Jeden Nobel mi wystarczy... [WYWIAD]

Paulina Błaszkiewicz 19 września 2014

„Ludzie często mnie pytają: „Czy naprawdę Nagroda Nobla jest na trzecim miejscu twoich życiowych priorytetów?”. Odpowiadam: „Tak! Bez zdrowia i rodziny możesz zdobyć Nobla, ale stracisz zdrowie i nie będziesz szczęśliwy. Nie możesz być. Możesz nawet umrzeć”.

Prof. Eiichi Negishi: - Cały czas intensywnie pracuję, a właściwie pracujemy na pełnych obrotach, bo naukowiec nigdy nie działa sam

Fot.: Sławomir Kowalski

Rozmowa z prof. EIICHI NEGISHI, laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie chemii za opracowanie metody, pozwalającej na tworzenie skomplikowanych cząsteczek.



Cztery lata temu dostał Pan Nagrodę Nobla. Czy po takim wyróżnieniu ma się jeszcze chęć dalszego odkrywania, eksploracji?
Tę nagrodę otrzymałem w wieku 75 lat. Obecnie mam 79 i większość ludzi pewnie powie, że jestem u schyłku kariery, ale ja wcale tak nie uważam. Od 2010 roku wygłosiłem setki wykładów na całym świecie. Ostatnio, co prawda, tych wykładów mam rocznie mniej niż sto, ale mimo wszystko sądzę, że jak na swój wiek, to nadal bardzo dużo pracuję i mam w sobie dalszą chęć odkrywania.


Z naukowymi odkryciami zwykle jest tak, że zostają docenione po czasie. Czy tak było też w Pana przypadku?
Owszem. Tak naprawdę to moje odkrycie, które omawiałem podczas gościnnego wykładu na Wydziale Chemii UMK w Toruniu, nastąpiło 15 lat przed otrzymaniem Nagrody Nobla i było moim drugim największym odkryciem. W związku z tym wielu moich kolegów pyta: „Masz chęć na drugiego Nobla?”. Odpowiadam im, że nie, bo nie potrzebuję drugiego Nobla, jeden w zupełności mi wystarczy, ale jeśli będą chcieli znowu mi go dać, to, oczywiście, przyjmę.


Czyli nie zamierza Pan poprzestać na jednej nagrodzie...
Oczywiście że nie, dalej odkrywam. Większość tego, co przekazuję podczas wykładów na całym świecie, to wiedza z 1995 roku. Zdobywaliśmy ją przez ponad dwadzieścia lat, nie chwaląc się za bardzo, nad czym pracujemy. Oczywiście po drodze pojawiały się ścieżki do innych odkryć, i to mnie bardzo cieszyło, ale nie sądzę, bym dostał za nie kolejne Noble. Tak jak powiedziałem, zdobywanie wiedzy na każdy temat zawsze jest bardzo czasochłonne. Znowu musiałbym wszystko zaczynać od zera, a w moim wieku nie ma już na to czasu. Podoba mi się to, co robię. Cały czas intensywnie pracuję, a właściwie pracujemy na pełnych obrotach, bo naukowiec nigdy nie działa sam.


O to, czy praca jest dla Pana pasją, nie muszę pytać, ale jestem ciekawa, ile poświęcił Pan dla nauki? Sukces zawsze ma dwie strony - tak przynajmniej myśli się w Polsce. Coś za coś...
Być może powinienem myśleć o tym, co mnie w życiu spotkało, w kategoriach poświęcenia lub straty, ale nie lubię tak do tego podchodzić. Opierając się na tym, w co wierzę, odkąd skończyłem dwadzieścia lat, powtarzam zawsze, że w życiu każdego z nas są ważne tylko cztery rzeczy, bez których niczego się nie osiągnie.


Od czego zatem zaczyna się ten spis rzeczy najważniejszych?
Najważniejsze jest zdrowie. Chyba każdy człowiek na świecie tak powie. Nie będę w tym przypadku oryginalny. Dziewiętnaście lat temu, w czasie, kiedy całkowicie poświęciłem się nauce, myślałem inaczej, ale przekonałem się na własnej skórze, że jestem w błędzie. Dlatego obecnie cenię zdrowie ponad wszystko. Na szczęście od tamtego czasu byłem wystarczająco zdrowy, dziś też nie narzekam.


Spogląda Pan na swoją żonę i się uśmiecha... Rozumiem, że rodzina też jest dla Pana priorytetem?
Absolutnie. Jeśli mówimy o spisie rzeczy najważniejszych, to rodzina i żona są na drugim miejscu. Bez rodziny nie potrafię żyć. Dopiero później jest praca. Ludzie często mnie pytają: „Czy naprawdę Nagroda Nobla jest na trzecim miejscu twoich życiowych priorytetów?”. Odpowiadam: „Tak! Bez zdrowia i rodziny możesz zdobyć Nobla, ale stracisz zdrowie i nie będziesz szczęśliwy. Nie możesz być. Możesz nawet umrzeć”. Moim zdaniem, bardzo ważne w życiu jest to, by powrócić do społeczeństwa i rodziny z większą wiedzą i umiejętnościami, niż się z nich wyszło. Jeśli wszyscy będą tak robić, to ten świat będzie cudowny.


Idealista z Pana...
Trochę tak, ale żeby nie było tak poważnie, to muszę powiedzieć, że mam też hobby, które również jest dla mnie ważne. Lubię muzykę, wszelkiego rodzaju sporty zimowe, m.in. narciarstwo i łyżwiarstwo. Mam do nich słabość pewnie dlatego, że żyłem w północnej części Chin, w Mandżurii.


No właśnie. Urodził się Pan w Chinach, później wyjechał do bardzo rozwiniętego kraju, jakim do dziś jest Japonia, a karierę rozpoczął w Stanach Zjednoczonych. Dość szczegółowo zaplanował Pan swoją karierę...
Ależ skąd! Nie bardzo mogłem ją zaplanować. Po prostu urodziłem się w Changchun w dawnej Mandżurii, a miejsca narodzin przecież się nie wybiera. Kiedy przyszedłem na świat, około 15 proc. ludności Japonii oraz garstka Tajwańczyków mieszkały w Korei lub Chinach. W związku z tym w Mandżurii żyłem w społeczności japońskiej. Moja szkoła podstawowa była pełna Japończyków. Można powiedzieć, że to była wręcz japońska szkoła. Potem, gdy byłem w Seulu w Korei, uczęszczałem do piątej klasy
- akurat skończyła się druga wojna światowa i pewnie jedna czwarta uczniów z mojej grupy zmieniła nazwiska z Kim - typowo koreańskiego - na zupełnie inne. Dodatkowo uczono nas po japońsku, więc myśleliśmy, że oni też są Japończykami. Nie obchodziło nas zresztą pochodzenie etniczne naszych kolegów.


Kim Pan się dziś czuje? To pochodzenie ma znaczenie, czy może powie Pan dosyć poprawnie, że jest obywatelem świata?
W tej podróży po prostu podążałem za swoją rodziną, więc nie miałem zbyt wiele do powiedzenia. Żyłem w różnych środowiskach, na przykład w Mandżurii, gdzie dominowali tzw. Biali Rosjanie, którzy uciekli z Rosji. To była bardzo nowoczesna, dobrze rozwinięta społeczność, co, oczywiście, mi się podobało. Na studia wybrałem się do Tokio. Z kolei staż odbywałem w zakładach w Teijin. Z wiedzą, którą zdobyłem w Japonii, dwa lata później, w 1960 roku, wyjechałem do Stanów Zjednoczonych na Uniwersytet Pensylwanii w Filadelfii. No, i znowu rozmawiamy o życiu zawodowym... Nie wiem, czy czuję się obywatelem świata. Wydaje mi się, że miejsce zamieszkania nie ma specjalnego znaczenia. Najważniejsze, żeby obok była bliska osoba, a reszta sama się układa. Jestem szczęśliwy w każdym miejscu na Ziemi, jeśli mam dwie najważniejsze rzeczy w życiu, o których powiedziałem już wcześniej.

PS Za pomoc w przeprowadzeniu wywiadu dziękuję Ludwikowi Jasińskiemu, studentowi V roku anglistyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika.