W krainie islamskiego uśmiechu

Krzysztof Błażejewski 3 października 2014, aktualizowano: 03-10-2014 11:30

Iran Europejczykom jawi się jako kraj zła, gdzie na każdym rogu czeka omotany turbanem człowiek z kałachem w dłoni. Tymczasem nigdzie więcej na świecie nie spotkałem tylu uśmiechniętych i życzliwych ludzi, co właśnie tam.

„Hallo!” - już z daleka mieszkańcy Tebrizu pozdrawiają dostrzeżonych na ulicy Europejczyków. To powszednie zachowanie na ulicach irańskich miast.

Fot.: Krzysztof Błażejewski

Wjechać do Iranu nie jest sprawą prostą. Trzeba mieć właściwą narodowość, odpowiedni zawód, nie być nigdy w Izraelu, spełniać wiele innych warunków. Po kraju poruszać się wolno tylko pod kontrolą, trzeba meldować się na posterunkach na rogatkach miast. Gdzieś w tle zawsze są „opiekunowie” w charakterystycznych zielonych koszulach. Ale da się o tym podczas zwiedzania zapomnieć.


Iran to 80-milionowy kraj. Wielki i piękny. Niedostępny dla świata, odizolowany od niego na własne życzenie, sformułowane ponad trzy dekady temu przez ajatollaha Chomeiniego. I on, i jego następca - Chamenei - spoglądają uważnie na Iran współczesny z wszechobecnych tam portretów.

Iran to od tamtego czasu kraj wyznaniowy z prezydentem, premierem i parlamentem zależnym od... religijnej Rady Ustalania Właściwego Porządku i mudżahedinów ludowych na straży tego porządku stojących. Zadaniem tych ostatnich jest strzec czystości obyczajów, niekiedy w karykaturalny sposób postrzeganej. Oficjalnie mężczyzna nie może dotknąć w publicznym miejscu kobiety, nawet jeśli jest jego żoną! I vice versa, a co dopiero obcy...

Trudne do wyobrażenia korki


Jednak w Iranie widać wyraźnie, że idzie nowe, wlewa do kraju coraz szerszą rzeką. Widziałem wiele młodych par trzymających się na ulicy za ręce. Jednak częściej dostrzec można odwieczny zwyczaj witania się braci, krewnych i przyjaciół płci męskiej pocałunkiem... w usta.

Iran to inny świat. Prawie w każdej dziedzinie życia. Czy na pewno gorszy od naszego? Warto przynajmniej go poznać, żeby móc się nad tym pytaniem zastanowić.

To nie jest świat ludzi biednych, zacofanych, jak się nam z europejskiej perspektywy wydaje. Liczba samochodów na ulicach takich wielomilionowych metropolii jak Tebriz czy Teheran jest porażająca. Jeśli komukolwiek wydaje się, że po pobycie w Kairze czy Stambule wie, co to są orientalne korki, to musi pojechać do Teheranu. Niemal wszystkie ulice są jednokierunkowe i liczą sobie po 4-5 pasów. Panuje tam niewyobrażalny tłok i chaos. Mimo że w centrum nie brakuje przejść dla pieszych i świateł, nikt, absolutnie nikt z kierujących nie przejmuje się tym. Przejście przez jezdnię wiąże się zawsze z wtargnięciem z zimną krwią i zamkniętymi oczyma wprost pod koła samochodu. I tak jest kolejno przez wszystkie 8-10 pasów ruchu. Nikt się nie zatrzyma, żeby ustąpić. A jednak wypadków, stłuczek czy potrąceń praktycznie nie ma. Jak oni to robią?

Pobudka o trzeciej rano


Właściwie trudno się dziwić miłości Irańczyków do jeżdżenia samochodem, skoro benzyna kosztuje tu niewiele ponad naszą złotówkę. Kto nie jeździ samochodem, porusza się przez miasto skuterem czy motorynką - to ma być sposób na korki. Europejczyka szokować musi też widok tych samych aut. Widziałem w zasadzie tylko cztery marki: miejscową, hinduską, oraz peugeoty i renaulty. Tylko te wolno w Iranie sprzedawać. Francja dostała ten przywilej w zamian za „przechowanie” Chomeiniego.

Ahmed, który pełni rolę opiekuna „obcach”, skończył rusycystykę. Jest wnukiem mułły, więc stara się strzec tradycji, ale widzi też, jak to, co zakazane, kusi i wchodzi do Iranu. Jako młody człowiek rozumie to. - W piątki, odpowiedniki chrześcijańskich niedziel - wyjaśnia Ahmed - żeby wydostać się z Teheranu i dotrzeć na moją daczę pod miastem, muszę wstawać o 3. rano i ruszać w drogę. Wtedy te 50 km, dzielące mnie od działki, pokonam do siódmej godziny. Gdybym ruszał po śniadaniu, dojechałbym tam po południu...

W Iranie wciąż jeszcze Europejczyk może czuć się trochę jak małpa z obwoźnego cyrku. Nie ma tam w ogóle zagranicznych wycieczek. Na widok białych wielu Irańczyków, mężczyzni i kobiety, zatrzymują się, podchodzą, próbują nawiązać dialog. Są bardzo ciekawi świata. „Can I help you?” - pytają, obdarzając rozmówcę szczerym uśmiechem. „Where are you from?” - próbują dalej. „Poland, Poland...” - niektórzy powtarzają zagubieni. Dopiero słowo „Lachstan” (Polska w języku farsi) usuwa wszelkie bariery. „Lachstan? Volleyball!” (siatkówka po angielsku) - podchwytują natychmiast Irańczycy. Kiedy już nawiązana zostanie rozmowa, natychmiast spod czadorów wychylają się najnowszej generacji wypasione smartfony, komórki i tablety. „Can I take a photo?” I pstrykają, pstrykają, pstrykają...

Nie spotkałem w Iranie ani jednej kobiety, która nosiłaby czador (płachtę zarzucaną na całe ciało łącznie z głową) czy hidżab (chustkę na głowę i ramiona) z wyciętymi otworami na oczy, co często można zobaczyć w Dubaju, a nawet Egipcie. Nie widziałem ani jednej kobiety noszącej na twarzy czarną skórzaną maskę jak w Bahrajnie.

Złapać chłopaka na plaster


Tylko w Iranie, jako jedynym spośród państw islamskich, widziałem kobiety tak zadbane, umalowane, z hidżabami zsuniętymi na tył głowy. Chusty trzymają odpowiednio upięte koki. Wiele Iranek ma plastry na nosie. To wynik niezwykle modnych... operacji plastycznych. Ponoć symbolem oświadczyn ze strony młodego mężczyzny jest zafundowanie właśnie takiej operacji.

W oczy aż kłuje segregacja płciowa w autobusach, parkach, kawiarniach. Iran to świat bez zabaw i dyskotek. Nawet na weselach panie tańczą z paniami, a panowie - w osobnej sali - z panami. Na plażach kobiety mogą się kąpać wyłącznie w... spodniach i czadorach!

Zakazy wydają się nie przeszkadzać. Nie widziałem ani jednej Iranki bez choćby symbolicznie zarzuconej na tył głowy chustki. I bez spodni, choć zamiast zalecanych szerokich, kryjących kształty, młode Iranki noszą dżinsy i getry, spod których wyzierają, o zgrozo, bose stopy. A jednocześnie...

- Młodzież spotyka się chętnie w zamkniętym gronie - dowiaduję się od Ahmeda. - Wtedy chustki lecą w kąt, zaczynają się tańce i śpiewy. A jeśli ktoś nie ma domu na uboczu, to wynajmuje się autobus, zasłania w nim firanki i tam po prostu urządza się dyskotekę...

Powiedzenie „wesoły autobus” nabiera więc w Iranie nowej treści.

- Tak naprawdę to nasze kobiety noszą chusty, bo chcą. Nikt tego nie pilnuje - twierdzi Ahmed, ale nie jest w tym przekonujący.

- To dlaczego Europejki zmuszacie do chodzenia w hidżabach? - pytam.

- Wcale nie zmuszamy.

- A możemy zdjąć? Nie, nie można, bo policja was zatrzyma.

Ahmed, zapędzony w kozi róg, zmieszany odchodzi.

- Tak chodzą wszystkie. Od zawsze - przyznaje Safa, z którą rozmawiam w parku w Teheranie opodal bazaru. - Nie, nigdy nie zdejmę na ulicy. Nie mam takiej potrzeby. Nie noszę za to w domu, u rodziny, na spotkaniach z przyjaciółkami. Nie tęsknię do niczego więcej.

Piłka? Siatka? Kobietom wara...


Kobieta wysłała do mnie wcześniej męża, żeby się dowiedział, czy zgodzę się na jej wspólne zdjęcie z Europejkami. Korzystam z okazji:

- Jusuf, chodzisz na siatkę albo piłkę? Tak. A zabierasz ze sobą Safę? Nie... Dlaczego? Bo kobiety nie mogą chodzić na mecze. Dlaczego? Żeby, żeby... nie słyszeć wulgaryzmów, jakie padają z trybun...

- Give me your account on Facebook - mówi na koniec Jusuf. - I’ll send you photos.

Jestem w szoku, przecież tu oficjalnie nie ma Facebooka. Iran to przecież świat bez zagranicznej telewizji, anten satelitarnych i gazet, z zablokowanym i ocenzurowanym Internetem.

- Z tym dawno już nie ma problemu - wyjaśnia Ahmed. - Niemal wszyscy wiedzą, gdzie można kupić programy odblokowujące dostęp do zachodnich serwerów. W domach są też tysiące anten satelitarnych, tylko dobrze ukrytych.

Iran to także świat bez alkoholu. Może nam, Europejczykom, trudno w to uwierzyć, ale tam naprawdę nie piją. Nie sposób też gdziekolwiek kupić alkohol, bo po prostu go nie ma. Raz zdarzyło mi się zobaczyć tureckie piwo na zapleczu sklepu spożywczego, dokąd wszedłem nieproszony, słyszałem też o możliwości nabycia wina czy bimbru pędzonego na wsi przy granicy z Turcją i Armenią, „po cichu” od zamieszkujących w Iranie Ormian, a także o słynnej „wiszniówce” z wybrzeży Morza Kaspijskiego, której produkcji nauczyli mieszkających tam Irańczyków ewakuujący się z Rosji sowieckiej żołnierze gen. Andersa, ale na pewno jest to zjawisko marginalne. W handlu za to niby-piwa jest pod dostatkiem, w każdym spożywczaku, w puszkach, butelkach szklanych i plastikowych, heinekeny, bawarie, miejscowe w kilku wersjach. Zawsze jednak mają wybite wielkimi literami: „Alcohol 0,0%”. W smaku jest znakomite, bije na głowę koncernowe piwa sprzedawane w Europie.

Wszyscy są zadowoleni


Iran to również świat bez marketów, bez chleba (zastępuje go płaski placek - lawasz), bez psów, bez żebraków, bezdomnych, alkoholików. Nikt tu nikogo nie nagabuje, nie zaczepia. Handlarze uśmiechają się tylko szeroko.

Opuszczając Iran, mam wrażenie, że byłem w sztucznym świecie, z którego nie ma mądrego wyjścia. Starsi izolację i zakazy akceptują jako wierni słudzy islamu, młodzi nauczyli się, tak jak my ongiś w PRL-u, żyć w zakłamaniu. Mułłowie nie widzą żadnego problemu, Rada Ustalania Właściwego Porządku udaje, że wszystko kontroluje, a młodzież - że przestrzega zasad. I wszyscy są zadowoleni.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 22-10-2014 01:59

    Oceniono 3 razy 2 1

    - studio-nieruchomosci.com: Warto obejrzeć na ipli program Martyny Wojciechowskiej na temat dziewczyny w Iranie zajmującej się zawodowo grą w piłkę nożną. Ciekawy reportaż.

    Odpowiedz

  2. 06-10-2014 19:15

    Oceniono 8 razy 5 3

    - Irańczycy: Pozdrawiam wszystkich Irańczyków , to najmądrzejsi ludzie ze świata Islamskiego ,nie to co ta dzicz w Iraku czy Syrii lub Afganistanu. Niech żyje IRAN

    Odpowiedz