Cyniczna gra kosztem bitych kobiet

Przemysław Łuczak 3 października 2014

Rozmowa z JOANNĄ PIOTROWSKĄ, prezeską Fundacji Feminoteka.

Joanna Piotrowska: - Spośród 61 tysięcy podejrzanych o stosowanie przemocy, w ubiegłym roku skazano tylko niespełna 12 tysięcy.

Fot.: Archiwum


Jak Pani odebrała wystąpienia prawicowych polityków w Sejmie podczas debaty na temat ratyfikacji konwencji przeciwko przemocy wobec kobiet, przekonujących, że zagraża ona konstytucji, rodzinie, tradycji?


Słuchając wypowiedzi polityków prawej strony w Sejmie miałam nieodparte wrażenie, że w ogóle nie chodzi im o to, żeby chronić ofiary przemocy, które bardzo często pozbawione są właściwej pomocy, a ich ciemiężyciele praktycznie pozostają bezkarni. Tak naprawdę odebrałam to jako cyniczną grę polityczną kosztem maltretowanych kobiet - o to, żeby zdobyć władzę. Ta polityczna rozgrywka towarzyszy zresztą konwencji Rady Europy przeciwko przemocy wobec kobiet właściwie już od 2012 roku, kiedy Polska podpisała ten ważny dokument.

Padły wówczas obietnice, że konwencja zostanie szybko ratyfikowana. Kiedy jednak zaczęto konsultować jej zapisy z polskimi biskupami, od razu zaczęły piętrzyć się problemy. I tak jest do dziś, bo tuż po nominacji Ewy Kopacz na stanowisko premiera, okazało się, że głosowanie nad ratyfikacją konwencji zostało wykreślone z porządku obrad Sejmu. I znowu nie było rzeczowej dyskusji, tylko prawicowi politycy po raz kolejny wygadywali jakieś bzdury.

Do kampanii przeciwko przyjęciu konwencji włączył się Kościół, który wprawdzie zapewnia, że jest przeciwko przemocy wobec kobiet, ale nie może zaakceptować „redefiniowania pojęcia płci, małżeństwa i rodziny”...
Nie wiem, dlaczego w ogóle powinniśmy brać pod uwagę głos episkopatu w tej sprawie, podobno Polska jest państwem świeckim. Rzeczy, o których mówi Kościół, w konwencji nie ma. Hierarchowie Kościoła katolickiego robią społeczeństwu wodę z mózgu. Mało kto zapozna się z treścią konwencji, więc wielu bierze słowa biskupów za dobrą monetę. Tymczasem Kościół pokazuje, że to on dyktuje politykom, co mają robić. To jest ohydna manipulacja kosztem ofiar przemocy.

Czy blokowanie ratyfikacji tej konwencji może zapewnić politykom sukces wyborczy?
W tym problem. Maltretowane kobiety same nie upomną się o swoje prawa. One często nawet nie wiedzą, że w ogóle istnieje taka konwencja, więc ktoś musi walczyć w ich imieniu. Bo w Polsce panuje wielka mizoginia*, wielka niechęć do tego, żeby zmienić nasz niewydolny system zapobiegania przemocy. W funkcjonowaniu wszystkich instytucji zajmujących się przeciwdziałaniem przemocy i reagowaniem na jej skutki, jest wiele zaniechań i złych praktyk.

Dostrzegamy to w fundacji Feminoteka, prowadząc telefon interwencyjny czy angażując się w sprawy sądowe, dotyczące przemocy wobec kobiet, także seksualnej. Widzimy, co się dzieje w sądach, w służbie zdrowia czy ośrodkach pomocy społecznej. Dyskusja nad tą konwencją z jednej strony może cieszyć, bo na jaw w końcu wyszły mizoginistyczne, seksistowskie oblicza Polaków i Polek, z drugiej - smuci, bo ujawnia brak chęci do faktycznej realizacji działań antyprzemocowych.

Co rząd mógłby zrobić zanim dojdzie do ratyfikacji konwencji?
Gdyby rząd naprawdę chciał i poważnie traktował kwestie przemocy wobec kobiet, już dawno wprowadziłby w życie wiele zapisów tej konwencji. Nie wiem, co na przykład przeszkadza w uruchomieniu ogólnopolskiego telefonu dla ofiar przemocy, czynnego całą dobę, przez siedem dni w tygodniu. Nie wiem też, dlaczego nie można otworzyć specjalistycznego ośrodka dla ofiar gwałtów i wprowadzić procedur, dotyczących postępowania z nimi, mimo że zostały przygotowane przez Feminotekę, złożone w biurze poprzedniej pełnomocniczki rządu ds. równego traktowania i skierowano je do ministerialnych konsultacji.

A tak w ogóle, to jestem zaskoczona, że w PO nie było dyscypliny partyjnej, bo wtedy wystarczyłoby głosów, żeby Platforma razem z SLD i Twoim Ruchem doprowadziła do ratyfikacji konwencji na ostatnim posiedzeniu Sejmu. Dziwię się również, że PO nie przywołała swojego koalicjanta - PSL - do porządku. To pokazuje, że dla partii rządzącej sprawa realnego wsparcia ofiar przemocy nie jest najważniejsza.

Wierzy Pani, że w październiku dojdzie do ratyfikowania konwencji?
Nie wierzę. Znowu będą jakieś wybiegi, żeby to odwlec. Uważam, że dopóki nie zostanie wprowadzona dyscyplina partyjna w PO, i dopóki PSL nie przestanie licytować się z posłami PiS w przekonywaniu społeczeństwa o szkodliwości konwencji, nie ma szans na jej ratyfikację. Ale i tak, bez względu na te polityczne gierki, rząd mógłby zacząć coś robić. Nie rozumiem, dlaczego od 2005 roku nie było w Polsce żadnej kampanii, dotyczącej przemocy wobec kobiet. I dlaczego nigdy nie zorganizowano żadnej kampanii, związanej z przemocą seksualną.

Co zmieni ratyfikacja konwencji?
Ratyfikacja konwencji byłaby pokazaniem dobrej woli państwa, że nie tylko na papierze będzie przeciwdziałało wszelkiej przemocy wobec kobiet i przemocy domowej w sposób nowoczesny, że podejmie walkę ze stereotypami płciowymi i dyskryminacją, które sprzyjają przemocy. Jeśli dojdzie do ratyfikacji, będziemy mogli się odwoływać do zapisów konwencji, np. w sądach, będziemy mogli pytać urzędników, jak wcielają je w życie: czy jest całodobowy telefon dla ofiar przemocy, czy zostały zmienione programy profilaktyczne, czy został już otwarty ośrodek dla ofiar przestępstw seksualnych?

Ta konwencja jest lepsza od wielu samorządowych programów antyprzemocowych w Polsce, w tym również od ustawy antyprzemocowej. Specjalny zespół monitorujący Rady Europy będzie mógł sprawdzać, jak poszczególne państwa wywiązują się ze swoich zobowiązań wynikających z konwencji.

Jaka jest skala przemocy wobec kobiet w Polsce?
Oficjalne statystyki znacznie różnią się od faktycznych rozmiarów przemocy. Z danych policji wynika, że rocznie zgłaszanych jest od 80 do 90 tys. przypadków przemocy wobec kobiet. Natomiast według szacunków prof. Beaty Gruszczyńskiej z Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości, tylko dwóch rodzajów przemocy: fizycznej i seksualnej, doświadcza w Polsce od 700 tys. do miliona kobiet rocznie. Około 150 kobiet rocznie zostaje zamordowanych w wyniku tzw. nieporozumień domowych.

Wśród ofiar przemocy 90 proc. stanowią kobiety. Trudniej jest oszacować zakres przemocy psychicznej, a przemoc ekonomiczna nie jest jeszcze w Polsce zdefiniowana. Nie ma o niej mowy w naszej ustawie antyprzemocowej, natomiast jest w konwencji.

A jak jest z karaniem sprawców przemocy?
Prokuratury zbyt często umarzają postępowanie w takich sprawach. Spośród 61 tysięcy podejrzanych o stosowanie przemocy, w ubiegłym roku skazano tylko niespełna 12 tysięcy. W dodatku większość z nich, ponad 85 proc., dostaje wyroki w zawieszeniu, co powoduje, że sprawca wraca do domu i mści się na osobie, która poskarżyła się na niego, czyli na swojej żonie lub partnerce. Są bezkarni. Sądy bardzo niechętnie orzekają nakaz opuszczenia przez oprawców mieszkania zajmowanego razem z ofiarą. Przyjęcie konwencji pozwoliłoby zmienić tę niedobrą praktykę.

Zgadza się Pani z często powtarzaną tezą, że polskie prawo wystarczająco chroni kobiety przed przemocą i nie trzeba go zmieniać?
To nieprawda, że nasze prawo jakoś specjalnie sprzyja ofiarom przemocy. Podpisanie przez Polskę konwencji wymusiło zmianę trybu ścigania sprawców gwałtów. Od 1 stycznia tego roku dzieje się to z urzędu, a nie na wniosek ofiary. To ważna zmiana, chroniąca ofiary przestępstw seksualnych. W naszym prawie nie ma przepisu o przemocy wobec kobiet, w Kodeksie karnym mówi się tylko o znęcaniu się. Nie mamy też przepisów, dotyczących przemocy ekonomicznej. Ale nawet i te przepisy, które istnieją, nie zawsze są przestrzegane.

Jak sprawdzają się przepisy, dotyczące ścigania z urzędu sprawców gwałtów?
Jest jeszcze za wcześnie, żeby wyciągać wnioski. Nowe przepisy obowiązują nieco ponad pół roku. Mogę jedynie powiedzieć, że Feminoteka jako organizacja społeczna uczestniczy w sprawie w jednym z niewielkich miast w północnej Polsce - chodzi o zbiorowy gwałt na 16-letniej dziewczynie.

I, niestety, gdyby nie nasz udział w tym procesie, jej sytuacja byłaby skrajnie zła, bo nowe przepisy nie były przestrzegane, na co zwróciłyśmy uwagę. Został zmieniony sędzia i liczymy, że teraz prawo będzie respektowane. Ale ta sprawa pokazuje, że ci, którzy stoją na straży prawa, nie przestrzegają go, jeśli chodzi o tak drastyczną przemoc, jak gwałt.
* Mizoginia lub mizoginizm - nienawiść, niechęć do płci żeńskiej.

Teczka osobowa


Za równością, przeciw dyskryminacji i przemocy

- Joanna Piotrowska jest założycielką i prezeską Fundacji Feminoteka. Ekspertka i trenerka równościowa i antydyskryminacyjna.

- Współautorka licznych publikacji, dotyczących tematyki równościowej i antydyskryminacyjnej. Laureatka Złotego Telefonu, nagrody przyznawanej przez Niebieską Linię osobom szczególnie zaangażowanym w przeciwdziałanie przemocy.

- Hobby - wyszywanie makatek.