Młody płacze, stary jedzie dalej

Piotr Schutta 19 września 2014

Nie są młodzikami. Nie są byłymi wyczynowcami. Nie jadą dla pieniędzy. I nawet nie dla sławy. Jedyną pamiątką po trzech dobach walki z bólem jest dla nich błękitna koszulka z tajemniczym napisem Bałtyk-Bieszczady Tour.

Lekarz, budowlaniec, kierowca, prawnik, policjant, architekt, elektronik. Każdy może spróbować swoich sił w ultramaratonie Bałtyk-Bieszczady Tour

Fot.: materiały Expressu Bydgoskiego

Jest rok 2010. 60-letni Zygmunt Łuczkowski, emerytowany kierowca autobusu miejskiego z Bydgoszczy (33 lata za kółkiem) spotyka się z zawodowym kolarzem Sylwestrem Szmydem. Rozmawiają.


- Sylwek, jadę 1008 km na rowerze. To mój pierwszy taki start. Powiedz, co mam pić, żeby dojechać. Znasz się na tym.
Szmyd: - Ile etapów?

- Yyy... no jeden. I chcę to zrobić bez wsparcia, bez wozu technicznego.
- Co?! Żaden człowiek nie jest w stanie tego zrobić. Maszyna tak.
- Mylisz się Sylwek. Przede mną paru już to zrobiło i ja też przejadę.

- No to czapki z głów. - odparł kolarz i wyznał szczerze. - 300 bym zrobił. 350 byłoby ciężko. A po 400 kilometrach nie ma takiej siły, która kazałaby mi wsiąść na rower i jechać dalej po to tylko, żeby na mecie dostać pamiątkowy medal i koszulkę.

- Jak wyruszasz w sztormową pogodę dziurawym jachtem, to szansa na to, że dopłyniesz, jest nikła. Tak samo tu. Wszystko musisz mieć dopracowane. Wtedy być może dojedziesz i nic ci się nie stanie - mówi 50-letni Robert Janik.

W 2004 roku po przejechaniu 765 km w wyścigu Dookoła Zalewu Szczecińskiego Janik i jego rowerowi przyjaciele mówią: „Stop! Dość tego kręcenia się wokół zalewu. Czas wymyślić

coś naprawdę ekstremalnego”.


I wpadają na pomysł zorganizowania maratonu, polegającego na przejechaniu za jednym zamachem z jednego skrajnego punktu Polski na drugi. Tak rodzi się Bałtyk-Bieszczady Tour. Szalony pomysł, szaleni ludzie. Nie są zawodowymi kolarzami. Nie chodzi im o pieniądze i nagrody (największą i jedyną jest koszulka z imieniem, nazwiskiem i uzyskanym czasem przejazdu). Przeciwnie za start trzeba zapłacić (w tym roku wpisowe wynosiło 560-660 zł). Cel mają jeden: sprawdzić się fizycznie i psychicznie.

W 2005 r. stanęło ich na starcie zaledwie piętnastu. Na pokonanie 1000 km ze Świnoujścia do Ustrzyk Górnych dali sobie 72 godziny. Dojechali wszyscy. Wygrał Zdzisław Kalinowski z Choszczna, docierając na metę w niespełna 39 godzin. Miał 46 lat.
W kolejnych edycjach maratonu przybywa uczestników, którzy

windują poziom.


Amatorzy o żelaznej kondycji uparcie śrubują czas rowerowego przejazdu przez Polskę tak, że w końcu osiągają pułap niewyobrażalny dla zwykłego śmiertelnika. Aktualny, ustanowiony w tym roku rekord w kategorii solo (kolarz jedzie sam od początku do końca) to 35 godzin i 50 minut. Należy do 39-latka z Gdańska, Remigiusza Ornowskiego, z zawodu elektronika. Dwa lata wcześniej dojeżdża do mety równocześnie szóstka śmiałków. Panowie jadą grupą, czyli w kategorii open. Na trasie współpracują, wspierają się taktycznie i psychicznie. Metr przed metą zeskakują z siodełek (widok niespotykany w wyścigach zawodowców) i jednym zgranym ruchem wypuszczają przed siebie swoje szosówki, które równocześnie mijają końcową linię. Ich czas (dotąd niepobity): 35 godzin i 17 minut. Wśród szóstki wspaniałych jest 62-letni wówczas Zygmunt Łuczkowski.

- Moja przygoda z rowerem trwa krótko, bo od 2006 r. Najpierw jeździłem na rowerze turystycznym. Na szosówkę przesiadłem się dopiero w 2009 r., a rok później już startowałem w maratonie Bałtyk-Bieszczady Tour - wspomina Łuczkowski. - Po prostu, w pewnym momencie życia dotarło do mnie, że jak czegoś z sobą nie zrobię, to na emeryturze, po kilkudziesięciu latach pracy siedzącej, w ogóle nie będę mógł się ruszyć - mówi były kierowca MZK.
W tegorocznym B-B Tour wyruszyło ze Świnoujścia 171 kolarzy. Nikt nie obliczył dotąd średniej wieku uczestników maratonu Bałtyk-Bieszczady, ale już na pierwszy rzut oka widać, że młokosów próżno tu szukać. Jest nawet w regulaminie zapis, że startować można dopiero po ukończeniu 23 roku życia. - Wiek

między czterdziestką a sześćdziesiątką


jest wymarzony dla ultramaratończyka, jeśli oczywiście człowiek jest fizycznie zdrowy, nie ma cukrzycy i nadwagi. W tej zabawie najważniejsza jest psychika. Młody ma siłę, ale brak mu wytrzymałości, a staremu nie przeszkadzają wiatr i deszcz w oczy, nie denerwują go przemoczone majtki i otarte nogi. Pokonuje 300 km, zjada ogórka, napełnia bidon i jedzie dalej. A młody? Dla większości młodych 300 km to szczyt możliwości. Mimo że fizycznie są dobrze przygotowani, siada im psychika - mówi Robert Janik. - Nasi zawodnicy to przeważnie dojrzali panowie. Mamy nawet 70-latków.

Nie wystarczy wykazać się odpowiednim wiekiem. Każdy, kto chce sprawdzić się na dystansie 1008 km w maratonie Bałtyk-Bieszczady, a jest to jego pierwszy start, musi wcześniej udowodnić, że się do tego nadaje. Trzeba ukończyć jeden z wyścigów kwalifikacyjnych, organizowanych w różnych miejscach Polski przez różne grupy zapaleńców. Można na przykład zrobić 610 km w 40 godzin w wyścigu Pierścień Tysiąca Jezior na Warmii albo w 22 godziny przejechać 436 km w okolicach Świnoujścia.

- Kwalifikacje są po to, żeby człowiek wiedział, co może go spotkać podczas B-B. Będzie jazda nocą i nad ranem, będą zmiany pogody, deszcz i wiatr - mówi Janik.

Podejście do treningów każdy ma inne. Jedni jeżdżą codziennie po 50 km, na przykład do pracy i z powrotem, a w weekendy robią sobie wyprawy na dłuższych dystansach. Inni nie trenują za dużo na co dzień, ale za to regularnie biorą udział w mniejszych zawodach. Tak czy inaczej, wszyscy wykręcają

miesięcznie ok. 2000 km.


Co do sprzętu - wielu startuje na rowerach trekkingowych z 28-calowymi kołami. Spora grupa wybiera też sportowe szosówki. Część dysponuje sprzętem ze sklepu za grube tysiące, wielu składa sobie rowery samodzielnie. Bywają i tacy, którzy na wyprawę po asfalcie wyruszają na góralu. I dojeżdżają.

W tym roku wystartowali 23 sierpnia o 8. rano w sobotę ze Świnoujścia, dokładnie z rampy na promie Bielik. Najpierw wypuszczono grupki, potem solistów. Przed nimi były 3 dni i 3 noce jazdy - 1008 km. Najpóźniej o 6. rano we wtorek musieli się zameldować na mecie w Ustrzykach Górnych. Limit czasu: 70 godzin.

Niektórzy robili sobie krótkie drzemki po 300 i po 700 km trasy na tzw. dużych punktach kontrolnych w Kruszynie pod Bydgoszczą i w Iłży za Radomiem. Tam można też było się najeść, wykąpać i przebrać. Najlepsi nie spali wcale. Jak mówią znawcy wyścigu na 1008 km, kto za szybko jedzie, ten odpada lub ma słaby czas. Wygrywają ci, którzy jadą
spokojnie, ale bez przerwy.

Inna sprawa, że u najlepszych spokojne tempo to 35 km/h.

- Za szybko pojechałem na początku i się zgrzałem. Mimo że założenia taktyczne miałem zupełnie inne - mówi Jarosław Kubiak, 36-latek z Bydgoszczy. W tym roku wystartował w B-B po raz pierwszy. Mimo poważnego kryzysu w połowie trasy, udało mu się jednak ukończyć tour. Nie był jedynym, któremu rzeczywistość ultramaratonu pokrzyżowała plany.

- Moja taktyka była prosta. Wsiąść na starcie na rower i nie spać aż do mety. Niestety, na 720 km miałem wypadek. Musiałem się trochę położyć - mówi 32-letni Daniel Śmieja, człowiek, który wymyślił coś bardziej ekstremalnego niż B-B Tour. W 2005 r. razem z Wojciechem Szymczakiem wyruszyli na rowerach z Rozewia, by w ciągu 10 dni okrążyć Polskę, jadąc wzdłuż jej granic. Dziś wyścig ten nosi nazwę Maraton Rowerowy Dookoła Polski i odbywa się co 4 lata. W 2013 r. wystartowało w nim 19 kolarzy, ukończyło 15. Najstarszy miał 60 lat. To Marek Piluch, inżynier elektryk. W swojej relacji z wyprawy napisał, że teraz będzie startował tylko w sprintach, czyli w maratonie Bałtyk-Bieszczady.

- No tak, jak się przejedzie 3 tysiące, to potem wszystko jest małe - żartuje Daniel Śmieja. Jego marzeniem jest udział w Race Across America, rozgrywanym w USA, największym ultramaratonie rowerowym na świecie. Trzeba tam przejechać 4800 km w 12 dni. Średnia na dobę: 400 km.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 06-02-2015 11:00

    Oceniono 1 raz 1 0

    - kkaa: pozdrawiam Olka z Torunia, ktory to przejechal.

    Odpowiedz

  2. 24-12-2014 08:15

    Oceniono 4 razy 4 0

    - gierczak: no to chłopaki do zobaczenia na trasie

    Odpowiedz