążku - uśmiecha się Jordan Ogorzelski, student trzeciego roku fizjoterapii, były pięściarz.

Pierwsza nauczka w interesach


Po roku wspólnych treningów w użyczonej przez znajomego sali mieli już wokół siebie 50 „zarażonych” zapaleńców, którzy w kalistenice zobaczyli dla siebie szansę na zgubienie zbędnych kilogramów, poprawienie sylwetki i nabranie siły. Tak narodził się klub Calisthenics Academy i pomysł zbudowania największego w Polsce plenerowego placu do ćwiczeń kalistenicznych.

- Wszystko rozwijało się dobrze, do momentu, gdy ludźmi, u których wynajmowaliśmy salę, nie zawładnęły złe moce. Próbowano mnie skłócić z Adrianem, wymyślając absurdalne zarzuty pod jego adresem. Tak naprawdę chodziło o pieniądze, bo nagle okazało się, że nasz pomysł z kalisteniką to wielki sukces. Po otwarciu placu do ćwiczeń pojawiła się w klubie masa nowych ludzi - mówi Ogorzelski.
- Nie poddaliśmy się. Wyciągnęliśmy z tego naukę, że w interesach nie można polegać na słowie. Przez rok błąkaliśmy się po szkolnych salach gimnastycznych, a od miesiąca mamy nowy lokal, który zaczynamy remontować i wyposażać - dodaje Adrian Gorzycki.

Rozmawiamy w samochodzie zaparkowanym przed klubem, bo w środku nie ma na razie warunków do rozmowy. Kilkudziesięciu ludzi pod okiem trenera Pawła Marasia wykonuje dynamiczną rozgrzewkę. Dudni muzyka. - Plecy proste! Wytrzymaj! - słychać polecenia prowadzącego trening.

Studenci, licealiści, gimnazjaliści, urzędnicy, lekarze, przedsiębiorcy, prawnicy, wykładowcy akademiccy. Najmłodszy ma 12 lat, najstarszy przekroczył czterdziestkę. Każdy z nich ma inną sprawność, kondycję i siłę. Na początku wszyscy mają tego niewiele. To nieważne, bo jak mówią fachowcy, w kalistenice dzięki cierpliwości i wytrwałości można pokonać własne słabości.

- Trzeba być cierpliwym i znać odpowiednią drogę. Tej drogi tutaj uczymy. Zawsze zaczynamy od małej liczby powtórzeń i podstawowych wersji ćwiczeń, stopniowo dochodzimy do coraz trudniejszych rzeczy. Słonia nie da się zjeść w całości. Trzeba go pokroić na plasterki - żartuje Jordan Ogorzelski.

Na efekty przyjdzie czas


Od poniedziałku do piątku, trzy razy w tygodniu przychodzi tu w sumie ponad 120 osób, by w pocie czoła rzeźbić swoje ciała. Jednym zależy na zrzuceniu brzuszka, innym na poprawieniu kondycji i ogólnego wyglądu. Wszyscy mają też jeden wspólny cel, nawet jeśli głośno się do niego nie przyznają.

- Każdy chciałby zrobić kiedyś coś efektownego, na przykład ludzką flagę, albo chociaż stanąć na rękach - mówi Adrian Gorzycki. - To jest możliwe, ale nie od razu. Tutaj nie zaczynamy od stu pompek. Na początek, jeśli nie potrafisz zrobić zwykłej pompki, poprosimy cię, żebyś zrobił ją z kolan. Tak jest dużo łatwiej. Jeśli nie dasz razy wykonać 10 powtórzeń, wykonasz 5 albo 3. I jest w porządku. Nie ma wstydu, nikt się z ciebie nie śmieje. Najważniejsze, żebyś rozwijał się w swoim tempie i nie nabawił się kontuzji. Wynik sportowy przyjdzie sam - przekonuje Gorzycki.

W Calisthenics Academy nie ma rywalizacji. Jest współpraca. Jak mówią uprawiający kalistenikę, obca jest im też postawa konfrontacji, choćby z tymi, którzy wolą siłownię i dźwiganie ciężarów: - Nie chcemy wzbudzać kontrowersji. Niech każdy robi to, co kocha.

Na Zachodzie Europy i w USA kalistenika ma sporo zwolenników. Nietrudno tam znaleźć place do ćwiczeń. W Polsce ta nowa dyscyplina sportu rozwija się powoli. Plenerowy sprzęt do ćwiczeń można policzyć na palcach jednej ręki. Niewiele jest też klubów, takich jak Calisthenics Academy, za to coraz więcej nieformalnych grup zainteresowanych kalisteniką. Wielu z nich zaczynało od lektury owianej legendą książki Paula Wade’a „Skazany na trening”.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 18-10-2014 16:31

    Oceniono 6 razy 6 0

    - J.kolano: Wyrazy szacunku KOLEGO życzę dalszych sukcesów.

    Odpowiedz