Rodzicu, czas nadgryzać system!

Piotr Schutta 3 października 2014

Rozmowa z dr MARZENĄ ŻYLIŃSKĄ, metodykiem, wykładowcą neurodydaktyki, filologiem.

Marzena Żylińska: - Wszystko co robimy w życiu jest albo z miłości i zaangażowania, albo ze strachu.

Fot.: Grzegorz Olkowski


Właśnie ukazała się w Polsce książka prof. Geralda Hüthera pt. „Wszystkie dzieci są zdolne” (współautor: Uli Hauser). Ma się wrażenie, że napisał ją nie neurobiolog, ale psycholog i filozof...
Na tym właśnie polega siła współczesnych niemieckich neurobiologów, że patrzą na człowieka i jego kondycję całościowo. Hüther skończył biologię, ale myśli jak filozof. Jest też Manfred Spitzer, profesor psychiatra, również psycholog i filozof. Jest piszący podobnie Gerhard Roth, jest genialny Joachim Bauer. Będziemy ich wszystkich tłumaczyć na polski, żeby pokazać, że o dziecku, wychowaniu i pedagogice można mówić zupełnie inaczej.

Czyli jak?
Szerzej. U nas przygotowanie metodyczne nauczycieli skupia się na tym, jak dobrze napisać scenariusz lekcji, w którym co do minuty zaplanujemy, co dzieci mają myśleć, mówić i robić. Jeśli chcemy wychować samodzielnie myślących i autonomicznych w działaniu ludzi, to nie możemy ich ciągle prowadzić na smyczy.

Przesadza Pani...
Dla dzisiejszego metodyka prowadzenie dzieci za rączkę to oczywistość. Zresztą dla rodziców też. Hüther mówi nam coś odwrotnego, a jeszcze lepiej opowiada o tym film „Alfabet” Erwina Wagenhoffera, który w październiku zobaczymy w Polsce. Powstał przy znacznym udziale prof. Hüthera i mówi o tym, że w dzieciach jest olbrzymi potencjał, tylko problem polega na tym, że dziecko ma naturalną potrzebę spełniania oczekiwań rodziców. To nie jest nawet film o edukacji, lecz o kondycji gatunku homo sapiens.

Potrzeba spełniania oczekiwań rodziców nie jest zła...
Dzieci potrzebują przewodników, umiejących wydobywać z nich to, co najlepsze. Jeśli dziecko ma kogoś, kto potrafi je zaprosić do wspólnego poznawania świata i nauczyć uważnego patrzenia, dostrzegania piękna i dobra, to wspaniale. Jeśli jednak trafi na osobę, która wie, kim dziecko powinno zostać - najlepiej lekarzem - to jest problem. A co jeśli ma artystyczną duszę, chce zostać ogrodnikiem lub mechanikiem? Dla wielu rodziców prawdziwe zainteresowania i talenty dzieci są nieistotne.

Rodzic chce, żeby dziecko miało dobry zawód i było niezależne finansowo...
Nie możemy wszystkiego sprowadzać do ekonomii. Dlaczego szkoła i wychowanie są w naszych czasach opresyjne? Bo patrzymy na dzieci przez pryzmat ekonomii. „Miłość albo strach” to podtytuł filmu „Alfabet”. Dobrze oddaje to, o czym mówię. Wszystko, co robimy w życiu jest albo z miłości i zaangażowania, albo ze strachu. Boimy się utraty pracy, złego stopnia w szkole, czyjejś dezaprobaty. Jeśli naszym życiem zaczyna rządzić strach, pozbawiamy się możliwości spełniania się. Uczymy się tylko dla ocen i dla punktów na teście. Kiedyś w szkole biło się dzieci, gdy się czegoś nie nauczyły. Było jasne, że mamy do czynienia z przemocą. Dzisiaj mamy opresyjność w białych rękawiczkach.

Przykład?
„Siedź i ucz się, bo testu nie zdasz”. Zmuszamy dziecko do uczenia się czegoś, co go nie interesuje, w dodatku metodami nieprzystosowanymi do sposobu pracy jego mózgu. W latach 70. przeprowadzono eksperyment. Dwóm grupom dzieci rozdano kredki i papier, przy czym jednej obiecano nagrodę. Ta bez nagrody rysowała dłużej i była bardziej skupiona na pracy. Bo każda nagroda odciąga uwagę od tego, co robimy. Tę samą funkcję pełnią w szkole oceny. Uczenie się samo w sobie przestaje być ciekawe. Dziecko wyciąga prosty wniosek: gdyby nauka była interesująca, to nikt by mi nie groził złymi ocenami.

Wagenhoffer pokazuje w „Alfabecie”, że każde małe dziecko ma olbrzymi potencjał geniuszu. Aż 98 proc. Człowiekowi dorosłemu zostaje z tego 2 proc.
Jedną z cech współczesnego wychowania i szkoły jest niszczenie ciekawości poznawczej, a nie ma przecież silniejszej motywacji do nauki. W szkole tymczasem, i w wychowaniu, tę ciekawość dziecku wyłączamy, bo jest program nauczania, bo są oczekiwania rodziców. Jeśli nie wiemy, co chcemy w życiu robić, to dlatego, że kiedyś wygaszono naszą ciekawość. Wiemy natomiast, co zrobić, żeby spodobać się nauczycielom i rodzicom. Hüther dobrze rozumie prawdziwą naturę dzieci. Jego zdaniem, rywalizacja nie jest ich potrzebą. One potrzebują bliskości, akceptacji i miłości. Pieniądze, prestiż, konkurencja, pogarda dla słabszych - to wszystko wzorce, które narzuca nam współczesna kultura, a my je chłoniemy jak gąbka. To nie jest wcale nasza natura, to nie jest nasze wyposażenie genetyczne. O sile wzorców kulturowych kształtujących nasz sposób postrzegania świata doskonale pisze toruński filozof Andrzej Szahaj w książce „Zniewalająca moc kultury”.

Boimy się, że jeśli nasze dziecko wejdzie w świat z wrażliwością, empatią i spontanicznością, to zginie...
Czy bohater „Alfabetu” Andre Stern zginął? Nie. Nie chodził do żadnej szkoły. Jego rodzice niczego mu nie narzucali i pozwolili, by sam wybierał to, czego chce się uczyć. Czytać nauczył się wtedy, kiedy chciał się czegoś dowiedzieć. Niemieckiego nauczył się, bo było mu to potrzebne. W każdym momencie życia rodziła się w nim jakaś potrzeba poznawcza, a rodzice pomagali ją zaspokoić. Oczywiście, można powiedzieć, że jeśli ma się takich rodziców, to szkoła jest niepotrzebna. To jednak pokazuje, jak ważna jest dobra szkoła, czyli taka, w której mądrzy nauczyciele nie będą wymuszać, ale zapraszać do wspólnego odkrywania świata. Dlatego tak bardzo potrzebujemy nauczycieli z pasją, a nie, jak mówi Hüther, „przerabiaczy materiału”. Gdyby udało się do tego zawodu przyciągnąć więcej ludzi, potrafiących zarażać uczniów swoimi fascynacjami...

Nawet pasjonat polegnie, gdy zobaczy podręczniki. Nuda, to delikatnie powiedziane...
W metodyce tradycyjnej nie ma miejsca na budzenie ciekawości. Ma być poprawnie, z odpowiednią progresją i zgodnie z podstawą programową. Nauczyciel nie musi zaintrygować ucznia. Ma jedynie w biurokratyczny, sformalizowany sposób przerobić materiał. Dzisiejsza metodyka zabija chęć uczenia się. To jest jak trucizna. Boleję nad tym, bo sama jestem metodykiem.

Jak powinno być?
Dobra lekcja musi budzić ciekawość. Nauczycielu, jeśli lekcja była nudna, to nie możesz stawiać jedynek. A jak jest? Program zrealizowany, nieważne jak, to teraz wymagam. Ale nie zrzucajmy winy tylko na nauczycieli. Cały system tak działa. Podam przykład. Wieś pod Przemyślem. Młoda nauczycielka polskiego wyprowadza dzieci na łąkę. Dzieciaki leżą z zeszytami w trawie i szukają przymiotników do opisu krajobrazu. Nagle otwiera się okno, w którym pojawia się pani dyrektor i drze się na cały głos, że teraz są lekcje i trzeba wracać do klasy. Według jej wyobrażenia leżenie w trawie wyklucza uczenie się. Zapotrzebowanie na złą szkołę jest dzisiaj ogromne dla dużej części rodziców, nauczycieli i dyrektorów. Uważamy, że jeśli zrobimy dzieciom 12-letnią tresurę w udzielaniu najbardziej typowych odpowiedzi, to zapewnimy im szczęście. Ale jest też grupa świetnych pedagogów. Niestety, tym dobrym nie jest w dzisiejszej szkole łatwo. Trudno wymagać, że zaczną nadgryzać system. Każda kreatywność może skończyć się dla nich karą. Przyjdzie dyrektor i co? „Dobrze się dzieci bawią, współpracują, są kreatywne. Dobrze, a kiedy przygotuje je pani do testów?”

Kto ma nadgryzać ten system?
Rodzice. Taka oddolna rewolucja odbywa się obecnie w Niemczech, gdzie działa stowarzyszenie „Budząca się szkoła” i ma szansę rozpocząć się także u nas. Właśnie trwa proces rejestracji stowarzyszenia w Polsce.

Co można zrobić, jeśli nasze dziecko chodzi do opresyjnej szkoły i na naszych oczach traci chęć do nauki?
To trudne pytanie. Odpowiem osobistym doświadczeniem. Mam dwie córki. Starsza z nich nigdy nie przystosowała się do systemu szkolnego. Dziś jest po studiach i kiedy mówi, że wystąpi kiedyś do ministra edukacji o odszkodowanie za 12 straconych lat, to wiem, że nie żartuje. Ona w niedzielne wieczory płakała, bo w poniedziałek trzeba było iść do szkoły. Do dziś mam do siebie żal o to, że nie zabrałam Oli ze szkoły. Szkoła ją niszczyła.

Dlaczego nie wierzymy w dzieci i nie oddajemy im inicjatywy?
Bo myślimy, że wolność oznacza chaos. Trudno nam uwierzyć, ale kiedy potraktuje się dzieci jak odpowiedzialne jednostki, to sensownie wykorzystają daną im przestrzeń do działania. Musimy się tylko odważyć i spróbować. Jeśli dzieci nie są zepsute przez złe wzorce, będą robiły intuicyjnie to, co najlepiej rozwija ich mózgi. Tak, jak to robiły dzieci z Bullerbyn.

Teczka osobowa


Marzena Żylińska


- Zajmuje się metodyką i neuropedagogiką. W 2006 roku uzyskała doktorat na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu z dziedziny dydaktyki języków obcych. W 2013 r. nakładem WN UMK ukazała się jej książka „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”. Prowadzi blog „Neurodydaktyka, czyli neurony w szkolnej ławce”. Pracuje
w Young Digital Planet.

- Pasjonuje się muzyką i literaturą. Uwielbia wycieczki rowerowe.

- Jest współorganizatorką cyklu konferencji naukowcych, które odbędą się w dniach 13-15 października. Pierwszy wykład wygłosi w Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy prof. Hüther (później w Płocku i Warszawie). Wyświetlony zostanie także film „Alfabet” Erwina Wagenhoffera.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 01-02-2017 07:40

    Brak ocen 0 0

    - polishek: Podstawówkę zaczynałem z "Mamo, chcę do szkoły" i tak było do czwartej klasy, kiedy skończyły się oceny opisowe na koniec roku, kwiatuszki za zadania i poznawanie przyrody na szkolnym podwórku. chęć do nauki ostrooo poszybowała w dół. Przypadek?

    Odpowiedz

  2. 21-12-2014 01:44

    Oceniono 9 razy 6 3

    - neurodydaktyk: Może podajcie do czego doprowadziła w Niemczech polityka multikulti? Nawet policja nie radzi sobie z islamistami, którzy robią co chcą i się nie integrują z Niemcami tylko są przeciwko nim.

    Pokaż odpowiedzi (3) Odpowiedz