Wsiąść do pociągu byle jakiego

Krzysztof Błażejewski 29 sierpnia 2014, aktualizowano: 29-08-2014 11:28

W PRL-u pociągi rzeczywiście były byle jakie. Szczególnie latem, w okresie wyjazdów na urlopy i wakacje. Załadowane pasażerami po brzegi, brudne, zaśmiecone, bez wody. Ale ludzie nimi podróżowali, bo innego wyjścia nie było.

Lokomotywa, niemal jak w wierszu Tuwima, już pod parą, do wagonów na stacji Bydgoszcz Główna wsiadają ostatni pasażerowie

Fot.: Archiwum

W socjalizmie w założeniu miało być egalitarnie: wszyscy mieli pracować, podobnie zarabiać oraz wspólnie i jednakowo wypoczywać. Z tych haseł dość szybko pozostało niewiele. Najdłużej przetrwał, jak się okazało, zwyczaj jednoczesnego spędzania urlopu w tym samym miejscu i w tym samym gronie.


Z idei tej zrodziły się wczasy zakładowe w specjalnych ośrodkach. Nie byłoby to może tak uciążliwe dla korzystających z tej formy wypoczynku, gdyby nie fakt, że wszyscy organizatorzy wczasów przygotowywali wyłącznie 14-dniowe turnusy. W dodatku zawsze pierwszy z nich zaczynał się każdego roku dokładnie 1 lipca, ostatni zaś kończył się 30 sierpnia. Od tych sztywno wynaczonych terminów były jedynie niewielkie wyjątki. W dodatku w tych samych dniach co urlopy rozpoczynały się i kończyły turnusy kolonijne dla dzieci i młodzieży, na które wówczas wyjeżdżało ponad milion młodych Polaków.
„Pierwsze dni lipca upłynęły pod znakiem deszczu i chłodu. Mimo tego ok. 30 tys. bydgoszczan doszło do wniosku, że trzeba wreszcie jechać na odpoczynek - zgryźliwie zauważał w 1962 roku reporter „Ilustrowanego Kuriera Polskiego”. - Corocznie powtarzane apele, by nie wszyscy wyjeżdżali 1 lub 2 lipca, nie odnoszą żadnego skutku. Ostatnie dni upłynęły pod znakiem szturmu na urlopowe pociągi. Mimo powiększenia przez PKP ilości wagonów kursujących na najbardziej modnych trasach (Hel, Koszalin, Kołobrzeg, Międzyzdroje) nie obyło się bez przysłowiowego łamania kości”.

W 1966 roku wyjątkowo trudną sytuację mieli pasażerowie w Bydgoszczy, gdzie trwała, podobnie jak dziś, przebudowa dworca głównego.

„Kasy urządzono w małym baraczku - pisała lokalna prasa. - Już tego etapu podróży słabsi fizycznie nie wytrzymują. Gigantyczne kolejki przed kasami, potwornie upalne i duszne powietrze „eliminują” z kolejek kobiety i dzieci. Przy okienku rezerwacji miejsc sytuacja podobna, spotęgowana żmudną pracą ręcznego wypisywania każdego biletu. Zużytą drukarkę wycofano z eksploatacji, nowej jeszcze nie wprowadzono. (...) Po przebyciu pierwszego etapu urlopowych tortur czekają następne już przy wjeździe oczekiwanego pociągu. Wytężając wszystkie muskuły i umiejętnie rozpychając się łokciami można ewentualnie dostać się do wnętrza wagonu. (...) Do tych „przyjemności” dochodzą jeszcze częste spóźnienia pociągów. Wczoraj nasze miasto opuściło ponad 6 tys. ludzi. (...) Kolejna faza przewozowego szczytu przewidywana jest w połowie lipca”.

Puste pokolonijne


Po kolejnych silnych przeżyciach podróżnych, związanych ze zmianą turnusów 15-16 lipca, nadchodziła następna fala: 20-25 lipca następowała wymiana turnusów kolonijnych. Polskie Koleje Państwowe, mimo iż podstawiały w tym celu w kraju prawie 500 specjalnych pociągów, apelowały z góry do wszystkich o „ograniczenie swoich urlopowych wyjazdów”. Dlaczego? Po prostu - aby stworzyć składy pociągów kolonijnych, trzeba było skrócić składy pociągów dalekobieżnych. W innych pociągach nieraz całe wagony, jeśli nie określona liczba przedziałów, były i tak zarezerwowane dla przewozów kolonijnych, dla tych dzieci, które „nie zmieściły się” w pociągach kolonijnych. Dla indywidualnych podróżnych i tak było źle, i tak niedobrze.

W dniach wyjazdów na kolonie na większych dworcach w naszym regionie organizowano świetlice dla dzieci i młodzieży, gdzie znajdowały się punkty informacyjne, całodobowe punkty opieki medycznej, a także miejsca wypoczynku i zabawy dla grup przesiadających się na inne pociągi.

Kolejarze zbierali jednak i tak cięgi od społeczeństwa, bowiem pociągi kolonijne straszyły pustymi siedzeniami, kiedy wracały do miejsc, z których zabrały dzieci, co wszystkich tłoczących się w „normalnych” składach niesamowicie irytowało.

- Kiedy zbliżał się urlop, prześladował mnie koszmar związany z podróżą. Parę razy zdarzyło mi się pojechać najpierw na najbliższą stację w przeciwną stronę, tam wsiąść do pociągu i dybać na miejsce siedzące - wspomina torunianka Małgorzata Mikołajewska. - Przeważnie udawałam się osobowym do Inowrocławia albo na stację Toruń Mokre, żeby tam wsiąść do pociagu zdążającego nad morze. Było, oczywiście, ciasno, ale kiedy wysiadający na dworcu Toruń Główny zwalniali miejsce, siadałam i potem w spokoju obserwowałam daremną walkę o miejsce pasażerów jadących z dworca głównego. Ponieważ w młodości często podróżowałam, musiałam opanować sztukę zdobywania miejsc. Na Helu zwykle dawałam konduktorowi do kieszeni 50 złotych, żeby wpuścił mnie po cichu wieczorem do stojącego na bocznicy pociągu, który odjechać miał dopiero rano.

W Gdyni nauczyłam się wsiadać do podstawianego pociągu z drugiej strony, wyprzedzając i omijając tłum walczący o miejsca od strony peronu. Będąc w Krakowie wiedziałam, że aby zająć miejsce siedzące w pociągu do Torunia, muszę udać się do Płaszowa i tam wsiąść do składu stojącego na bocznicy. Wracając z Bieszczad, nigdy nie wsiadałam, jak większość pasażerów, w Sanoku, tylko podjeżdżałam do Zagórza, gdzie montowany był skład każdego pociągu. Z tych podróży pozostał mi w pamięci specyficzny zapach jaj na twardo, które niemal wszyscy podjadali wraz z chlebem z masłem, popijając herbatką z butelek po oranżadzie i zwykłych słoików. Ale przede wszystkim zapamiętałam niewiarygodny ścisk. Nieraz przyszło jechać w gronie 10 osób, siedzących w ośmioosobowym przedziale. Każde poruszenie się kogokolwiek powodowało „falę” od okna do drzwi...

Kłopoty nawet z miejscówkami


Mijały lata, a znaczącej poprawy nie było. Oto relacja zamieszczona w „Ilustrowanym Kurierze Polskim” 2 lipca 1977 roku: „Trudno sobie wyobrazić to, co działo się wczoraj na dworcu głównym. Tasiemcowe kolejki przy kasach, tysiące pasażerów na peronach, w pociągach niesamowity tłok - oto atrakcje urlopowej podróży. (...) Niezbyt fortunne wydaje się kierowanie kobiet konduktorek do obsługi „urlopowych” pociągów, kursujących w dniach największego nasilenia. Wśród dość brutalnych scen, gdy pasażerowie usiłują wedrzeć się do wagonów, odpychane konduktorki z trudem panują nad sytuacją”.

- W latach 70., zwłaszcza latem, praktycznie nie dało się w dniu odjazdu „Kujawiaka” do Warszawy kupić biletów z miejscówkami - wspomina Bogdan Mleczko. - Zdarzało mi się wiele razy spędzić całą drogę w „Warsie”. Trzeba było tylko przytomnie wsiąść do wagonu sąsiadującego z restauracyjnym, zaraz po otwarciu „Warsu” wejść do niego, zamówić herbatę i tak można było dojechać na barowym stołku, a więc w miarę wygodnie, aż do stolicy, kupując, oczywiście, bilet u konduktora. Wielokrotnie zdarzało mi się też podróżować, siedząc na dodatkowych, rozkładanych krzesełkach w przejściu. Dorwanie takiego miejsca było niemal cudem, choć co chwilę trzeba było wstawać, bo ktoś szedł do „Warsu” albo przeciskał się do toalety. Pamiętam też siedzenie na walizkach, na plecakach albo bezpośrednio na podłodze. Wiele razy widziałem też ludzi siedzących przez wiele kilometrów na sedesie, niektórzy rozkładali się też do spania na podłodze w pobliżu toalety, gdzie przejście było nieco szersze.

Szczególnie trudna sytuacja zapanowała w 1981 roku, kiedy w kraju brakowało wszystkiego, a na półkach można było zawsze zobaczyć tylko osławiony ocet. Wiosną dyrekcja okręgu kolejowego w Gdańsku, obejmującego dziesiejsze Kujawsko-Pomorskie, ogłosiła, iż zawiesza kursowanie aż 80 pociągów z powodu... braku paliwa. Na terenie naszego województwa było to dokładnie 12 składów.

- Jechałem wówczas w lipcu na wczasy do Przyjezierza - wspomina Bogdan Mleczko. - Postanowiłem być sprytniejszy od innych i podzieliłem tę krótką drogę na raty. Z Torunia do Inowrocławia dojechałem osobowym. Tam czekałem godzinę na pociąg z Gdyni do Wrocławia w przekonaniu, że te 15-20 minut do Mogilna to przejadę nawet na stopniach.

Kiedy jednak zobaczyłem najpierw oczekujący na moim peronie tłum, a później wjeżdżający pociąg, zwątpiłem. Praktycznie nikt z niego nie wysiadł, rozpoczął się więc beznadziejny szturm. Zdesperowani pasażerowie - widziałem to pierwszy i jedyny raz w życiu - usiedli z bagażami na szynach przed lokomotywą i głośno złorzeczyli, domagając się doczepienia dodatkowych wagonów. Zagrozili, że w przeciwnym przypadku pociąg nie ruszy. Tak się też stało. I wygrali. Trwało to w sumie ponad godzinę, ale dwa ekstra wagony się gdzieś znalazły, zostały doczepione do składu i pasażerowie, choć stłoczeni jak śledzie w beczce, jakoś się pomieścili.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 02-09-2014 19:25

    Brak ocen 0 0

    - ten parowóz stoi na kluczykach zobacz wideo: zobacz jak ten parowóz prezentuje się w muzeum na kluczykach wpisz w goglach grzegorz orzechowski parowozy miłego oglądania wideo - tylko nie zapomnij subskrybować kanału oraz puścić reklam do końca.

    Odpowiedz

  2. 01-09-2014 12:19

    Brak ocen 0 0

    - melasa: Ten parowóz co jest na fotce to Ty2-572 Kiedyś ciągnął składy specjalne, robił też za grzałkę w Bydgoszczy a teraz chyba stoi w muzeum w Warszawie.

    Odpowiedz