Nauka w niewoli rankingów

Małgorzata Oberlan 10 października 2014

Szkoła widziana oczami nauczyciela coraz częściej jest miejscem frustracji. - Presja punktowego wyniku szkoły na egzaminach sprawia, że uczymy „do testów”, pędzimy z materiałem i rezygnujemy z ciekawych pomysłów, bo „to się nie przyda na egzaminie” - skarżą się pedagodzy.

Szkoły oceniane są na podstawie rankingów, więc dyrektorzy rozliczają nauczycieli z „punktowych osiągnięć” na testach. Gdzieś w tym całym kołowrocie umyka radość z przekazywania i zdobywania wiedzy. Na zdjęciu: egzamin w Gimnazjum nr 21 w Toruniu

Fot.: Grzegorz Olkowski

Pani Oksana jest nauczycielką języka angielskiego w wiejskim gimnazjum. Wciąż jeszcze lubi swoją pracę, ale czuje zbliżający się kryzys. - Najbardziej frustrujący jest dla mnie pomysł z egzaminem gimnazjalnym. Coraz częściej mam wrażenie, że liczy się tylko jego wynik i moja praca jest oceniana wyłącznie na podstawie tego rezultatu - mówi wprost anglistka.

Szał rankingów


-  A prawda jest taka, że w trudnych środowiskach ten wynik zawsze był, jest i myślę, że będzie, słaby, mimo ogromnego wkładu pracy nauczycieli. Poza tym, nikt nie patrzy na to, ile dzieci z dysfunkcjami jest w klasie, z jakim bagażem wiedzy one przychodzą, jakie mają warunki do nauki w domu - zaznacza pani Oksana. - Uważam, że ten ogólny szał z powodu rankingów szkół na podstawie wyników egzaminu sprawił, że nauczyciele często właśnie są zmuszeni uczyć pod egzamin, rezygnując z wielu fajnych, ciekawych pomysłów, gdyż „to się nie przyda na egzaminie”. Nie mają też możliwości dostosowania się do indywidualnych potrzeb uczniów i ich możliwości, bo muszą pędzić z materiałem. 


No, i jeszcze szczegół: pani Oksana nie potrafi zrozumieć, dlaczego w gimnazjum uczniowie muszą pisać egzamin z języka obcego na poziomie podstawowym i rozszerzonym, nie mając prawa wyboru, jak w szkole ponadgimnazjalnej. 

Strach przed uczniami


Pani Celina również uczy w gimnazjum, ale ma też zajęcia w szkole podstawowej (nie chce zdradzać, jakiego przedmiotu naucza). Jest po czterdziestce, a czuje, że dopada ją wypalenie zawodowe. O sensie powołania do życia gimnazjów mogłaby rozprawiać długo, jak zresztą wielu nauczycieli. Pomysł wyrywania ze szkoły do innej placówki dzieci w wieku 13 lat, na czas ich dojrzewania, ocenia jako największą porażkę polskiej szkoły.

- Praca z gimnazjalistami to orka na ugorze. Wchodzę do klasy, a oni leżą na ławkach, łaskę robią, że wyciągną zeszyty i podręczniki, każdego niemal oddzielnie trzeba prosić, żeby to zrobił... Wyglądają jak jakaś banda, a nie uczniowie. Najlepiej to by nic nie robili. Uczyć się nie chcą, angażować w nic się nie chcą, własnych pomysłów nie mają żadnych. Nie cierpię lekcji w gimnazjum - nie kryje nauczycielka. - W podstawówce mam „mrowisko”- wszystko to się rusza, gada, kręci, ale gdy o coś pytam, to mam las rąk. Widzę jakieś zainteresowanie, chęć robienia czegoś, po prostu jest jakaś reakcja na to, co mam im do zaproponowania. W gimnazjum nie ma nic. Jakbym ciągnęła worek kartofli za sobą...

Nauczycielka czuje się przytłoczona odpowiedzialnością, jaką się na nią - jako pedagoga - nakłada. - Mam dokonać cudu: wychować te dzieci, nauczyć je czegoś, zapewnić im bezpieczeństwo, zapewnić rozrywkę, rozwój, rozwijać ich zainteresowania, obserwować, zdiagnozować - podsumowuje gorzko.

System broni leserów


Pani Lila uczy w szkole gminnej. Uważa, że polska szkoła daje przyzwolenie na lekceważenie nauki i obowiązków szkolnych. - Najbardziej denerwuje mnie to, że uczeń nie robi nic, oddaje puste sprawdziany i doskonale wie, że to nauczyciel musi udowodnić, że on nic nie umie - nie kryje zdenerwowania. - Nawet jeśli taki gagatek będzie miał poprawkę z dwóch przedmiotów na koniec roku i jednej nie zda, to i tak przecież przejdzie do następnej klasy (zgodnie z przepisami można być promowanym do następnej klasy z jedną oceną niedostateczną pod warunkiem, że przedmiot jest kontynuowany - przyp. red.). Jak ten uczeń ma się nauczyć na ocenę dopuszczającą, skoro nasz system broni takich nieuków?

Tymczasem pani Lila, jako nauczycielka, zobowiązana jest w takiej sytuacji do sporządzenia elaboratu (przynajmniej na stronę formatu A4) o tym, czego to jako pedagog nie dokonała, by rzeczony uczeń pały nie dostał, jakich to propozycji pomocy mu nie składała, kiedy i gdzie. - Na tej podstawie jestem rozliczana i oceniana. Fakt, że uczeń miał w najgłębszym poważaniu oferowaną przeze mnie pomoc, mało kogo już interesuje - zauważa z przekąsem pani Lila.

Rodzice wiedzę czerpią z TV


Wielu wychowawców narzeka na brak zaangażowania rodziców w życie szkoły, klasy, naukę dziecka przy równoczesnym roszczeniowym podejściu do nauczycieli. - To ja mam syna państwa X nauczyć matematyki, zagwarantować, że zda dobrze egzamin i na dodatek jeszcze wychować go na człowieka. Państwo X nie mają na wychowywanie czasu, bo ciężko pracują. Nie to co ja - nauczyciel obijający się przez cały tydzień, bo jak inaczej nazwać pracę kogoś, kto ma 18 godzin pensum? - nie kryje ironii pan Michał, matematyk.

Nauczyciel jest pewien, że duża część rodziców z przyjemnością przyswaja „informacje”, tak chętnie podawane przez telewizję. Te o wspomnianym pensum, liczbie dni wolnych w roku, urlopach dla poratowania zdrowia, o średnich zarobkach już nie wspominając. Informacji o godzinach, jakie nauczyciel musi poświęcić np. na sprawdzanie prac domowych i sprawdzianów, jakoś telewizyjne stacje nie podają...

Podobne odczucia ma pani Aldona, polonistka. - Co pochłania czas? Poprawy prac plus, niestety, szczegółowe analizy. Sporo szkoleń (na ten rok obowiązkowo mamy coś około 40 godzin - po pracy, oczywiście). Czytanie lektur do konkursów (kilka powieści do konkursu kuratoryjnego).

Co rusz jakieś akcje, projekty, występy etc. - trzeba się przyłożyć, czasem pracować po godzinach. Analizy, zestawienia, ewaluacja, plany na początek roku, sprawozdania z realizacji tych planów - pod koniec i w środku roku. To produkcja papierów na bieżąco - wylicza.

Jak wynika z ostatnich badań CBOS (2012 r.), profesję nauczycielską uważamy za ważną i odpowiedzialną, ale większość Polaków nie chciałaby, by wybrały ją ich dzieci.