W barze w Zanzibarze, czyli uchem po mapie [WYWIAD]

Paulina Błaszkiewicz 29 sierpnia 2014, aktualizowano: 29-08-2014 11:25

„Ludzie na Bałkanach mnie pamiętają i słuchają mojej muzyki, ale to nie są moje ulubione miejsca na świecie. Bardzo przeżyłam wojnę w Jugosławii, która była tłem dla płyty „Kayah i Bregović ” i tłem dla moich wczesnomacierzyńskich rozterek. Dopiero jak urodziłam dziecko, zrozumiałam, czym jest pokój na ziemi”.

Fot.: Andreas Szilagyi/mwmedia

Rozmowa z KAYAH, wokalistką, autorką tekstów i kompozytorką.



Myśli Pani, że muzyka jeszcze łagodzi obyczaje?
Nie chcę, żeby wyszło na to, że jestem specjalistką od mniejszości narodowych, bo nie jestem, ale wydaje mi się, że muzyka jest tak plastycznym tworzywem i wszechstronnym narzędziem, że można nią wyrazić wszystko. To zależy, oczywiście, od sytuacji, w jakiej się znajdziemy i tego, co się dzieje na świecie. Jestem muzykiem, zdobyłam popularność, która powoduje, że mój głos jest słyszalny, więc niewykorzystywanie go w celach pozytywnych, szerzących pewien światopogląd, w który wierzę, byłoby zmarnowaniem potencjału. Zawsze staram się jako osoba publiczna stawać po stronie pewnych wydarzeń. Poza tym uważam, że muzycznie bardzo by mnie ograniczała jakaś przynależność do jednego gatunku muzycznego. Żartuję, że jestem taką Barbamamą.


Barbamamą?
Pani jest za młoda, żeby to pamiętać. Była kiedyś taka dobranocka. Był Barbatata i była Barbamama - stworki, które miały zdolność dopasowywania się do kształtów pomieszczeń, w których się znajdowały. Ja też trochę taka jestem. Zmieniam kształty. Kiedyś mi to wypominano, a całkiem niedawno stało się to moją zaletą.


A skąd się wzięło to oscylowanie wokół różnych gatunków muzycznych?
Z domu, w którym bardzo szeroko pojmowano muzykę. Ojciec katował mnie klasyką. Mówię katował, bo sama muzyka klasyczna jest wspaniała, ale ja od razu musiałam wiedzieć, kto to napisał, kiedy żył i co to jest? To odpytywanie mnie było bardzo stresogenne, ale mimo wszystko mam w sobie ogromną miłość do muzyki klasycznej. Właściwie nie ma dnia, żebym jej nie słuchała. W moim domu był też obecny jazz, rosłam z muzyką brazylijską, której słuchałam głównie w samochodzie.

Płytą „Transoriental Orchestra” wyraziłam moją wielką tęsknotę za powrotem do nurtu muzyki świata i chęć podróżowania uchem po mapie. Poza swoją misją, którą ta płyta ewidentnie ma - bo jej zadaniem było przecież pokazanie różnorodności muzyki żydowskiej w kraju, w którym na hasło „muzyka żydowska” na ogół widzimy „Skrzypka na dachu” - liczyłam, że swoją urodą i naszym międzynarodowym składem uświadomi coś wielu wrogo nastawionym ludziom, że ociepli wizerunek Żyda w Polsce i Polaka w oczach Żydów. Myślę, że bardzo krzywdzący dla Polski jest powszechny stereotyp, że jesteśmy antysemiccy i ksenofobiczni.


A gdzie uczyła się Pani tolerancji?
Z pewnymi wartościami się rodzimy, a później podpatrujemy je u najbliższych. Myślę, że otoczenie ma na nas ogromny wpływ, ale wrażliwość jest czymś bardzo naturalnym. Mój syn rósł w domu pełnym zwierząt i mu nigdy nie musiałam mówić, żeby nie ciągnął kota za ogon albo walił patelnią po głowie, tak jak widział to w kreskówce „Tom and Jerry”. Z kolei ja miałam to szczęście, że wychowałam się w Białymstoku, który od zawsze był wielokulturowy. W latach 70. mieszkałam z dziadkami i miałam za płotem Romów. Białystok to też synagogi, bogata historia współistnienia wielu narodowości, wielu kultur i religii. Placówki szkolne czy zakłady pracy nie mają żadnego problemu z kwestią wyznaniową. Żyje tam wiele osób prawosławnych, w związku z tym całe miasto ma to szczęście, że dwa razy obchodzi Boże Narodzenie i sylwestra, ale nikogo to nie dziwi. Można? Można.


Wszystko, o czym rozmawiamy, krąży wokół Pani ostatniej płyty, ale wróćmy do początków. Czy pisząc „Supermenkę” przypuszczała Pani, że to, o czym śpiewa, będzie tematem aktualnym, a nawet modnym za 20 lat?
Najbardziej niesamowite jest to, że większość moich piosenek, chociaż powstawała w burzliwych dla mnie momentach, jest nadal aktualna w moim życiu. Niestety, historia lubi się powtarzać. Sama jestem zaskoczona tym, że wracam do starych piosenek i przeżywam je bardziej niż kiedyś, a przecież pisałam je jako bardzo młoda osoba... Nie wiem, skąd brałam odpowiednie, tak głębokie słowa, które dotykają mnie dziś jako dorosłą kobietę. Może uniwersalizm moich piosenek to jakoś tłumaczy? Czasami jest on śmieszny. Doszły mnie nawet słuchy, że piosenka „Prócz Ciebie nic”, którą napisałam dla Krzysia Kiljańskiego, była w całości niejednokrotnie cytowana z ambony w wielu kościołach w Polsce. To niesamowite, że coś, co napisałam z myślą o mężczyźnie, może być adresowane do siły wyższej i w tym celu wykorzystane. Myślę, że ten uniwersalizm jest siłą, dzięki której przetrwałam tyle lat.


A ja myślałam, że radzi sobie Pani świetnie dzięki umiejętności, którą ma też Artur Rojek, czyli łączeniu wartości artystycznych z komercją?
W życiu nie powiedziałabym o Rojku, że on myśli o komercji... Artur podoba się nie tylko w Polsce. Ostatnio byłam nad Morzem Martwym w Izraelu i zdarzyło mi sie wejść do sklepu, w którym sprzedawano jakieś kremy i minerały właśnie z tego Morza Martwego. Za ladą stał przyjemny chłopiec, z którym rozmawiałam, a za chwilę usłyszałam... Rojka. Zapytałam tego chłopca: „Ty wiesz, skąd to jest? Z mojego kraju!”. O tym, że z mojej wytwórni, już nie wspomniałam. Zaskoczony chłopiec odpowiedział: „My tu wszyscy go uwielbiamy”, więc, zdaje się, że Rojek ma dar trafiania do ludzi z innych kultur. Parę lat temu był też bardzo popularny z Myslovitz we Francji, więc tylko pozazdrościć. Nie wiem, czy ja mam taki dar, ale wiem, że moja muzyka trafia pod różne strzechy na różnych szerokościach geograficznych. Ludzie mi donoszą, że byli gdzieś w barze w Zanzibarze albo w centrum handlowym w Dubaju i słyszeli moją płytę. To są takie miejsca, o których nigdy bym nie pomyślała. Rozumiem, że - dzięki płycie z Goranem - mogą słuchać mojej muzyki na Bałkanach albo we Francji, Włoszech czy Kanadzie, gdzie odniosłam jakiś sukces. Egzotyczne miejsca mnie zaskakują, ale być może jest to dowód na to, że muzyka to międzynarodowy język.


Wspomniała Pani o Bałkanach. Lubi tam Pani wracać?
Ludzie mnie tam pamiętają, ale to nie są moje ulubione miejsca na świecie. Bardzo przeżyłam wojnę w Jugosławii, która była tłem dla płyty „Kayah i Bregović” i tłem dla moich wczesnomacierzyńskich rozterek. Dopiero jak urodziłam dziecko zrozumiałam, czym jest pokój na ziemi. Każda wiadomość o ludzkiej bezduszności jest przenoszona na swój własny grunt, człowiek wyobraża sobie własne dziecko w takich sytuacjach i to jest bardzo bolesne.


A tęskni Pani za latami 90., które były cudowne dla polskiej muzyki?
Gorzej! Ja tęsknię za latami 70. To były czasy propagandy i życia na kredyt, więc ta Polska naprawdę wyglądała świetnie. Przynajmniej z mojej perspektywy dziecka. Dopiero lata 80. przyniosły wielki kryzys i strach, ale nawet one miały ludzką, fajną twarz. Nadal wszyscy mieli po równo, czyli g... W związku z tym nie mieli czego sobie zazdrościć. Sąsiedzi żyli razem i zawsze byli gotowi sobie pomóc - nie tak, jak teraz, gdy ludzie żyją obok siebie, nie wiedzą, kim są i nie powiedzą sobie nawet „Dzień dobry”. Ludzie w ciężkich czasach potrafili znaleźć niszę łagodności i serdeczności dla siebie. Teraz tego brakuje. Mój syn ma gry komputerowe i Facebokooka, ja miałam trzepak i było mi z tym cudownie. Nieraz ze smutkiem obserwuję wiele wirtualnych przyjaźni. Dawne czasy kojarzą mi się z czymś bardzo ludzkim i organicznym. Żyliśmy tak naprawdę. To były lata, w których doceniało się polskich artystów. Z wielką tęsknotą myślę o tym, jak w latach 70. podziwiałam Marylę Rodowicz w bananowej sukni na scenie w Opolu czy Daniela Olbrychskiego. Miałam wujka reżysera, który otaczał się artystami. Mogłam obserwować ich życie i to było naprawdę beztroskie życie. Ci ludzie po części byli świętymi krowami - nie mieli wiele więcej niż inni, ale mieli kolorowe życie. Co najważniejsze jednak - to życie nie było kręcone telefonem komórkowym, a w związku z tym nie było oceniane nieraz bardzo niesprawiedliwie.