Każde dziecko na wagę złota

Małgorzata Oberlan 29 sierpnia 2014, aktualizowano: 29-08-2014 10:11

- Byliśmy wariatami - mówią rodzice i nauczyciele z Brąchnówka, którzy 14 lat temu jako pierwsi w Kujawsko-Pomorskiem przejęli od gminy szkołę. Placówkę z pięcioosobowymi klasami prowadzą do dziś, walcząc już nie z zakusami radnych, ale demografią.

W Małej Szkole w Brąchnówku nie ma anonimowych dzieci. Klasy liczą po 5-6 uczniów

Fot.: Jacek Smarz

W sierpniowe popołudnie, gdy jeszcze pałac i przylegający do niego rozległy park nie rozbrzmiewają głosami dzieci, miejsce wygląda magicznie. „Nigdy nie będę dążyć do likwidacji tego, co służy ludziom i dzieciom w Brąchnówku” - napisała drżącą ręką w 2000 roku Maria Jeziorna, spadkobierczyni rodziny Czarlińskich, do których należał pałac. Dziś jego właścicielem jest gmina Chełmża, a użytkuje go Mała Szkoła w Brąchnówku.

Ekonomia z romantyzmem


W czerwcu tego roku placówka liczyła 17 przedszkolaków i 11 uczniów klas I-III. Kadrę szkoły tworzy trzech nauczycieli zatrudnionych na cały etat, anglistka pracująca na jedną trzecią etatu, ksiądz proboszcz z pobliskiej Grzywny (od początku prowadzi katechezę za darmo) oraz dwóch pracowników technicznych na połówkach etatów: woźna i konserwator. Po raz kolejny w historii nauczyciele zrzekli się 10 proc. swoich wynagrodzeń. - To jest wpisane w pracę tutaj - mówi spokojnie Jolanta Piotrowska, od 13 lat dyrektorka szkoły. - Przybędzie dzieci, sytuacja się poprawi, to pensje pójdą w górę.

Ona sama trafiła do Brąchnówka z Torunia, w którym nie mogła już znaleźć zatrudnienia. Dziś pracy gdzie indziej jakoś sobie nie wyobraża. W małej szkole teoretycznie wszystko działa tak, jak w dużej, tylko w innej skali. Są rady pedagogiczne, ale z udziałem czterech osób (proboszcza często zwalniają z racji obowiązków duszpasterskich). Są arkusze ocen, plany nadzoru pedagogicznego, ewaluacja nauczania - tylko w odniesieniu do kilkunastu, a nie dwustu dzieci.


- Gdy w 2000 roku, jako pionierzy w regionie, zawiązywaliśmy Wiejskie Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe „Edukacja i Przyszłość” i przejmowaliśmy szkołę, która miała być zlikwidowana, byliśmy wariatami. Nikt z nas tak naprawdę nie wiedział dokładnie, co to będzie i jak to będzie. Skakaliśmy na głęboką wodę - wspomina Janusz Iwański, prezes stowarzyszenia. - Przez te 14 lat musieliśmy nauczyć się liczyć. Nasza szkoła jest jak przedsiębiorstwo. Zasada jest prosta: nie ma dzieci - nie ma subwencji, czyli pieniędzy. Każde dziecko jest więc dla nas na wagę złota.

Ręce w górze


Przedszkole przy Małej Szkole jest bezpłatne, co zachęca rodziców. Zadaniem nauczycieli i stowarzyszenia jest przekonanie ich, by naukę w pierwszej klasie ich pociechy zaczęły w Brąchnówku.

- Zalet małej szkoły jest naprawdę mnóstwo - zapewniają rodzice Magdalena i Jacek Kudlińscy, Grażyna Jastrzębska, Małgorzata Trzpil i Hanna Matecka. - Tu indywidualne podejście do dziecka jest faktem, a nie sloganem. Jeśli pojawiają się jakieś problemy wychowawcze, to przepływ informacji na linii szkoła - rodzic jest błyskawiczny i podobnie szybkie jest szukanie rozwiązania. Nauczyciel wie o dziecku wszystko i ma dla niego czas. Nie ma obaw o bezpieczeństwo.

A wyniki nauczania? - Śledzimy losy wszystkich naszych dzieci, wyruszających stąd kontynuować naukę w szkołach w Grzywnie i Pigży. Szczegóły znamy od dyrektorów tych placówek i rodziców - mówi Jolanta Piotrowska. - Puchniemy z dumy, wspominając takich naszych uczniów jak Daria Polcyn, najlepsza absolwentka podstawówki w Grzywnie przed dwoma laty, Bartek Lewandowski, dziś student fizyki na UMK czy Lucyna Moskal, niesamowicie utalentowana humanistka pisząca opowiadania.

- Są też tacy, których nazwisk nie wymieniamy, ale też możemy mówić o naszym sukcesie. Był na przykład taki chłopiec z ostrą fobią szkolną. Brąchnówko go z tego wyleczyło. Dziś to młody przedsiębiorca - dorzuca Janusz Iwański.

Rodzice zapewniają, że nie mają obaw co do przechodzenia swoich pociech z Małej Szkoły do szkół większych. Wiedzą, ze dzieciaki się tam odnajdują. Na początku są jedynie zaskoczone tym, że tylko one trzymają na lekcjach non stop ręce w górze. W Brąchnówku każde dziecko przyzwyczaja się, że jest w centrum zainteresowania...

Z węgorzami po naukę


Siedzimy przy szkolnym stole i przeglądamy kronikę. Ewie Zalewskiej, Renacie Szelągowskiej, Zbigniewowi Sadowskiemu i Andrzejowi Talarkowi trudno uwierzyć, że minęło już 14 lat. Stworzyli stowarzyszenie, by ratować szkołę, bo sami do niej chodzili. Tu uczyły się ich dzieci. Zaangażowanie się w sprawę było dla nich pewną naturalną koleją rzeczy, choć niepozbawioną ryzyka. Ba, może nawet jakiegoś szaleństwa. W końcu, zgodnie ze statutem, każde z nich odpowiada za szkołę własnym majątkiem.

- Co nam dawało największą siłę? Chyba wyjazdy na Fora Inicjatyw Oświatowych, gdzie spotykaliśmy ludzi podobnych do siebie, a także wizyty z bliska i daleka tych, którzy chcieli się od nas nauczyć „jak zrobić małą szkołę” - uśmiecha się Janusz Iwański.
- Jedni przyjeżdżali z wędzonymi węgorzami, inni tylko z pytaniami. Każdemu doradzaliśmy. Na bazie naszych doświadczeń powstały szkoły w Świętem, Zębowie, Mlewie, Skrzypkowie - gdzieś hen w Borach Tucholskich.

Czego dzisiaj życzyć Małej Szkole w Brąchnówku? Dzieci! - Czekamy już na trzy- i czterolatki z oddziałem przedszkolnym. Mamy warunki i dobrą kadrę. Rodzicom gwarantujemy, że tu ich maluchy nie tylko będą pod właściwą opieką, ale i wiele się nauczą. Po pierwsze, bycia w grupie - podkreśla dyrektor Jolanta Piotrowska.

Szkoły zbiorowej pamięci


- Podobnych małych szkół, prowadzonych przez stowarzyszenia, nie mamy w województwie wiele. Ich finansowanie jest dziś prawdziwym wyzwaniem. Aby zamknąć budżet, takie małe placówki muszą się niesamowicie starać. Wymaga to z pewnością bardzo dobrej komunikacji w środowisku i dobrej woli wszystkich zaangażowanych w przedsięwzięcie stron - podkreśla Jolanta Metkowska, p.o. dyrektora Wydziału Rozwoju Edukacji w Kujawsko-Pomorskim Kuratorium Oświaty.

Co charakterystyczne, wiele z uratowanych przed likwidacją wiejskich szkół to placówki z ponadstuletnią historią. Bardzo często po zniszczeniu w trakcie II wojny światowej odbudowywane przez lokalną społeczność w czynie społecznym. Tak jest chociażby w przypadku szkoły w Świętem, wsi położonej między Włocławkiem a Toruniem. Pierwsza szkoła działała tutaj w latach 1897-1905 w domach uczniów. Prawdziwą siedzibę wzniesiono w 1927 roku. Gdy w 1945 roku nauczyciele wrócili do Świętego z wygnania, szkołę zastali w opłakanym stanie. Na potrzeby nauczania kupiono poniemiecki barak i przez kolejne lata - wysiłkiem nauczycieli i mieszkańców - dbano o każdy metr kwadratowy obejścia.

Czy można się dziwić, że w 2001 roku rodzice powiedzieli zdecydowane „nie” planom likwidacji placówki, zawiązali stowarzyszenie i przejęli szkołę?

Piszemy projekt za projektem


- Nasza szkoła też ucierpiała podczas wojny. W 1939 roku została właściwie zburzona i po wyzwoleniu wieś odbudowywała ją w czynie społecznym. Pamięć o tym do dziś trwa, a szkoła jest po prostu nasza. I nie ma Sierosławia bez szkoły - podkreśla z mocą Elżbieta Chróścińska, prezes Stowarzyszenia Edukacji i Rozwoju Wsi Sierosław „Razem Łatwiej”.

Malutką szkołę w gminie Drzycim (powiat świecki) stowarzyszenie prowadzi od 2012 roku. W ubiegłym roku szkolnym uczęszczało do niej 56 dzieci: przedszkolaki, zerówkowicze i uczniowie klas I-VI. Członkowie stowarzyszenia wespół z nauczycielami dwoją się i troją, by pozyskiwać dodatkowe pieniądze.

- Piszemy projekt za projektem. A wszystko to dzięki nauczycielom, bo cała ta biurokracja to wyższa szkoła jazdy - nie kryje pani prezes. - Raz się uda, raz nie. Z Urzędu Marszałkowskiego dostaliśmy 30 tysięcy złotych na indywidualizację nauczania, a czekamy jeszcze na dwie tablice interaktywne. Nie udało nam się natomiast przebić z projektem remontu boiska. Trudno... Odczekamy i będziemy wnioskować dalej.

W Sierosławiu również walczą o każde dziecko. Nie mają sali gimnastycznej, ale szkoła wygrywa konkurencję z innymi w okolicy w kategoriach atmosfera i bezpieczeństwo.

* * *

- To jest takie coś za coś. W naszej małej szkole nie ma nowoczesnych pomocy naukowych i sali gimnastycznej. Ale nie ma też anonimowych dzieci. Rodzic sam musi zdecydować, co jest ważniejsze dla jego dziecka: supersprzęt czy indywidualne podejście - kończy Magdalena Kudlińska z Brąchnówka, mama Zuzi i Joasi.