Zaganiałam bydło, chodziłam z osłami po wodę

Dorota Witt 1 września 2014

O tym, czego potrzebują dzieci w Kenii i jak zdobyć na to pieniądze w Polsce oraz o tym, co robi żona Masaja, kiedy ten leży i odpoczywa po pracy, mówi MAGDALENA NASHIPAE POROS, bydgoszczanka, założycielka komitetu „Mogę się uczyć”. Afryką zainteresowała się na początku liceum. A wszystko zaczęło sie od przeczyta książki Ady Wińczy „Wspaniali Masajowie”.

Fot.: Dariusz Bloch


Nashipae to imię, które nadali pani Masajowie, gdy pierwszy raz była pani w Kenii. Co oznacza?
Radość albo tego, kto ją niesie. Pewnie dlatego, że właściwie nie umiem się nie uśmiechać. Starszyzna nadaje takie imiona tym, którzy zaprzyjaźniają się z plemieniem. To cały rytuał, najpierw trwa obserwacja, następnie narady, potem odbywa się uroczyste nadanie. Moja pierwsza wyprawa do Kenii przyniosła mi o wiele więcej miłych doświadczeń. To było 5 lat temu. Pojechałam jako wolontariuszka. Uczyłam w podstawówce matematyki i organizowałam zajęcia sportowe, bo na ich prowadzenie nikt tam nie miał czasu. Przedtem przez blisko 10 lat czytałam w książkach, jak wygląda życie w Afryce. Rodzina przestrzegała mnie, że mogę się zawieść, że książki i filmy to nie to samo co rzeczywistość. Ziemia Masajów oczarowała mnie jednak od samego początku, tak samo jak jej mieszkańcy.

Drugi raz pojechała tam Pani już po dwóch latach.
Z postanowieniem, żeby bardziej przydać się tamtejszym ludziom, a może nawet wykorzystać swoje wykształcenie informatyczne. I udało się. Pomagałam wtedy w domu dziecka. Był dobrze wyposażony, bo opiekowała się nim amerykańska organizacja. Mieli tam nawet komputery, tyle że nie zawsze był prąd. A gdy już był, to i tak sprzęt na nic się zdawał, bo nikt nie umiał go obsługiwać. Jaka zapanowała radość, kiedy okazało się, że ja umiem. Zawsze, gdy pastor ogłaszał: „Jest prąd”, biegliśmy całą gromadą do tych komputerów. Od poniedziałku do piątku zajmowałam się 18 dzieci z klas 1-3, pomagałam im w nauce. Weekendy spędzałam z rodziną, u której mieszkałam. Pomagałam w pracach domowych i innych obowiązkach.

Gotowała Pani, zmywała…
Zaganiałam bydło, chodziłam z osłami po wodę. Kobieta w tej kulturze ma o wiele więcej obowiązków niż mężczyzna. Ona wstaje ok. godz. 3 nad ranem. Przygotowuje jedzenie dla dzieci i męża, kiedy oni jeszcze śpią. Wychodzi zająć się drobiem, koźlakami, cielętami, jagniętami. Oni dalej śpią. Dorosłym bydłem teoretycznie zajmują się mężczyźni lub młodzi chłopcy, ale gdy mają inne zajęcia, ten obowiązek przechodzi na kobietę. Mąż po powrocie do domu leży i odpoczywa, żona w tym czasie przygotowuje jedzenie, pierze razem z córkami, chodzi po wodę. Wieczorem, około 20., jest główny posiłek dnia, dość obfity. Krótko po nim rodzina idzie spać, bo nie ma prądu, a wieczory spędza się tu przy lampach naftowych.

Kobiety w Kenii są szanowane?
Tak. Wielkim szacunkiem darzy się tu w ogóle rodzinę, a największym osoby starsze - bez wyjątku. Takich ludzi uznaje się za doświadczonych, mądrzejszych od reszty społeczności. Wśród Masajów nie wolno pozwolić sobie na wyciągnięcie ręki do kogoś starszego, młody nie może przywitać się jako pierwszy w żadnej sytuacji. Powinien stać przed osobą starszą, skinąć głową i czekać aż ta pozdrowi go, kładąc mu rękę na głowie. Osoby w tym samym wieku witają się uściskiem dłoni, a bliskie sobie kobiety - pocałunkiem w usta. Starszym wolno więcej niż młodym. Młoda kobieta nie ma prawa pić alkoholu, starsza - tak.

Po powrocie z drugiej wyprawy do Afryki postanowiła Pani zorganizować zbiórkę pieniędzy, żeby dzieci mogły się uczyć. Ilu maluchów chodzi do szkoły dzięki tej inicjatywie?
Dziś około 130. W tym są te, którym znaleźliśmy w Polsce przyjaciela, a ten zadeklarował, że przez określony czas będzie za pośrednictwem naszego komitetu przekazywał pieniądze na naukę i wyżywienie dla konkretnego dziecka oraz te, którym pomagamy wspólnymi siłami. Z naszego punktu widzenia to nie są kolosalne koszty, bo miesięczna opłata za szkołę wynosi tu 12 zł, ale tam prawie nikogo na to nie stać. Nauka w takich placówkach jest konieczna, bo Kenijczycy mówią w ponad 40 językach, a językiem wykładowym w szkole jest angielski. Maluchy uczą się go w przedszkolach, za które trzeba płacić. Podstawówka jest tu obowiązkowa. Kiedy wyjeżdżam do Kenii, moje walizki są wypełnione, ale swoich rzeczy mam niewiele, większość to drewniane układanki dla dzieci, zabawki kreatywne, których tam nie ma.

Zanim kupiliście elementarze, trzeba było wybudować szkołę.
Kiedy trafiłam do Kenii w 2011 roku, trwała budowa szkoły. Emerytowana nauczycielka Philliipa, prowadząca organizację Osimlai, z która współpracujemy, dzięki otrzymanym środkom od znajomych zUSA, a także dzięki pieniądzom ze sprzedaży własnych krów, na otrzymanej od rodziny ziemi wybudowała trzy klasy - z blachy falistej. Tak w afrykańskim buszu powstał zaczątek szkoły, do której dziś uczęszcza blisko 150 dzieci, które uczy 7 nauczycieli.

Pieniądze na pomoc zbierała Pani, m.in., na stronie www.polakpotrafi.pl. Internauci mogą za jej pośrednictwem finansować różne ciekawe przedsięwzięcia. To było duże wsparcie?
I tak, i nie. Równolegle ukazał się artykuł o nas na jednym z dużych portali internetowych. Dopiero wtedy ludzie się ożywili, zaczęli wpłacać pieniądze zarówno przez witrynę „Polak potrafi” (prawie 20 tys.), jak i bezpośrednio na konto komitetu (niemal drugie tyle). Porównując, przez cały poprzedni rok działania zebraliśmy jedynie 9 tys. Było to niebywałe szczęście, że mogliśmy jeszcze bardziej pomóc!

Co kupiliście za te pieniądze?
Dobudowaliśmy 2 klasy z cegły, 5 pokoi dla nauczycieli (szkoła jest w buszu, a pedagodzy musieli co rano przedzierać się do niej z pobliskiego miasteczka), małą bursę, w której maluchy mogą zamieszkać na czasie deszczów. Przebadaliśmy również 128 dzieci. Lekarza nie widuje się na ziemi Masajów na co dzień, dlatego dzieci bardzo się go bały (niektóre posiusiały się na jego widok, mimo że był Masajem i nie w kitlu). Kupiliśmy to, co najpotrzebniejsze: ławki, krzesła, piłki, drukarkę (wcześniej, gdy nauczycielka chciała przygotować dzieciom kolorowankę, rysowała na 40 kartkach ten sam wzór). Zaopatrzyliśmy też szkołę w panel słoneczny, żeby miała swoje źródło zasilania, i w maszynę do budowy cegieł, i wiele więcej.

Polacy chętnie angażują się w takie akcie społecznego finansowania i w ogóle w pomoc dzieciom z Afryki?
Jedni tak, drudzy mówią: „U nas jest tyle biednych dzieci, im pomóż”. A mówią tak zwykle ci, którzy sami nie pomagają nikomu. Nie wiem, kto dał im prawo do tego, żeby mówić innym, kogo mają wspierać. Jeden zbiera na rysie, drugi na bezdomnych, a ja na naukę kenijskich dzieci. U nas tak jest zawsze: kiedy trzeba coś zrobić, czekamy, aż ktoś inny tym się zajmie. Gdy w Kenii był potrzebny bus, który miał wozić dzieci do szkoły, rodziny zebrały na niego pieniądze. A u nas? Od kwietnia staram się zarejestrować fundację. Szybko zrobić się tego nie da.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 01-09-2014 13:55

    Brak ocen 0 0

    - jasio : z osłami to nawet chodziłem do szkoly dziś 1 .09

    Odpowiedz