Szczęście na szesnaście pociech

Katarzyna Bogucka 3 października 2014

Od Zdzisławy i Leszka Kolasów ze Smerzyna (gm. Łabiszyn), rodziców szesnaściorga dzieci, uczyć się można ekonomii, zarządzania i... wiary w cuda, bo ostatnio ich wydatki dwukrotnie przekraczają dochody, a oni koniec z końcem i tak wiążą. Muszą.

Szesnaścioro dzieci państwa Kolasów nie sposób zastać w komplecie w domu, ani tym bardziej zebrać do wspólnego zdjęcia. Na archiwalnej fotografii, która zamieszczamy obok, kilkoro pociech brakuje.

Fot.: Archiwum L. Kolasa

- Nawet wojewoda nie wie, ile my mamy dzieci! - uśmiecha się Leszek Kolasa, rosły mężczyzna z uporem wypisanym na twarzy, witający się mocno spracowaną ręką, ojciec dwunastu synów i czterech córek. - Pewnego dnia nasz sąsiad usłyszał w radio, że, według oficjanych danych, najliczniejsza rodzina w województwie kujawsko-pomorskim liczy 13 osób. Nie mógł w to uwierzyć, przybiegł i pyta mnie przez płot: „Leszek, to ile ty masz w końcu tych dzieciaków?”.


W jednopiętrowym domu krytym eternitem, ogromnym wysiłkiem doprowadzonym przez pana Leszka do porządku po dewastacji przez poprzednich gospodarzy („Krzaki na podwórku przypominały już las, ciągnika nie było przez te nie widać, musieliśmy wypalić chaszcze, a wtedy okazało się, że w ziemi żyły całe kolonie myszy...”), w zasadzie cały czas jest zamieszanie, a największy chaos robi się wieczorem, kiedy nadchodzi pora snu. Domek błyskawicznie zamienia się w jedną wielką sypialnię. Po rozłożeniu wszystkich tapczanów, miejsca do przejścia nie zostaje zbyt wiele... Dwóch najmłodszych synów śpi u rodziców, w drugim pokoju stoi pięć kanap, na których dzieciaki kładą się dwójkami, dwie dziewczyny dzielą pokój z babcią Konstancją (od lat inwalidką pierwszej grupy, rozczarowaną brakiem ułatwień dla matek wychowujących tak dużo dzieci i młodych bezrobotnych, a w tej rodzinie już troje dzieci nie ma pracy).

Zamieszanie ze stołem


W oczy od razu rzuca się brak dywanów i stołu. - Dywany? To utrapienie - wzdycha babcia Konstancja. - Pamiętam, jak kupiłam kiedyś bardzo ładny dywan, przyniosłam go pod pachą, położyliśmy w dużym pokoju, a jakże. Niestety, chociaż raz w tygodniu był odkurzany, jak przyszło do wyniesienia go na czas remontu, kilku chłopa nie mogło go wytargać na zewnątrz, trzeba było wózka użyć.

- Nie stać mnie na wyrzucenie trzech odkurzaczy w roku, bo tyle byśmy ich zużyli, chcąc sprzątnąć po tylu nogach wnoszących piasek i kurz - dorzuca pan Leszek.

Z konieczności na podłogę trafił więc gumolit, ale to nie jest szczyt marzeń gospodarzy. Paneli jednak położyć nie można. Robotnicy budujący dom wylali posadzkę tak nieszczęśliwie, że wilgoć wchodzi do domu po ścianach, widać ją na podłodze, woda zbiera się, m.in. w skrzyniach tapczanów, nic zatem dziwnego, że średnio co trzy lata trzeba je wymieniać. Osuszanie fundamentów kosztowałoby więcej, niż kapitalny remont całego domku...

Co do stołu, to jakoś go nikomu nie brakuje. - Mamy ławę w salonie i stolik w kuchni. Muszą wystarczyć. Składany stół, używany np. w Wigilię, trzymamy na strychu, podobnie jak ze 30 krzeseł - mówi pani Zdzisława, mama licznej gromadki. - Gdybyśmy chcieli codziennie rozstawiać ten nasz stół, stracilibyśmy dużo powierzchni, a tak zawsze znajdzie się jakieś miejsce do zjedzenia posiłku albo odrabiania lekcji. Poza tym dzieci kończą lekcje o różnych porach. W szkolnej stołówce mają wykupione zupy, bardzo lubią naleśniki, płatki z mlekiem, ale nie przepadają za ziemniakami z sosem.

Dzieci państwa Kolasów uczą się różnie, są wśród nich i zdolne, choć leniwe, i przeciętne. Generalnie najlepiej idzie im matematyka, gorzej jest z językiem polskim...

Tysiące na książki


Nad sprawami szkolnymi czuwa w zasadzie pani Zdzisława, tylko na wywiadówki - z powodów logistycznych - jeżdżą oboje małżonkowie.

- Jednego dnia zebrania odbywają się w klasach czworga naszych dzieci, więc siedzimy w szkole od godziny 16 do 20, chodzimy z żoną na zmianę od klasy do klasy. Pewnie, że dużo by się w tym czasie zrobiło, ale swoim potomstwem przecież trzeba się interesować - uważa Leszek Kolasa.

Wyprawienie ósemki pociech do szkoły kosztowało w tym roku fortunę. Za same książki trzeba było zapłacić ponad 4 tys. zł. Lepiej nie pytać państwa Kolasów, jak sobie radzili, gdy do szkoły chodziło jednocześnie jedenaścioro dzieci... Kilka tygodni temu pan Leszek sprzedał byczka i pieniądze jakoś wystarczyły na podręczniki. Co będzie w przyszłym roku? Cztery cielaki wprawdzie w obórce stoją, ale żeby osiągnąć dobrą cenę, muszą rosnąć jeszcze przez najbliższe dwa lata, a ile przez ten czas zjedzą...

- W tym roku wymłóciłem siedem ton zboża - wylicza przedsiębiorczy tata. Sadzi też ziemniaki, hoduje świnię, dla mleka trzyma kozę, obrabia leżące odłogiem ziemie sąsiadów, za nieco ponad tysiąc złotych miesięcznie kosi trawę na zlecenie gminy („To, wbrew pozorom, bardzo ciężka praca, szczególnie że lekarze zdiagnozowali u mnie dyskopatię kręgosłupa i pewnie konieczna będzie operacja, której bardzo się obawiam”), dostał także pracę przy karczowaniu prywatnego lasu i przy sprzedaży drewna.

Ręki nie wyciągają


W Urzędzie Gminy Łabiszyn dowiadujemy się, że Kolasowie to rodzina, która za wszelką cenę próbuje radzić sobie z trudnościami. Pan Leszek potwierdza, ale przyznaje też, że obecnie wydatki jego familii dwukrotnie przekraczają dochody: - Nie wiem, jak ja to robię, jak to się robi, ale wciąż jakoś dajemy sobie radę - zapewnia.

Kolasowie nie ustawiają się w kolejce po pomoc, jednak co jakiś czas i tak docierają do nich kąśliwe uwagi co do liczebności rodziny.

- Jak to było z naszymi dziećmi? Nie tak, jak w mieście, że wszystko się planuje. My to wszystko wyłącznie z miłości, nieplanowane, ale kochane, jak to mówią - uśmiechają się małżonkowie. W lutym 2015 roku będą świętować 30. rocznicę ślubu.

Poznali się na zabawie w Mamliczu. W dniu ślubu pan młody miał 19, a jego wybranka 21 lat. Para kłóci się na tyle rzadko, że dzieci są zazwyczaj tymi sprzeczkami wielce zadziwione. Zwykle, niestety, chodzi o pieniądze... Miejscowy ksiądz żartuje, że wielodzietność rodziny Kolasów ma związek z częstymi kradzieżami linii energetycznych w pobliżu Smerzyna i ciemnościach spowijających wówczas okolicę. Rodzice zaś głoszą znacznie poważniejszą teorię.

- Niektórzy inwestują w samochody albo nie chcą dzieci, bo mają na głowie karierę. My poszliśmy w inną stronę - tłumaczą małżonkowie. - Często słyszymy negatywne wypowiedzi na temat naszej rodziny, typu: „Jak sobie narobiłeś, to sobie chowaj teraz sam”, albo znacznie bardziej dosadne: „Jak narobił, to niech teraz zapie...”.

Leszek Kolasa stara się jak może. Pracował w Bydgoskiej Fabryce Mebli, przed dwa lata był listonoszem, wcześniej zaś przez ćwierć wieku zatrudniony był jako tokarz w bydgoskim Zachemie. I właśnie ten okres wspomina najlepiej. Zarabiał przyzwoicie, firma fundowała paczki na święta, a gdy spalił się chlewik i świnie musiały stać pod gołym niebem, to i tysiąc złotych zapomogi mu przyznano. - Czułem się wtedy jak normalny człowiek - dodaje Leszek Kolasa.

W 2000 roku tak zwane służby pomocnicze Zachemu przekształcono w spółkę, a gdy zakład padł, padła i spółka... - W zeszłym roku skończyła mi się kuroniówka. Niestety, choć zawodów mam kilka, dobrze płatnej pracy dla mnie nie ma - rozkłada ręce gospodarz i żali się, że jego żona urodziła szesnaścioro dzieci, a nie należą się jej żadne świadczenia. - Owszem, są ludzie chętni do pomocy, chociażby rodzina z Bydgoszczy, która kilka razy w roku zbiera dary od znajomych i sąsiadów. Czego nam potrzeba najbardziej? Dom ociepliłem, jeszcze za zakładowe pożyczki zdążyłem wymienić okna, z dachem już się nie udało. Coż, poczekamy, aż w 2016 roku dorosną cielaki. Bardzo przydałby się nam duży wielofunkcyjny samochód, może być do remontu, byle tylko blacha była dobra...

Fakty


Dzieci to inwestycja w przyszłość

- Wśród najsłynniejszych współczesnych wielodzietnych rodzin wymienić można, m.in. familie Beckhamów, Jacksonów, Gibsonów (tych od Mela), Brada Pitta i Angeliny Jolie, czy Céline Dion - najmłodszej,
14. córki Adhémara Diona i Thérese Tanguay. A w przeszłości? Liczne rodzeństwo mieli, m.in. Jan Sebastian Bach, Johann Wolfgang Goethe, Adam Mickiewicz.

- W Polsce żyje ponad milion rodzin wielodzietnych. Łącznie tworzą one grupę ponad pięciu milionów obywateli. Posiadanie licznego potomstwa wiąże się z licznymi wyrzeczeniami (zmianą dotychczasowego stylu życia, rezygnacją z wolnego czasu),
a także z większymi kosztami finansowymi. W społeczeństwach rozwiniętych rodziny wielodzietne tworzą stowarzyszenia, aby skuteczniej zabiegać o swoje prawa.

- W Polsce wydatki, jakie muszą ponieść rodzice na wychowanie jednego dziecka do ukończenia przez nie 20. roku życia, to 190 tys. zł. W przypadku dwójki dzieci kwota ta wzrasta do 322 tys. zł. Posiadanie licznego potomstwa niesie jednak ze sobą zalety, których nie da się wyceni. Dzieci to swego rodzaju inwestycja - to one zapewniają rodzicom opiekę i pomoc finansową na starość.
Liczne rodziny często mogą liczyć na ulgi prorodzinne, na wsparcie ze strony państwa i przedsiębiorstw. O tym, jak ta pomoc wygląda w praktyce, wiedzą tylko sami zainteresowani...