Wielka ucieczka donikąd

Krzysztof Błażejewski 26 września 2014

We wrześniu 1939 roku drogami i bezdrożami głównie w zachodniej i centralnej części Polski przemieszczały się setki tysięcy ludzi. Oprócz wycofującego się wojska byli to cywile w popłochu szukający schronienia przed bombami i czołgami oraz terrorem okupanta.

Drogi całej Polski w ciągu paru pierwszych dni września 1939 roku zostały zapchane konnymi wozami, wyładowanymi po brzegi ludźmi i ich dobytkiem

Fot.: Bundesarchiv

Dziś wydarzenia z tamtych dni wielu określa mianem powszechnego eksodusu, kataklizmu, a nawet tsunami dla podkreślenia rozmiarów grozy i paniki, towarzyszącej kolejnym dniom wojny, która była dla większości Polaków szokującym zaskoczeniem.


1 września 1939 roku polska ludność cywilna zachowywała się jeszcze w miarę spokojnie. Dominowała co prawda niepewność co do dalszych losów, wciąż jednak istniała dość silna wiara w potęgę polskiej armii oraz tliła się nadzieja na pomoc sojuszników z Zachodu. Kiedy pod wieczór tego dnia szeroko po kraju rozeszły się wieści o postępie sił nieprzyjaciela i wdarciu się go na kilkadziesiąt kilometrów w głąb kraju, kiedy wiele przygranicznych miast zostało zbombardowanych i ostrzelanych, kiedy mieszkańcy Polski zachodniej ujrzeli wycofujące się w bezładzie rozbite oddziały polskiego wojska, zaczęła się panika. W ciągu kolejnych dni - dodatkowo - w oczy zajrzał śmiertelny strach o swoje życie, podsycany wieściami o niesłychanych zbrodniach niemieckich dokonywanych na zajętych już terenach.

Swój najcenniejszy i najważniejszy dobytek w popłochu pakowały tysiące mieszkańców dzisiejszego Kujawsko-Pomorskiego. Tylko nieliczni, przeważnie urzędnicy wyższego szczebla i najbogatsi przemysłowcy, dysponowali samochodami. Dopóki kursowały pociągi, to one wywoziły koczujących na dworcach uchodźców. Szybko jednak ta droga ewakuacji się skończyła. Wielu uciekało własnymi lub pożyczonymi wozami konnymi. Najliczniejsza grupa ruszyła jednak w drogę pieszo. Z tobołkami w ręku, z walizami, z plecakami, z wózkami. Z dziećmi i domowymi zwierzętami. Jechali i szli na wschód - do znajomych i krewnych mieszkających w bezpieczniejszej - jak się wydawało - części Polski. Przede wszystkim do Warszawy, która miała stanowić pewne schronienie, albo po prostu bez celu. Przed siebie. Byle dalej.

Do krewnych do Lublina


Główna droga ucieczki z Bydgoszczy wiodła w kierunku Inowrocławia, z Torunia - na Włocławek.

- 2 września przed południem nie było już słychać nad Toruniem walk powietrznych, tylko samoloty wroga bezkarnie zrzucające bomby. Wszyscy mówili, że nasi zostali okrążeni na lewym brzegu Wisły i tylko wypatrywać Niemców pod Toruniem - wspomina Aleksander Sosnowski. - Ojciec miał samochód. Najpierw zakopał pod progiem domu wszystkie swoje odznaczenia wojskowe i pamiątki, a potem ruszyliśmy do Lublina, do stryja. Jednak dojechaliśmy tylko do okolic Ciechocinka.

Tam wojsko zarekwirowało auto. Ojciec kupił na wsi wóz i parę koni i tak jechaliśmy, głównie nocami. W dzień chroniliśmy się w lesie, bo stale do uciekinierów, którymi zapchane były wszystkie główne drogi, Niemcy strzelali z samolotów i zrzucali bomby. Brakowało nam jedzenia, picia, odzieży na zmianę. W Lublinie zjawiliśmy się po dwóch tygodniach. Na ulicach i podwórzach koczowały setki takich jak my. Lokowano ich w opustoszałych szkołach i urzędach. Warszawa była już oblężona, a kiedy weszli z drugiej strony Ruscy, zdaliśmy sobie sprawę, że to już koniec. W październiku, kiedy jeździły już pociągi, ruszyliśmy z powrotem do domu.

Za cenę Sybiru


Wiele instytucji i urzędów z Kujaw i Pomorza ewakuowano już drugiego dnia wojny na tereny położone za Bugiem, które miały być bezpieczne. Włodzimierz Kowalczyk z Bydgoszczy, syn kolejarza, dojechał z rodzicami pociągiem aż do Łucka, gdzie został zakwaterowany u miejscowej rodziny. Kilkanaście dni później w mieście zjawili się żołnierze Armii Czerwonej. Zdawali się być mniej groźni niż Niemcy. Kowalczykowie zdecydowali się nie wracać do Bydgoszczy. Zapłacili za to wysoką cenę: w 1940 roku zostali wywiezieni na Syberię.

Bardzo nietypowy był powrót z ucieczki do domu w Fordonie Czesława Rzadkosza, który do dziś tu mieszka. W 1939 roku Czesław miał osiem lat. To, co wówczas przeżył, zapamiętał na zawsze.

Rzadkoszowie Fordon opuścili już w pierwszych dniach wojny i uciekali na wschód. Poruszali się pieszo w dziewięcioro (rodzice Czesława, jego brat i pięć sióstr), a każdy niósł ze sobą, co mógł. W tobołkach, węzełkach i torbach. Jedynie głowa rodziny dysponowała taczką, w której znajdowały się najcięższe i najcenniejsze przedmioty.
- Dlaczego uciekaliśmy? Tak robiło wielu mieszkańców Fordonu - mówi Czesław Rzadkosz. - Zaraz na początku wojny wybuchła panika. Kiedy słyszeliśmy przez radio o postępach wojsk niemieckich, przestraszyliśmy się. Spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyliśmy w drogę, w długiej kolumnie ludzi nam podobnych. Nie mieliśmy konkretnych planów, dokąd się kierować. Szliśmy byle dalej od linii frontu.

Schronienie w „Prudentialu”


Ponieważ most fordoński już w drugim dniu wojny po zbombardowaniu nie nadawał się do przejścia, Rzadkoszowie ruszyli na Inowrocław. Kiedy polscy żołnierze zobaczyli ich pod Gniewkowem, zabrali z pobliskiego gospodarstwa Niemców dwa konie i wóz i oddali je Rzadkoszom do dyspozycji. Droga przestała być okrutną mordęgą.

Wozem dotarli w okolice Modlina, gdzie toczyła się od wielu dni zacięta bitwa. Wycofali się więc na Sochaczew, niemal „otarli się” o walki nad Bzurą. W jakiś sposób udało im się tak wymanewrować, że przedostali się przez plac boju do stolicy, która zdawała się być wówczas w miarę bezpiecznym schronieniem. Wszyscy mieli nadzieję, że stolicy Niemcy nie zdobędą.

Kapitulacja Warszawy zastała Rzadkoszów w piwnicach ówczesnego drapacza chmur, słynnego na całą Polskę budynku Towarzystwa Ubezpieczeniowego „Prudential”, gdzie zostali umieszczeni wraz z dziesiątkami innych uciekinierów z różnych stron Polski przez wojsko po oddaniu mu wozu i koni.

- To były ciężkie dni. Nie wolno było wychodzić na ulice - wspomina pan Czesław. - Brakowało nam jedzenia i picia, a nadto mleka dla najmłodszej siostry, która niebawem zmarła.

Statek hrabiego


Do Fordonu Rzadkoszowie wracali na przełomie września i października. Wisłą! Statkiem pasażerskim, bocznokołowcem, który przed wojną pływał regularnie z Warszawy do Gdańska.

- W jaki sposób ojciec załatwił powrót w ten sposób, nie wiem. Nigdy o tym sam nie wspominał, a mnie się zdawało, że zawsze będę miał czas go o to zapytać. Wiem tylko, że był to pierwszy statek, który od 1 września płynął w tym kierunku. Podróżował nim razem z nami hrabia Poniatowski, który wiózł masę skrzyń i to on najprawdopodobniej opłacił całą podróż - mówi Czesław Rzadkosz. - Podróż trwała około tygodnia, ponieważ most pod Modlinem był zarwany i funkcjonowała tam tylko prowizoryczna przeprawa. Staliśmy tam i czekaliśmy całą dobę, bowiem niemieccy saperzy musieli rozebrać jedno przęsło, aby statek mógł przepłynąć. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że musiało to słono kosztować...

Kiedy 3 października Rzadkoszowie zjawili się w domu w Fordonie przy ówczesnej ul. Wiejskiej, okazało się, że stacjonuje tam niemieckie wojsko, a właściwie Austriacy do tego wojska wcieleni. Dość szybko jednak opróżnili parter, pozostawiając tam jedynie gołe ściany i podłogi.

Zaraz po przyjeździe ojciec Czesława dowiedział się, że jest przez Niemców poszukiwany. Jak najszybciej wyjechał do rodziny pod Kraków. Za miesiąc wrócił. Niebawem reszta rodziny dostała nakaz wysiedlenia do Generalnego Gubernatorstwa. Miała na spakowanie się tylko 24 godziny, a zabrać wolno jej było 20 kg bagażu na osobę. W listopadzie wsiadła na stacji Bydgoszcz Główna do wychłodzonych bydlęcych wagonów.

- W Radomiu, kiedy wysiedliśmy, okazało się, że możemy udać się, dokąd chcemy - wspomina Czesław Rzadkosz. - Ojciec zapytał, czy możemy jechać do... Niemiec. Jednak odmówiono mu, argumentując, że ma za małe dzieci. W tej sytuacji udaliśmy się do krewnych na Podhalu.

Rzadkoszowie podzielili w ten sposób los tysięcy mieszkańców naszego regionu. W 1945 r. na Kujawy i Pomorze wróciła ich tylko część.