Nie ma urlopu od cierpienia

Katarzyna Bogucka 19 września 2014

Kapelani szpitalni. Niektórzy chcieliby ich pozbawić etatów. Dla wielu są jednak bezcennym wsparciem w obliczu śmierci. Każdego dnia lawirują między sprawami ostatecznymi a bardzo ziemską frustracją, za jedyny oręż mając czasem jedynie milczenie.

W bydgoskim Domu Sue Ryder pod opieką kapelana, ks. Wojciecha Retmana, jest kilkudziesięciu chorych: dorosłych i dzieci

Fot.: Tomasz Czachorowski

- Dobrze się pani dodzwoniła, kapelan z tej strony - słyszę po wybraniu numeru do jednego z największych polskich szpitali, czyli warszawskiego „szpitala na Banacha”, lekko jąkający się, wysoki, męski głos. - Z tym, że jest nas dwóch, a pani wybrała tego gorszego - mówi ks. Jacek Wardęski, pielęgniarz, od 12 lat kapelan. W jego opinii ten „lepszy” to ks. dr kanonik Mariusz Bernyś, autor książek, m.in., „Kochankowie z oddziału intensywnej terapii” i „Szpital na Banacha” oraz wierszy, dla których wspólnym mianownikiem jest boże miłosierdzie i niełatwy los szpitalnego kapelana, niełatwy choćby dlatego, że „na Banacha” leczy się aż... 1200 osób.

- Teoretycznie to jest możliwe, że nagle wielu pacjentów tak ogromnego szpitala zapragnie spotkania z kapłanem - mówi ks. Jacek Wardęski. - Ale w praktyce jest tak, że nasza pomoc rozkłada się w czasie. Mamy wspaniałych współpracowników. Pielęgniarki podpowiadają mi, który chory potrzebuje szczególnej uwagi, z kolei ja nie odmawiam, gdy rehabilitant najpierw wysyła pacjenta do niego mnie, mówiąc: „Niech ksiądz pójdzie pierwszy, może w końcu chory się ruszy”. Wie, co robi. Ludzie starszego pokolenia słuchają księży.


O tym, jak pracuje się w dużo mniejszych lecznicach w Bydgoszczy i w Toruniu, dowiedzieć się będzie trudno, bo księża posługujący w szpitalu im. Biziela w Bydgoszczy i w Specjalistycznym Szpitalu Miejskim im. M. Kopernika w Toruniu ciężko się rozchorowali, przeszli poważne operacje i pewnie też odwiedził ich ksiądz - kolega po fachu...

Wszystko będzie dobrze?


Ks. Jacek, chwaląc personel, występuje w pewnym sensie jako jego rzecznik, bo jest także duszpasterzem pielęgniarek, położnych i personelu średniego w Archidiecezji Warszawskiej. Podkreśla, że nie wyobraża sobie, aby ograniczyć posługę kapelana wyłącznie do wspierania chorych i ich rodzin. Jest dla wszystkich. W pracy powinien być codziennie siedem i pół godziny, ale w praktyce bywa znacznie dłużej, bez limitu, stale pod telefonem, czyli myślami wciąż przy potrzebujących. - Od tematu cierpienia nie ma urlopu - zaznacza kapłan.

- Nie wiem, jak mam odpowiedzieć na pytanie, co jest najtrudniejsze w mojej pracy. Kiedy staję przed cierpiącym człowiekiem i widzę jego chorobę, budzą się różne emocje. Pragnę zdrowia dla chorego, tego, by odzyskał pełnię sił. To naturalne życzenie. Myślę o tym, w jaki sposób pocieszyć człowieka, żeby go przybliżyć do Boga. Istotą pocieszenia nie jest przecież powiedzenie: „Wszystko będzie dobrze”, ale podarowanie prawdziwej nadziei. Oczywiste jest, że ja to „dobrze” rozumiem jako stan jedności z Bogiem. Dla kogoś innego „dobrze” znaczy jednak zupełnie coś innego. I tu tkwi trudność. Cierpienie od strony wiary ma przeogromną moc.

Kapłan tłumaczy, że przeprowadzenie człowieka z doświadczenia buntu do doświadczenia nadziei i wdzięczności Bogu jest niesamowitym, po ludzku niełatwym doświadczeniem, w dodatku ma się na to tak mało czasu. Ksiądz Bernyś pisał o tym w książce „Szpital na Banacha”. Oto fragmenty jego zapisków: Pierwszy był chyba Hieronim. Miał niewiele ponad 30 lat i umierał na raka. (...). Jego ciało gniło. W szpitalnej sali panował potworny fetor i właśnie tam przyszedł ksiądz Mariusz.
- Wyspowiadałby się pan? - spytał.

- Nie - odparł tamten i pokręcił głową. - Jestem ateistą.

Uff... - ksiądz odetchnął z ulgą i prędziutko wycofał się z tamtej sali. Nie, na pewno nie chciał tam zostawać. Widok tego ciała i zapach… Ale ledwie o tym pomyślał, poczuł dziwne ukłucie w sercu. Zrozumiał, że jego postawa wcale, ale to wcale nie podoba się Bogu. Chciał nawet wrócić, ale nie wiedział jak. No, bo co powie tamtemu, że zgubił długopis? Jednak tego samego dnia poproszono go do sali obok. Kiedy przechodził obok pokoju Hieronima, zobaczył uchylone drzwi. Mówi, że coś dosłownie wepchnęło go do środka. (...).

- Czy, czy mogę się… pomodlić
- spytał ksiądz.
- Na głos... Tak - odparł Hieronim.

Ksiądz zaczął się modlić. Po chwili - i to było najdziwniejsze - ten straszny zapach gdzieś zniknął.”

- Na początku chory człowiek doświadcza buntu - wracamy do opowieści ks. Jacka (uwagę zwraca w tym momencie odgłos rytmicznego pikania, gdzieś w tle naszej rozmowy). - No i kto mu zrobił krzywdę, no kto?! Pan Bóg. Ukarał, zesłał chorobę. Wierzący też tak mówi, ale operuje dużym skrótem myślowym, bo odbiera chorobę jako możliwość intensywniejszego bycia z Bogiem.

A co z człowiekiem, który tak nie myśli, a też potwornie cierpi? Nie mam uniwersalnej recepty, słów. Przede wszystkim muszę pacjenta słuchać. Jak go już naprawdę usłyszę, usłyszę to, co on rzeczywiście mówi, mogę w jakiś sposób zareagować. Czasem pierwszą reakcją jest milczenie. Bo ja nie jestem wyrocznią, ja po prostu nie wiem... Nie wiem na przykład czy odpowiem na kolejne pani pytanie, bo właśnie jestem na intensywnej terapii, siedzę przy łóżku nieprzytomnej pacjentki - mówi ks. Jacek (pikanie, które było słychać przez całą rozmowę to dźwięk respiratora). Uspokaja, że dla chorej przysłuchiwanie się naszej rozmowie było przyjemnym doznaniem. Jest przekonany, że kobieta wszystko słyszała.

Gdy śmierć się spóźnia...


Podobną wiarę ma ks. Wojciech Retman, od 2006 roku etatowy kapelan w Domu Sue Ryder w Bydgoszczy. - Umierający nierzadko nie mogą już nic powiedzieć, ale słyszą. Słuch kończy się jako ostatni ze zmysłów, więc często prosimy rodzinę, która jest przekonana, że spóźniła się na ostatnie pożegnanie, by jednak przemawiać do bliskiej osoby - mówi ks. Wojciech i zaznacza, że ostatnie pożegnanie czasami, w pewnym sensie „na życzenie” umierającego, się przeciąga. - Widziałem wiele przypadków, gdy umierający nie mogli odejść, choć z biologicznego punktu widzenia nie powinni byli już żyć. Tę mękę powodowało oczekiwanie na kogoś z rodziny. Gdy bliscy już dotrą i nastąpi pożegnanie, pojednanie, chory może w spokoju umrzeć.

Zdarza się i tak, jak mówi ks. Retman, że sumienie nie daje ulgi, stale przypominając jakieś bolesne wydarzenie: - Pamiętam, że mimo wyznania dręczącej sprawy, spokój nie spływał na pewnego pacjenta. Musiałem spotkać się z nim kilka razy, żeby mógł odejść pogodzony z sobą. Wiele się także mówi o umieraniu w tzw. okienkach. Pewna rodzina postanowiła towarzyszyć choremu przez cały czas jego pobytu w szpitalu do końca, dzień w dzień była w jego sali.

Bliscy opuścili pokój tylko na 15 minut i w tym momencie ich krewny odszedł. Dlaczego w ten sposób? Może nie chciał obciążać rodziny swoim odejściem, bał się, że bliscy zbyt ciężko to zniosą. Wiele jest tajemnic umierania, cierpienia, do końca ich nie zgłębimy. Pewne jest, że żyjemy w czasach, gdy umiera się w coraz większej samotności. Zwracała już na to uwagę Cicely Saunders, w czasie wojny pielęgniarka, później lekarka, uważana za twórczynię nowoczesnej medycyny paliatywnej. Z jej spostrzeżeń wyrosła idea pracy w ośrodku opieki paliatywnej. To praca zespołowa, a członkiem zespołu jest także kapelan, osoba duchowna.

„To moje ostatnie chwile”


Ksiądz podkreśla, że konieczność stałej obecności duchownego wskazuje nie tylko konkordat, ale także unijne standardy. Mówi się w nich o zapewnieniu opieki duchowej. - Jako ksiądz katolicki oczywiście udzielam sakramentów: namaszczenia chorych, zdarzały się śluby przy łóżku, były bierzmowania, są domowe pierwsze komunie - właśnie do kolejnej przygotowuje się pewien chłopiec. Pamiętam także pewien nagły nocny telefon od starszej pani, która poprosiła o chrzest. Wzywałem także do chorego duchownego ewangelickiego, by wsparł swoich braci, ale nie znaczy to, że sam unikam kontaktu z wiernymi protestantami lub innych wyznań. Rozmawiam z każdym. Są to zwyczajne, ludzkie rozmowy chociażby o pogodzie, z wierzącymi i niewierzącymi.

Także o Bogu. Podstawowa zasada: towarzyszyć, nie wygłaszać elaboratów. Taką postawę przyjął Pan Jezus i Samarytanin z przypowieści ewangelicznej. Właśnie wzór miłosiernego Samarytanina stał się podstawą realizacji społeczno-charytatywnej misji Kościoła i wpisał się na stałe w kanony służby drugiemu człowiekowi. Zainspirował również liderów ruchu hospicyjnego. Kapelan realizuje więc misję samarytańską, powinien jednak wcześniej wyczuć, ile pacjent wie o swoim stanie zdrowia. Wpisując się w historię choroby chorego, zmierzającego ku śmierci, musi zrobić to z wyczuciem, z delikatnością. Zdarzył się nam chory, któremu rodzina nie powiedziała, że jest w hospicjum. Ich wysiłek, płynący zapewne z troski, na nic się nie zdał. Ten pan zawołał mnie i wyznał: „Ja i tak wiem, że operacja się nie udała, że jestem w hospicjum, że to moje ostatnie chwile”. Z tej historii wypływa jeszcze jedna ważna funkcja kapelana: wsparcie całej rodziny. Krewni bardzo często są obciążeni opieką, zagubieni. Kapelan ma dać im pociechę, pomóc rozwiązać trudności w komunikacji z chorym.

WARTO WIEDZIEĆ


Kapelan mile widziany

Konkordat Polski z 1993 r., art. 17, pkt 1: „Rzeczpospolita Polska zapewnia warunki do wykonywania praktyk religijnych i korzystania z posług religijnych osobom przebywającym w zakładach penitencjarnych, wychowawczych, resocjalizacyjnych oraz opieki zdrowotnej i społecznej (...)”.

„W służbie Boskiego Lekarza. Zapiski szpitalne kapelana” to tytuł książki ks. Wacława Kuflewskiego, kapelana Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie, wydanej w zeszłym roku.

W Polsce posługuje w szpitalach ok. 1200 kapelanów (tylko część na pełnym etacie). Na 500 łóżek powinien przypadać jeden duchowny, w Polsce jest to głównie ksiądz katolicki, ale zdarzają się także duchowni prawosławni, ewangeliccy. Ok. 70 proc. chorych aprobuje obecność kapelanów, tylko 8,5 proc. ankietowanych jest przeciw.

Bonifratrzy z Katowic chcą założyć szkołę dla kapelanów duchownych i ich świeckich asystentów.