Kiedy życie znowu ma smak

Piotr Schutta 12 września 2014, aktualizowano: 12-09-2014 10:12

Dla większości z nich to pierwsza praca w życiu. Pierwsza z prawdziwego zdarzenia. Od tygodnia egzystencja garstki niepełnosprawnych z Inowrocławia i okolic nabiera nowego sensu. Wstają co rano i pędzą do własnej restauracji, żeby nakarmić ludzi.

Każdy robi to, co umie najlepiej i uczy się, by robić coraz więcej. Pod okiem doświadczonej szefowej kuchni młody zespół poznaje kuchnię... od kuchni

Fot.: Piotr Schutta

- Nie można siedzieć w domu i czekać na śmierć. Aktywnym trzeba być - uśmiecha się Jadwiga Wiankowska, a jej silne ramię, wyćwiczone przez 32 lata pracy w kuchni nie przestaje atakować ubijakiem sosu potrawkowego. Trzeba się uwijać, bo minęła dziesiąta. Już za dwie godziny „Twoje Smaki” przeżyją najazd głodomorów, który będzie trwał aż do późnego popołudnia.

Duży wyczyn


I wszyscy w kuchni znowu się ucieszą. Bo wiadomo, bez klienta nie ma zarobku. Właśnie minął tydzień, jak wbrew logice, wbrew prawom rynku, pod prąd społecznym uprzedzeniom i na przekór własnym słabościom, grupka niepełnosprawnych z Inowrocławia i okolic otworzyła restaurację. Oczywiście nie obyło się bez pomocy dwóch fundacji, wyższej uczelni, towarzystwa ekonomicznego i pieniędzy z Unii Europejskiej. Ale to i tak duży wyczyn, zważywszy, że większość personelu, od kelnerki po pracownika na „zmywaku”, dotychczas nie miała żadnego związku z gastronomią. Spółdzielnia socjalna „Twoje Smaki” to ich pierwsze w życiu prawdziwe miejsce zatrudnienia. Z normalną umową o pracę, jasno ustalonymi regułami i ambitnymi zadaniami.

- Zawsze bardzo chciałam pracować. Do tej pory były to prace dorywcze albo sezonowe. Wiśnie się zrywało, znicze robiłam, ale nigdy nie miałam umowy o pracę - mówi 25-letnia Kasia, pochylając się nad kuchennym zlewem. Kilka wprawnych ruchów gąbką i stalowa powierzchnia znowu lśni czystością. Katarzyna wskoczyła do projektu w ostatniej chwili, bo ktoś nagle zrezygnował. Wystarczył jeden telefon. Nie miała się nad czym zastanawiać. Na drugi dzień zjawiła się w pracy, pełna entuzjazmu i gotowa do działania. Zaczynała od najprostszych czynności. Mycie naczyń, podawanie sprzętów i produktów, obieranie warzyw. Ale uczy się szybko. Po siedmiu dniach intensywnej praktyki już pomaga przyrządzać niektóre dania. Oczywiście pod okiem szefowej kuchni, pani Jadzi.


- Jasne, że się ucieszyłam, że do mnie zadzwonili. Jeszcze jak. Wcześniej bardzo długo szukałam sensownej pracy, ale nic z tego nie wychodziło. Pracodawcy nie chcą zatrudniać niepełnosprawnych, bo myślą, że nie damy rady. A jest właśnie odwrotnie. Staramy się jak mało kto, bo doceniamy to, że ktoś w ogóle dał nam szansę - mówi dziewczyna. Tak naprawdę nie ma czasu na rozmowy. Z głębi kuchni już słychać kolejne polecenia szefowej.

- Kasieńka, kochanie, znajdź mi ładnego ogóreczka. I rzodkiewki mi umyj. Szybciutko - rozkazuje Jadwiga, która jako jedyna w tym gronie może powiedzieć o sobie, że jest zawodową kucharką. Nóż chodzi w jej ręku jak zaczarowany i kule rzodkiewki zamieniają się w mgnieniu oka w równiutkie płatki, które za chwile trafią do sałatki i do ozdoby jednej z potraw na wynos.
Oprócz stu obiadów, kuchnia wyda dzisiaj jeszcze kilka dań zamówionych na zewnątrz. Dzień zresztą młody, dopiero się zaczął i szczerze mówiąc, nie wiadomo, co jeszcze się wydarzy.

- Mieliśmy dzisiaj tylko jedno zlecenie na catering, a tu proszę, kolejne zamówienie. Robimy i cieszymy się, że coś się dzieje - mówi nietracąca zapału i pogody ducha pani Jadwiga. Kiedy ból nóg staje się dla niej nie do wytrzymania, siada na stołku. Ale ręce i głowa dalej pracują. Kraje, miesza, gotuje, zagląda do piekarnika (jego obsługi musiała się nauczyć, bo z tak nowoczesnym piecem nie miała do czynienia) i cały czas czuwa nad młodymi, którzy z przydatnych cech w gastronomii na razie mają jedynie zapał.

- Zespół młody. Chce pracować, chce się uczyć - wierzy w nich pani Jadwiga.

Jak trudno wyjść z domu


- Praca w kuchni to nie tylko wysiłek fizyczny, ale i umysłowy. Trzeba wiedzieć, jakie produkty przygotować każdego dnia, ile ich zamówić, żeby wystarczyło na określoną liczbę porcji. I jeszcze przyrządzić to wszystko o odpowiedniej porze! - nie ukrywa podziwu Jolanta Woźnica, dyrektorka fundacji Ekspert Kujawy, organizacji pomagającej od 13 lat osobom bezrobotnym i niepełnosprawnym uwierzyć w siebie.

Fundacja organizuje szkolenia, przygotowuje projekty, pomaga zakładać spółdzielnie socjalne osobom do tej pory skazanym na marginalizację. „Twoje Smaki” to jej pomysł. Spółdzielnię założyła razem z fundacją Agro-Wsparcie z Wróbli Kruszwicy, z pomocą Wyższej Szkoły Gospodarki i Polskim Towarzystwem Ekonomicznym, które całość sfinansowały w ramach unijnego projektu pod nazwą „Kujawsko-Pałuckie Centrum Ekonomii Społecznej”. W ramach przedsięwzięcia powstały dwie spółdzielnie socjalne. W jednej znaleźli zatrudnienie niepełnosprawni, w drugiej - bezrobotni.

- Przeciętny człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak niepełnosprawność odsuwa od społeczeństwa. Jak bardzo w takiej sytuacji nie chce się wyjść z domu - mówi Woźnica.

Agata wie, o czym mowa. Ma 27 lat. Jest po liceum. O swoim schorzeniu nie chce mówić za dużo. Słowo „neurologiczne” musi wystarczyć. Nie ukrywa, że czasem trudno jej zmobilizować się do życia. - Bywa ciężko. Są takie chwile, że nic się człowiekowi nie chce - mówi, ale zaraz podkreśla, że restauracja takie myślenie zmienia.

Marcin choruje na epilepsję. Przyszedł pierwszy raz dopiero dzisiaj rano. Na razie na staż. Zdążył już obrać ziemniaki, przygotować udka kurczaka do smażenia i umyć kilka garnków. Jego twarz promienieje:
- Tu jest świetnie. Bardzo mi się podoba - rzuca w locie, bo przed chwilą dostał niecierpiące zwłoki polecenie odnalezienia wazy. Musi zanurkować do szafki pełnej naczyń.

O 14. przybywa głodnych klientów; z każdym dniem jest ich więcej. 30-letnia Magda uwija się dzisiaj na „wydawce”, a Kamila (41 lat) jest kelnerką, przekazuje zamówienia gości, odbiera gotowe potrawy i serwuje je klientom.

Pierogi z falbankami


- To jest dla mnie szansa. Bardzo się cieszę, że mogę tu pracować - mówi pani Kamila. Od 4 lat poważnie choruje. Dawniej pracowała jako laborantka. - Szukałam pracy w różnych miejscach, ale wszędzie potrzebowali mężczyzn. Mój mąż znalazł ogłoszenie fundacji o szkoleniach. Poszłam i po kilku miesiącach zostałam zakwalifikowana na staż - opowiada.

Magda nie należy do rozmownych. Lepiej jej teraz nie zawracać głowy, kiedy do wycięcia i sklejenia jest nie wiadomo ile pierogów z kapustą i grzybami. - Nie liczę - śmieje się kobieta, a jej ręce jak w transie wyczarowują kolejny pierożek. Kółko szklanką wycięte z ciasta, łyżka farszu, zawijanie i obowiązkowe falbanki na brzegach pieroga. Ciach, ciach. - To moja pierwsza prawdziwa praca. Zawsze marzyłam, żeby móc na siebie zarabiać - oznajmia delikatnym głosem, niemal szeptem.

W jadłospisie spółdzielnia ma 30 potraw, do tego ciasta własnego wypieku, kompot i inne napoje oraz zupy wymyślane przez szefową - ze świeżych ogórków, z cukini. Każdego dnia można zamówić jeden z trzech zestawów obiadowych - mięsny, wegetariański albo dietetyczny. Dziś są pierogi z kapustą i grzybami, kurczak pieczony z pieczonymi ziemniaczkami oraz kurczę gotowane z ryżem. Do tego fasolka albo groszek z marchewką.

Wydaje się, że pomysł chwycił. Pierwszego dnia na obiad przyszło 100 osób. Z każdym dniem przybywa gości. W spółdzielni „Twoje Smaki” pracuje w tej chwili 6 osób na umowę o pracę i 3 stażystów. Na razie umówili się na pensję w wysokości najniższej krajowej. Wiedzą, że muszą rozkręcić biznes, żeby myśleć o większych zarobkach. Zresztą nie tylko o pieniądze tu chodzi.

Zadowolenie daje sama praca. Myśl, że wreszcie można być komuś potrzebnym. To nic, że jeden z klientów zamiast kurczaka dostał polędwiczki i że za jednym razem stłukło się 30 talerzyków. Jak mawiają Francuzi: kto nie pracuje, szklanek nie bije.