Życiorys z piętnem więzienia

Paulina Błaszkiewicz 10 października 2014

- W wieku szesnastu lat zaczęłam „samodzielne życie” i miałam dwa wyjścia: albo zostanę k..., albo zacznę kraść. Wybrałam to drugie. Dziś też stoję na rozdrożu, ale chcę choć spróbować żyć tak, jak normalni ludzie - zapewnia 39-letnia Joanna Matusik, która na razie nie może odnaleźć się w wolnościowej rzeczywistości.

Fot.: Łukasz Ciaciuch

9 sierpnia 2014 roku. Joanna Matusik po dziewięciu latach opuszcza zakład karny. Czekała na ten dzień z utęsknieniem, miała plany i setki myśli w głowie.


- Skończyłam 39 lat, kobiety w moim wieku robią podsumowania przed magiczną czterdziestką, a ja tak naprawdę zaczynam żyć. Tylko jak mam żyć? - pyta kobieta. - Wyjście z więzienia miało być dla mnie nowym początkiem, ale kiedy już nadszedł „ten moment”, bałam się wyjść za bramę. Może to brzmi dziwnie, ale ja w tym momencie zatęskniłam za tą ohydną celą, w której na sześć kobiet przypadała jedna rolka papieru toaletowego, jeden szampon do włosów, paczka podpasek, mydło, jakiś dziwny proszek do prania, który po użyciu pozostawiał plamy na ubraniach, no i szczoteczka do zębów - każda dostawała jedną raz na pół roku.

Za kratkami


Joanna Matusik mówi krótko: więzienie to dżungla. Za papierosa kobiety są w stanie oddać siebie. Śmiać jej się chciało, kiedy gdzieś przeczytała, jak to osadzone czytają ambitne książki. Ona miała co najwyżej dostęp do starych harleqiunów i „Przygód Kubusia Puchatka”. I nikogo to nie obchodziło, bo za kratami nikt nie pyta, jak ci jest i czego potrzebujesz. Szybko musiała zrozumieć, że normy i wartości to są na wolności, a jak ktoś ich nie doceniał, to teraz ma za swoje, po prostu musi się przekonać, co stracił. I nie ma znaczenia, za co odsiaduje wyrok.

- U nas rządziła kobieta, która zamordowała czwórkę swoich dzieci. Pracowała w pralni, a wszystkie więźniarki jej usługiwały - opowiada Joanna Matusik, która jako recydywistka do więzienia trafiła za kradzieże. Drobna sylwetka, duże brązowe oczy, niewinny uśmiech. - Ktoś mi kiedyś powiedział, że złodziejstwo i więzienie do mnie nie pasują. A do kogo pasują? Takich jak ja jest na świecie dużo więcej. Nic się nie dzieje bez przyczyny. Coś się wydarzy i nie ma wyjścia... Ja akurat w wieku szesnastu lat zaczęłam „samodzielne życie” i miałam dwa wyjścia: albo zostanę k..., albo zacznę kraść. Wybrałam to drugie.

Po raz pierwszy trafiła za kratki w 1999 roku, tylko „na chwilę”. Miała 24 lata. Rok później urodziła córkę Grażynę. Ojciec dziewczynki był specjalistą od alternatywnych form utrzymywania rodziny, ale tak jak kłamstwo ma krótkie nogi, tak samo przekręty finansowe prędzej czy później wychodzą na światło dzienne.

Na pogrzeb w kajdankach?


- Żyłam ze złodziejem - przyznaje Joanna Matusik. - To on pociągnął mnie za sobą, ale nie winię go za wszystko. Przysłowie niby mówi: „Z kim przestajesz, takim się stajesz”, ale przecież miałam swój rozum, powinnam wiedzieć, że taki facet oznacza wielkie problemy.

Jej doświadczenia z mężczyznami nie były najlepsze. Krótko po tym, gdy od matki odszedł ojciec, w jej życiu pojawił się ojczym, który okazywał jej „duże zainteresowanie”. To przez niego jako nastolatka uciekła z domu. Nie dopuściła do tego, by ją molestował...

- Matka piła, a ojciec układał sobie nowe życie na Śląsku, skąd pochodzi nasza rodzina. Wiem, że kochał mnie, ale nigdy jakoś nie potrafił tego okazać. Umarł rok temu - Joanna bardzo chciała się z nim pożegnać, ale jak tu jechać na pogrzeb z kajdankami na rękach i w towarzystwie uzbrojonych strażników więziennych? Bała się też spotkania z nastoletnią już córką, z którą co jakiś czas rozmawiała jedynie przez telefon.

Raka się nie boi...


W 2010 roku zachorowała na raka szyjki macicy. Bolał ją brzuch, ale lekarz, który badał ją na Śląsku, nie zauważył niczego niepokojącego. Później okazało się, że wynik badania cytologicznego jest bardzo zły.

- Zawsze dbałam o te sprawy, bo jestem obciążona genetycznie. Nie wiem, co by ze mną było, gdybym nie trafiła do szpitala w Toruniu, gdzie byłam na przepustce. Dziś jestem czysta - cieszy się Joanna. - Nie ma przerzutów. Za chwilę przekroczę tę magiczną granicę - pięć lat od operacji.

Nie boi się choroby. Boi się za to życia i nowej rzeczywistości, w której bardzo chce, ale nie potrafi się odnaleźć. W więzieniu było inaczej. Tam miała swój paradoksalnie bezpieczny świat. Czytała wspomniane już harleqiuny, które przynosiła „torba”, czyli więzienna pomoc, pisała listy do matki i córki. A jednak po wyjściu na wolność do nich nie pojechała...

- Bardzo chciałam, ale nie mogłam - zapewnia kobieta. - Miałam 500 zł, które dostałam na wyjście. Mogłam wsiąść do pociągu i jechać do rodzinnego domu, ale nie mogłam tego zrobić córce. Ona musi tego chcieć, a jak na razie nie ma do mnie zaufania. Boi się, że znowu wrócę do więzienia, i... ja też się tego boję.

Po wyjściu z zakładu karnego znalazła schronienie w Ośrodku Readaptacyjnym „Mateusz” w Toruniu. To miejsce generalnie przeznaczone dla mężczyzn, powracających z terapii uzależnień i zakładów karnych. Byli alkoholicy, narkomani i przestępcy stają tu na nogi, przygotowują się do samodzielnego życia. Waldemar Dąbrowski, założyciel ośrodka, uważa, że każdemu trzeba dać drugą szansę.

- Ci ludzie zapłacili wystarczająco wysoką cenę za to, co zrobili w swoim życiu - mówi Waldemar Dąbrowski. - Stracili rodziny, odsiedzieli wyroki. Rachunki zostały wyrównane, a teraz trzeba zacząć żyć, ale najpierw przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości, tej wolnościowej. W „Mateuszu” mężczyźni dostają taką szansę. Podobnych ośrodków dla kobiet nie ma. Zazwyczaj od razu są rzucane na głęboką wodę i często, niestety, nie dają sobie rady.

To właśnie Waldemar Dąbrowski jako pierwszy wyciągnął rękę do Joanny, którą poznał podczas swojej czerwcowej wizyty w zakładzie karnym. Podczas spotkania z osadzonymi mówił między innymi o tym, że w Polsce potrzebne są zakłady readaptacyjne dla kobiet, ale nie wiedział, że Joanna wkrótce opuści więzienie. 9 sierpnia po południu usłyszał w słuchawce jej głos: „Panie Waldku, jestem na dworcu w Toruniu, nie mam dokąd pójść”. Ostatecznie Joanna spędziła w „Mateuszu” kilka tygodni.

Nie poddam się!


Teraz musi zapomnieć o tym, co było - znaleźć pracę, stworzyć dom, spotykać się z ludźmi. Z wykształcenia jest ogrodnikiem. Przez jakiś czas opiekowała się też starszą panią chorą na parkinsona, ale wątpi, czy ktoś zdecydowałby się zatrudnić w takiej roli byłą recydywistkę...

- Żadnej pracy się nie boję. Mogę sprzątać albo gotować - deklaruje. - W niedzielę przygotowałam na przykład pyszny obiad - rosół i kotlety z piersi kurczaka. Maciej był zachwycony.

Maciej to mężczyzna, którego kilka lat temu poznała na przepustce. Teraz zamieszkała z nim. Czy planują wspólną przyszłość? Jeszcze zbyt wcześnie na odpowiedzi na takie pytania. Wątpliwości jest tak wiele. Życie na wolności, za którym tak tęskniła za kratami, co rusz zaskakuje. Czasami Joanna ma wrażenie, że zatoczyła koło i że staje przed takim samym wyborem, jak wtedy, gdy miała szesnaście lat.

- Ale nie poddam się - zaciska dłoń. - Jestem zdrowa i uparta. Uparta na normalne życie. I na siebie. Nie chodzę do kościoła, nie odmawiam pacierzy, ale wierzę w Boga. Przetrwałam w tym więzieniu, pokonałam raka. Może to jest jakiś znak, ostatnia szansa? Muszę z niej skorzystać.

* * *

Takich kobiet jak Joanna jest w Polsce wiele. Codziennie opuszczają więzienne mury i zaczynają nowe życie, które nie jest usłane różami. Ostracyzm społeczny jest tak duży, że niewiele z nich potrafi się przyznać do tego, że ma w życiorysie epizod więzienny. Dlaczego? Bo boi się drugiego wyroku, który wydaje społeczeństwo. I nie ma tu litości.

PS Personalia bohaterki oraz imiona jej córki i partnera zostały zmienione.

Opinia


prof. Lech Witkowski pedagog i filozof z Kujawsko-Pomorskiej Szkoły Wyższej w Bydgoszczy

Mamy do czynienia z sytuacją szczególną, ponieważ więzienie opuściła kobieta. To nie jest pierwszy przypadek, kiedy penitencjariuszka nie ma dokąd pójść. Wejście w nowe życie jest trudne, bo nie ma u nas odpowiedniej opieki postpenitencjarnej. Jest resocjalizacja, która ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Byli więźniowie od razu muszą się odnaleźć. O ile mężczyzna jest sobie w stanie szybciej poradzić, bo np. podejmie fizyczną pracę, to dla kobiety naznaczonej stygmatem - a tak myśli się o byłych więźniarkach - funkcjonowanie w nowej rzeczywistości staje się problemem.

Istnieje duże ryzyko, że kobieta może wrócić na drogę przestępczą albo zacząć żyć z prostytucji, bo nie będzie widziała dla siebie żadnej alternatywy. Niestety, w Polsce nadal nie ma zrozumienia dla byłych więźniów.

Wiemy, że w zakładach karnych są też ofiary przemocy lub osoby dotknięte przez los. Z jednej strony potrafimy im współczuć, a z drugiej podwójnie karać. Wynika to z faktu, że o istnieniu ludzi z wyrokami nie mówi się głośno.