Jak zawód do łask przywrócić?

Małgorzata Oberlan 3 października 2014

Nie pomagają klasy zamawiane ani kuszenie płatnymi stażami. Z mapy województwa kujawsko-pomorskiego znikają kolejne szkoły zawodowe, młodzi uparcie szturmują ogólniaki, a tymczasem pracodawcy załamują ręce: brakuje im wykwalifikowanych kadr.

Kwiecień 2014 roku. Aleksander Kaczmarek, uczeń klasy III a technikum walczy w konkursie o Diamentową Piłę w Zespole Szkół Drzewnych w Bydgoszczy

Fot.: Dariusz Bloch

Niedawno do dyrekcji Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Toruniu przyszli przedstawiciele bardzo dużego zakładu, działającego w Pomorskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej w Ostaszewie. Przyznali, że wyczerpali już wszystkie możliwości. Ślusarzy i tokarzy poszukiwali przez agencje zatrudnienia, urząd pracy, ogłoszenia w prasie. Bezskutecznie. Dlatego zapukali do szkoły.


- Odpowiedziałem, że jak najbardziej - dam każdego ślusarza i tokarza. Tyle tylko, że ich nie mam, bo dzieciaki nie chcą się w tych fachach kształcić - mówi wprost Marek Przepióra, wicedyrektor ZDZ.

Czarna dziura nas dogania


Identyczne problemy zgłasza coraz większa liczba pracodawców. Ostatnio o problemach mówiła choćby bydgoska PESA. Było nie było, firma z prestiżową marką już nie tylko w kraju, ale Europie, z przyzwoitymi warunkami pracy i płacy. Brakuje jej wykwalifikowanych spawaczy, mechaników i lakierników. Kusi, szuka, ale efekty są dalekie od oczekiwań.

PESA nie jest jedyna ze swoim głodem kadrowym. Drukarniom w regionie brakuje wykwalifikowanych maszynistów, zakładom mięsnym - wędliniarzy, zakładom przetwórstwa tworzyw sztucznych - operatorów maszyn. Według dyrektorów szkół zawodowych i techników, cechów rzemieślniczych i samych pracodawców, to dopiero początek dramatu. Luka w szkolnictwie zawodowym z jeszcze większą mocą da o sobie znać za kilka lat.

- Od kilkunastu lat wszyscy chcą mieć wykształcenie średnie - z przekąsem komentuje Ryszard Lewandowski, dyrektor Zespołu Szkół Mechanicznych nr 2 w Bydgoszczy. - Bez zmiany mentalności rodziców i młodzieży niewiele się zmieni. Trzeba przywrócić szacunek do zawodu i kształcenia zawodowego. Z drugiej strony, uczeń zawodówki musi mieć w perspektywie godną pracę. Dziś, nie oszukujmy się, wielu skazanych jest na umowy śmieciowe i najniższą pensję krajową.

Dziewczyny w toruńskiej „budowlance”, czyli Zespole Szkół Technicznych, nie są już rzadkością. Działające w ramach placówki technikum geodezyjne zostało sklasyfikowane na czwartym miejscu w kraju. Ale i tak co roku bardzo zabiega się tutaj o nowy narybek.

fot. Grzegorz Olkowski

Dziewczyny w toruńskiej „budowlance”, czyli Zespole Szkół Technicznych, nie są już rzadkością. Działające w ramach placówki technikum geodezyjne zostało sklasyfikowane na czwartym miejscu w kraju. Ale i tak co roku bardzo zabiega się tutaj o nowy narybek.


„Wybór szkoły zawodowej powinien być wyborem świadomym, aby nie kojarzyła się ona ze szkołą „gorszego gatunku”, lecz, jak niegdyś, była szkołą elitarną” - piszą w podsumowaniu blisko 200-stronicowego „Raportu o stanie szkolnictwa zawodowego w Polsce” (2013 rok) jego autorzy. I co zalecają? Po pierwsze - „wielokierunkową politykę promowania pozytywnego wizerunku szkolnictwa zawodowego”.

Że będą mięso rozbierać...


- My naszą naszą klasę wędliniarską promowaliśmy różnymi metodami. Były ulotki, plakaty w tramwajach. W promocję zaangażował się nasz partner - zakład Drobex z Solca Kujawskiego - podkreśla Anna Janecka, wicedyrektorka Zespołu Szkół Spożywczych w Bydgoszczy. - Efekty? Do klasy zgłosiło się... dwóch chętnych.

Klasa wędliniarska miała być wizytówką bydgoskiej walki o dobre szkolnictwo zawodowe. Dobre, czyli dostosowane do potrzeb rynku, rozwijane we współpracy z konkretnymi pracodawcami, zapewniające uczniom jak najlepsze warunki nauki zawodu. Bydgoski ratusz zainicjował w ramach takiej walki tworzenie tak zwanych klas zamawianych. Klasa wędliniarska wzięła się z inicjatywy samego Drobeksu, któremu brak wykwalifikowanych wędliniarzy doskwiera coraz silniej.

- Nauka miała trwać trzy lata. Przyszli wędliniarze mieli w Drobeksie nie tylko odbywać praktyki i tym samym otwierać sobie drogę do zatrudnienia, ale już w trakcie nauki, np. w czasie wakacji czy zimowych ferii, pracować i zarabiać. Wydawało nam się, że taka oferta przyciągnie młodzież - dodaje Anna Janecka. - Co ją zniechęciło? Może praca w chłodniach? A może musimy uderzyć się w piersi i poprawić akcję informacyjną, skoro niektóre dzieciaki błędnie zakładały, że w Drobeksie będą musiały uczestniczyć w uboju i rozbieraniu mięsa?

Dyrekcja bydgoskiego „spożywczaka” nie wyklucza też, że zawód wędliniarza umrze śmiercią naturalną. Od trzech lat w tej szkole nie ma już naboru do klas piekarskich (absolutny brak chętnych), a czasy, gdy przyszłych cukierników kształcili w czterech oddziałach, odeszły do lamusa. W tym roku udało się utworzyć tylko jedną klasę cukierników. Jak widać zatem, nawet tak popularne i, zdawałoby się, potrzebne profesje przeżywają poważny kryzys.

I wracają po ogólniakach


Pierwsza w historii klasa zamawiana powstała jednak we wspomnianym Zespole Szkół Mechanicznych nr 2 w Bydgoszczy. Profil: operator maszyn i urządzeń przetwórstwa tworzyw sztucznych. Klasę powołano do życia w ubiegłym roku szkolnym. Zgłosiło się do niej raptem dziewięć osób, ale ruszyła.

Zabiegały o nią firmy z branży przetwórstwa tworzyw sztucznych. Uczniowie mają po nauce zapewnione zatrudnienie, a w jej trakcie stypendium - 100 zł miesięcznie, w pierwszym roku nauki wypłacane przez ratusz, w kolejnych dwóch - przez pracodawców.

- Niestety, w tym roku zainteresowanych nie było i kolejnego rocznika tej klasy nie otworzyliśmy - rozkłada ręce dyrektor Ryszard Lewandowski. - Liczyliśmy na to, że stypendium, zagwarantowane praktyki i realna szansa na zatrudnienie okażą się wabikiem dla młodych. Niestety...

Co ciekawe, „mechanik”, kształcący na różnych poziomach (nie tylko zasadniczym zawodowym), przeżywa oblężenie przez dorosłych uczniów. Zgłaszają się doń na zawodowe kursy kwalifikacyjne, trwające półtora roku i kończące się zdobyciem konkretnych uprawnień. - Hitem stał się kurs „Technik mechanik obrabiarki CNC”. Przygotowuje on do obsługi obrabiarek sterowanych komputerowo. Absolwenci są dziś rozchwytywani, nie mają najmniejszych problemów ze znalezieniem pracy - podkreśla dyrektor. - Paradoksem jest to, że na takie kursy zgłaszają się do nas dorośli absolwenci ogólniaków.

Tańsza klasa w liceum


„Generalnie szkoły kształcące w zawodach zyskały pozytywne oceny od swoich uczniów w zakresie infrastruktury, stanu technicznego i bazy techniczno-dydaktycznej. Natomiast zaobserwowali oni zbyt mały dostęp do nowoczesnych materiałów dydaktycznych. Nadal podstawą były podręczniki i ćwiczenia w formie papierowej” - czytamy w podsumowaniu raportu o polskim szkolnictwie zawodowym.

Marek Przepióra, wicedyrektor Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Toruniu, nie ma wątpliwości: zawodówki wymagają dofinansowania. A to samorządom, i tak od lat jęczącym o tym, jak państwo zrzuca na nie obowiązki związane z finansowaniem oświaty, niespecjalnie się podoba.

- Taniej jest stworzyć kolejną klasę w liceum ogólnokształcącym, gdzie wyposażeniem jest kreda i tablica. Profil zawodowy wymaga zdecydowanie kosztowniejszych warsztatów i pracowni. Do tego wyposażenie to powinno aktualizowane, uzupełniane. Nie tylko dlatego, by pozwalało na realną naukę zawodowych umiejętności. Młodym ludziom nie da się dziś „wciskać kitu” - dodaje Marek Przepióra.

Toruński ZDZ w tym roku postawił nie na klasy zamawiane przez przedsiębiorstwa, jak bydgoszczanie, ale na praktyczną naukę rzemiosła, nawet tego najbardziej wyszukanego. Wspólnie z Cechem Rzemiosł Różnych i Przedsiębiorczości w Toruniu placówka uruchomiła Zasadniczą Szkołę Zawodową Rzemiosła i Przedsiębiorczości.

To, co w ludzkich głowach


- Ideą jest właśnie zagospodarowanie tej olbrzymiej luki na rynku, która powstała przez zapaść szkół zawodowych. Nawet jeśli zgłosi się do nas młody człowiek zainteresowany kowalstwem artystycznym, znajdziemy mu mistrza - gwarantuje Marek Przepióra.

Nauka w szkole rzemiosła trwa trzy lata. Jest połączeniem zajęć teoretycznych w szkole i praktyk w wybranych zakładach pracy, za które uczeń otrzymuje wynagrodzenie. Finałem jest zdobycie tytułu zawodowego lub kwalifikacji czeladnika po stosownym egzaminie. Przed rozpoczęciem nauki każdy z uczniów podpisuje umowę o współpracy z wybranym rzemieślnikiem.

W tym roku uczniom zaproponowano aż dwadzieścia profesji do wyboru - od blacharza, przez elektryka, lakiernika, murarza, krawca i ślusarza po wędliniarza. Szkołę mocno promował toruński cech. I... wypaliło! Przynajmniej w tym roku nabór się udał i szkoła funkcjonuje.

- Pomijając kwestię dofinansowania szkół zawodowych, największym problemem pozostaje to, co jest w ludzkich głowach. Bez zmiany myślenia o nauce zawodu, poprawienia jego wizerunku i zrozumienia, jaką wartością dla młodego człowieka może być dobry fach w ręku, z zapaści nie wyjdziemy - podsumowuje Marek Przepióra.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 20-11-2014 19:01

    Oceniono 1 raz 1 0

    - Xy: Wszystkie Szkoły zawodowe trzeba pilnie przywrócić ,

    Odpowiedz