Kadry z porwanego dzieciństwa

Piotr Schutta 26 września 2014

Wojna rozwodowa dorosłych trwa już trzeci rok. Najbardziej obrywają dzieci. Każe im się zeznawać, oskarżać, przypominać bolesne zdarzenia, a w końcu się je uprowadza. Przegrywają wszyscy, choć walczą pod hasłem: „dobro dziecka”.

Fot.: Łukasz Ciaciuch

Maj 2014 r. Dwaj chłopcy stoją na tle ściany lasu. Piotruś ma 7 lat, Pawełek 5. Głos mężczyzny dochodzący spoza kadru zdradza napięcie: - Nagranie filmu na konto poszukiwań przez państwo policjantów z Bydgoszczy - oznajmia dorosły, próbując przybrać oficjalny ton.


- Jak się nazywasz? Starszych proszę - zwraca się do chłopców.
Dzieci po kolei, zgodnie z instrukcją, podają swoje imiona.

- Następne pytanie. Z kim chcielibyście zostać?
- Z tatą - odpowiada starszy z braci.
- Z tatą - powtarza młodszy.
- Dobrze - zauważa głos i pyta dalej. - A z mamą?
- Nie - odpowiada młodszy.
- Nie! - wykrzykuje bardziej stanowczy Piotruś.
- Dobrze - informuje głos.

Obaj chłopcy się uśmiechają. Jakby brali udział w zabawie. Przepytujący ich mężczyzna jest śmiertelnie poważny. - Powtórka, jeszcze raz. Z kim chcielibyście bardziej zostać? - pyta ponownie. Bracia odpowiadają to samo. Głos jest bardzo zadowolony. - Proszę bardzo. To jest na podstawie ich odczuć od wielu miesięcy. Proszę to przyjąć. To nagranie na poparcie mojego oświadczenia. Proszę przemyśleć sobie, dopóki nie będziecie państwo rozumieli, o co chodzi - podsumowuje głos.

Głos należy do dziadka


chłopców, emerytowanego wojskowego. Nagrania pochodzą z okresu, kiedy mężczyzna porwał i przez pół roku ukrywał dzieci swojego syna, a jednocześnie wysyłał prośby do rzecznika praw dziecka i prokuratury, do których dołączał nagrania rozmów audio i wideo. Twierdzi, że działał dla dobra chłopców. Jest pewien, że dzieci były wykorzystywane seksualnie przez ich matkę Martę G. i jej kochanka K. oraz jeszcze dwie inne kobiety, a także niezidentyfikowanych mężczyzn, którzy za obcowanie z dziećmi płacili.

Rzekomi pedofile to ludzie ze środowiska naukowego. Dziadek podaje nazwy dużych polskich miast i konkretnych instytutów. Jest pewien, że Piotruś i Pawełek wpadli w szpony siatki pedofilskiej.

Jest 2011 r. Marta G. (pracownik naukowy) wnosi pozew o rozwód z orzeczeniem o winie. Jej mąż (zawodowy wojskowy) Stefan P., początkowo nie chce przyjąć tego do wiadomości. Jest przekonany, że żona ma kochanka. Małżonkowie w końcu się rozstają i rozpoczyna się walka o dzieci. Chłopcy zostają z matką, ale pod koniec 2012 r., na podstawie opinii psychologicznej sąd postanawia oddać je ojcu. Biegłe przyznają, że Stefan P. nie jest tatą idealnym, ale zauważają między nim a synami silną więź.
- Kiedy dzieci wróciły do mnie, były chore, zagłodzone i niedomyte. Bały się ciemności. Skarżyły się, że były straszone. „Jeśli ci powiemy, to zginiesz z nami”, mówiły - opowiada Stefan P.

Wiosną 2013 r. młodszy z braci mówi pani w przedszkolu: „Wiesz, że K. dotykał mnie za pupę i wkładał mi palec do pupy?” Nic więcej nie chce dodać. Ucieka i milknie.

To wystarczy, by ruszyła śledcza machina. Zaczynają się przesłuchania chłopców, świadków i wszystkich osób, które znalazły się w kręgu podejrzeń. P. jest przekonany, że K. to kochanek jego żony i pedofil. Pod koniec roku prokuratura umarza jednak postępowanie, nie stawiając nikomu zarzutów. Starszy z chłopców nie potwierdza bowiem w śledztwie słów brata, a 4-letni wówczas Pawełek mówi niewiele. Opinie biegłych psychologów nie są jednoznaczne. Wynika z nich m.in., że dzieci mogą być

„w konflikcie lojalnościowym”


z rodzicami i że chcąc spełnić oczekiwania któregoś z nich, mogą przyjąć za pewnik rzecz, która nie miała miejsca. - To jest odpalenie w dziecku mechanizmu torturowania psychicznego - mówi Dariusz Bebyn z prowadzącej postępowanie Prokuratury Bydgoszcz-Północ.

Tylko w jednej z opinii można przeczytać: „Reakcja chłopca jest zgodna z jego przeżyciami. Mógł paść ofiarą wykorzystywania”. W sierpniu 2013 r. po rozmowie w „niebieskim pokoju” do jednej z biegłych dzwoni Stefan P. i tłumaczy, że synowie byli zablokowani, ale teraz już chcą opowiadać. Przekazuje im słuchawkę. Mówią jednak niewiele. Zapis połączenia trafia do prokuratury, ale nie zostaje przyjęty do akt.

- Biegły nie powinien się zgodzić na rozmowę przez telefon. Tego się tak nie robi - dziwi się Krzysztof Jankowski, dyrektor zespołu placówek opiekuńczych w Bydgoszczy, mający wieloletnie doświadczenie w pracy z dziećmi wykorzystywanymi przez dorosłych.
W związku ze sprawą rozwodową rodzice Piotrusia i Pawełka są badani przez biegłych.

Tu następuje przełom, który ułatwia prokuraturze podjęcie decyzji o umorzeniu. W opiniach biegłych można bowiem przeczytać, że Stefan P. cierpi na psychozę urojeniową i że w system paranoicznego przeżywania świata włączył dzieci.On sam stanowczo temu zaprzecza, zarzucając biegłym złośliwość i stronniczość. Druzgocąca jest zwłaszcza opinia wydana przez troje psychologów z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie. Podkreślają, że w sytuacji subiektywnego przekonania o zagrożeniu dobra swoich synów mężczyzna może uruchomić reakcje agresywne skierowane przeciwko dzieciom. Biegli apelują wręcz o jak najszybsze przekazanie dzieci matce. Wskazują, że Stefan P. jest chory psychicznie i jak najszybciej powinien rozpocząć leczenie. To samo uważa drugi zespół specjalistów.

Na początku 2014 r. sąd oddaje dzieci matce, ale do akcji wkracza dziadek i Piotruś z Pawełkiem znikają na ponad pół roku. Rozpoczynają się poszukiwania uprowadzonych, a do różnych instytucji zaczynają wpływać pisma i nagrania.
- Powiedz, co ci ten K.(pada nazwisko w pełnym brzmieniu) robił, żeby wreszcie wyjaśnić to dla sądu, dla prokuratury, dla policji? Bo ty żeś nic nie powiedział w „niebieskim pokoju” - pyta dziadek na jednym z nagrań audio, ale chłopiec nie chce rozmawiać. Dziadek irytuje się, prosi wnuka, żeby nie machał ręką i nie literował, tylko mówił konkretnie o K. i o matce. Powtarza, że wie, iż jest to dla chłopca trudne, ale dla własnego dobra lepiej, żeby opowiadał.

- Powiedz. Wyrzuć z siebie. To tak może ci lżej będzie... żyć - radzi dziadek siedmiolatkowi.

- Boję - mówi chłopiec płaczliwym głosem. W końcu wydusza z siebie pojedyncze słowa. Coś o igle, coś o groźbach. Ale nie umie tego rozwinąć. Dziadek mu pomaga. Co jakiś czas chłopiec dopytuje błagalnym tonem.

- To ci wystarczy?
- Nie. Teraz jeszcze powiedz, co ci ten K. robił, że cię matka straszyła, że cię zabije - chce wiedzieć dziadek.

Na nagraniu z kamery


widać w kadrze pokój, na tapczanie siedzi chłopiec w krótkich spodenkach i koszulce. Nie patrzy w obiektyw. Trze oczy i wierci się. Próbuje oglądać telewizję. Ten sam głos dorosłego: - Dotykał cię? Powiedz, gdzie cię dotykał i czym cię dotykał - głos jest rozkazujący.

Chłopiec zasłania oczy. Kiwa się. Nie ma ochoty na rozmowę.

- Siusiakiem cię dotykał? - nie daje za wygraną dziadek.

Chłopiec kręci głową. Raz przytakuje, raz zaprzecza.

- Nie kiwaj głową, tylko powiedz głośno swoimi słowami.
- Tak - rzuca chłopiec.
- Kazał swojego siusiaka brać do buzi? (milczenie) Brałeś? Robiłeś to? (cisza) No, powiedz to. Przytaknij - naciska dziadek, ale wnuczek nie odpowiada. Mężczyzna nie przestaje indagować, więc chłopiec odpowiada przeciągłym „taaaak”.

5 września 2014 r. policja wpada na trop dziadka i dzieci wracają pod opiekę Marty G.

- Chłopcy mówili, żeby nie oddawać ich matce? - rozkłada ręce dziadek, którego przewieziono do Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku i zwolniono.

- W końcu dzieci mają spokój i nikt im nie dyktuje, co mają mówić i myśleć. Pierwsze ich słowa na mój widok były: „Mamusiu, ja cię kocham”. Strasznie się bałam tej chwili. Nie wierzę jednak w to, że to, przez co przeszły, nie zostawi na ich psychice śladu. Jesteśmy w trakcie obserwacji psychologicznych, bardzo delikatnych - mówi matka dzieci, Marta G. Przyznaje, że ona również oskarżyła męża o molestowanie seksualne synów. - Skoro ani ja, ani nikt z mojego otoczenia nie zrobił im krzywdy, to skąd w głowach dzieci pojawiły się tego typu myśli? Ktoś im musiał o tym opowiadać i wmawiać te rzeczy. To też jest molestowanie - tłumaczy kobieta.

Sprawa rozwodowa prowadzona w Krakowie jeszcze się nie zakończyła. W jednym z miast na północy Polski na rozpoczęcie czeka postępowanie w związku z porwaniem małoletnich przez dziadka.

PS Personalia głównych bohaterów tekstu zmieniono.

„Jestem mamy i taty”


Wiosną tego roku Biuro Rzecznika Praw Dziecka uruchomiło kampanię społeczną pod nazwą „Jestem mamy i taty”. W jednym ze spotów z ust dzieci padają słowa: „Cierpię, kiedy obrażasz moją mamę, ranisz mnie, kiedy szydzisz z mojego taty. Akcja miała zwrócić uwagę na problemy dzieci uwikłanych w sprawy rozwodowe rodziców.

Kampania była reakcją na alarmujące zjawisko, które w 2013 roku znalazło wyraz w postaci ponad 20 tysięcy listów przysłanych do Biura Rzecznika Praw Dziecka. Dotyczyły one spraw okołorozwodowych. Stanowiły one około 50 procent wszystkich interwencji, które podjęło biuro w ubiegłym roku.