Królowa drugiego życia

Małgorzata Oberlan 5 września 2014

Myślisz, że los rozłożył Cię na łopatki? Posłuchaj historii Katarzyny Śmigielskiej, której siła pozwala rozpocząć nowe życie ludziom i przedmiotom. Czy uwierzysz, że wzięła się z niewyobrażalnej tragedii, po której inni się już nie podnoszą? A jednak...

Katarzyna Śmigielska w galerii „Przydasie” w Toruniu. Każde małe dzieło sztuki tu wystawiane jeszcze niedawno było śmieciem

Fot.: Jacek Smarz

Burza ciemnych włosów, czarne okulary, zabawne martensy i ta aura... Pani Katarzyna wpada do galerii „Przydasie” przy ul. Mickiewicza w Toruniu i od razu świeci słońce. Cudne anioły uśmiechają się jeszcze bardziej anielsko, dziesiątki odnowionych bibelotów aż trzęsą się na półkach, a zdekupażowane kredensy wyprężają się pod ścianami. To wszystko śmieci - rzeczy już niechciane, które niepełnosprawni pod wodzą szefowej fundacji Feniks zamienili w prawdziwe cudeńka.

Dlaczego mi to robisz, Boże?


- Po takiej tragedii przewartościowujesz całe życie. Inaczej cenisz każdy oddech. Innego smaku nabiera bułka zjedzona na śniadanie. Nic już nie jest takie, jak przedtem - mówi Katarzyna, wspominając 1996 rok.

Kim była w tamtym czasie? Żoną i mamą trójki małych dzieci. Młodszy syn niedawno przyszedł na świat, córka Karolina miała 3 lata, a starszy syn 6. Karmienie, gotowanie, pranie, sprzątanie - życie toczyło się swoim domowym rytmem. W pożarze, który wybuchł w kamienicy, zginął mąż pani Katarzyny i obaj jej synowie. Uratowały się ona i córka, ale tragedia zostawiła trwałe ślady na ich ciałach.


Gdy po dwóch latach od pożaru córka zaczęła tracić słuch, pani Katarzyna była bliska kompletnego załamania. - „Dlaczego mi to robisz, Boże?” - pytałam. Ale jakoś się otrząsnęłam i zaczęłam walkę o Karolinę. Nasza rehabilitacja trwała pięć lat, a tak naprawdę jeszcze się nie skończyła - opowiada. - Dziś moja córka to studentka inżynierii genetycznej (chciała iść na medycynę, ale ustaliłyśmy, że niesłyszący lekarz to jednak ryzyko dla pacjenta) i bardzo pogodny człowiek. Nie ma żalu do świata, co przy wszystkich jej przejściach byłoby nawet uzasadnione. Nie, emanuje pogodą ducha - codziennie czegoś się od niej uczę.

Miłość we własnym zakresie


Doświadczenia własne i córki utwierdziły Katarzynę Śmiegielską w przekonaniu, że kondycja osoby niepełnosprawnej to jak życie na innej planecie. Dla ziemian, którzy sami mogą skorzystać z toalety, umyć się, ubrać, zjeść, wyjść - po prostu kosmos. Długi czas, w którym była totalnie zależna od innych, ukształtował ją na nowo.

W 2005 roku powołała do życia fundację Feniks, której celem jest wspieranie osób niepełnosprawnych. Została jej prezeską, wiceprezeską zaś - jeżdżąca na wózku Sylwia Drozdowska. Poznały się w szpitalu i szybko odkryły, że pomysły je rozsadzają.
Pierwszym sercem fundacji stało się ranczo „Zygmuntówka” w Kijaszkowie. To tutaj niepełnosprawni bez domu uczą się żyć na nowo. Kim są? - Każdy z naszych podopiecznych to osobna historia, osobna książka do napisania - zapewnia pani Katarzyna. - Dziś mieszkają na ranczu Jurek, Marek, Krzysztof, Wojtek i Łukasz. Są dotknięci różnymi niepełnosprawnościami, w „Zygmuntówce” jednak nikt się nad nikim nie rozczula. Jest dryl i odpowiedzialność.

Jedni sprzątają, inni gotują, jeszcze inni opiekują się zwierzętami. A jest co robić, bo na ranczu żyją sobie trzy konie, cztery psy i pięć kotów. Obowiązki są precyzyjnie podzielone i egzekwowane. Kto nie widzi ciągu przyczynowo-skutkowego (aby zjeść śniadanie, trzeba rano wstać i je przygotować), do rancza nie pasuje. - Wychodzę z założenia, że niepełnosprawny potrzebuje przede wszystkim domu i pracy, i to staram mu się dać. Oczywiście, każdy pragnie też miłości. Tej jednak nie kupię w sklepie. Nasi podopieczni muszą o nią zadbać we własnym zakresie - uśmiecha się pani Katarzyna.

Akcja likwidacja


W 2010 roku zabiło drugie serce fundacji - galeria „Przydasie” w Toruniu. Wszystko, co można tu kupić, żyje już drugim życiem. Od drobnego bibelotu po trzydrzwiową szafę. Ktoś przedmiotu nie chciał, uznał za śmieć, a niepełnosprawni spod znaku Feniksa nadali mu nową formę. Jedne meble są dzielone na części i przerabiane np. na dekoracyjne deseczki, inne wręcz przeciwnie - wzbogacane o dodatkowe elementy. Zużyta odzież idealnie nadaje się do przeróbek. Powstają z niej fantazyjne poduchy i zwierzaki przytulaki. Lampy, maszyny, stare zabawki - wszystko w „Przydasie” dostaje drugą szansę.

- Najwięcej rzeczy dają nam akcje likwidacje. Najczęstszy scenariusz jest taki, że starsza osoba umiera, a młodsi spadkobiercy chcą oczyścić mieszkanie i umeblować na nowo. Zamiast wzywać firmę i zamawiać kontenery, dzwonią po nas. A my, jak prawdziwe szczury szperuchy, odzyskujemy dla świata 95 proc. zawartości lokalu - mówi pani Katarzyna.

Część pracy niepełnosprawni wykonują na ranczu, część na zapleczu toruńskiej galerii. To tutaj dwie prawdziwe artystki - Ewa Świokła i Magdalena Suseł - potrafią kawał deski zamienić w małe dzieło sztuki. Ewa to absolwentka Wydziału Sztuk Pięknych UMK. Maluje swoją jedyną lewą ręką. Czasem się zapomina przy pracy i operowym głosem klientom daje znać o swej obecności.
Magdalenę z porażeniem mózgowym do galerii przyprowadza mama Renata. Specjalnością Magdy są poduszki i przytulaki. To jedne z najbardziej ulubionych przez klientów przedmioty.

Swary, łzy i pieniądze


- Jeśli ktoś mi powie, że pomaganie jest piękne i wspaniałe, to odpowiem: „Człowieku, o czym mówisz?”. Pomaganie to, po pierwsze, ciężka praca - podkreśla pani Katarzyna. - Ile my tu się czasem nakłócimy! Ile łez przy takim pomaganiu się leje... Ale nie narzekamy.

Tak na ranczu, jak i w galerii szefowa Feniksa hołduje zasadzie „Zero litości”. Bo litością niepełnosprawnemu można zrobić taką samą krzywdę, jak pieniędzmi wrzuconymi do puszki żebraka. Co mu ona da? Minutę satysfakcji. Katarzyna napatrzyła się już na osoby niepełnosprawne - ofiary nadopiekuńczych rodziców. Takie, których nikt nie nauczył samodzielności. - A ZUS, skarbówka,

właściciel mieszkania czekający na czynsz


- oni nad nikim się nie użalają. Przypominają o terminie płatności i już - wykłada potrząsając długimi włosami.
Oczywiście, część osób niepełnosprawnych nigdy, nawet po najlepszym treningu, nie będzie funkcjonować samodzielnie. Zawsze będą potrzebowały pomocy terapeutycznej i życiowego przewodnika. Dla nich fundacja Feniks najchętniej zatrudniłaby asystentów i terapeutów. Pytanie tylko: Za co? Skoro często wyzwaniem jest wykarmienie gromady ludzi i zwierząt w „Zygmuntówce”. I skoro na sam czynsz w toruńskiej galerii co miesiąc trzeba mieć 3 tys. zł. Z powodu tego czynszu właśnie oddział „Przydasie” w Nakle to na razie tylko manufaktura, a nie galeria sprzedająca przedmioty (brak pieniędzy na sklep).

Lecimy w dobrym kierunku


Plany na na przyszłość? Przenosiny galerii w prestiżowy punkt toruńskiej starówki - do Krzywej Wieży. Umowa ma zostać podpisana lada dzień. Jest radosne podniecenie, ale są też obawy o to, czy klienci odnajdą „Przydasie” w nowej lokalizacji.
Marzenia pani Katarzyny i jej ekipy? Galerie, w których niepełnosprawni dają drugie życie starym przedmiotom, powstają w całej Polsce.

Największa bolączka? Idzie zima, a z nią tradycyjne kłopoty z wykarmieniem podopiecznych na ranczu. Gdyby jakaś hurtownia chciała pomóc, byliby dozgonnie wdzięczni. Mogliby też odwdzięczyć się np. zapraszając pracowników z dziećmi na ognisko w Kijaszkowie.

„Królowa drugiego życia” - taką metaforą pani Katarzyna lubi określać feniksową galerię. Czy czuje, że sama też nią jest? Nie używa wielkich słów.

- Jestem tytanem pracy i nie lubię narzekania. Niby od 20 lat nie byłam na wakacjach, ale, paradoksalnie, ten morderczy rytm dodaje mi siły. Lecimy w dobrym kierunku - kończy szefowa Feniksa.

PS Więcej informacji o galerii można znaleźć w Internecie i na Facebooku.