Dlaczego umarł Mateuszek?

Grażyna Ostropolska 29 sierpnia 2014, aktualizowano: 29-08-2014 09:11

- Rok śledztwa, setki przesłuchań i nadal nie wiadomo, co było przyczyną śmierci mojego trzyletniego synka - mówi Tomasz Rama i zapowiada, że nie spocznie, dopóki nie rozwikła tej mrocznej tajemnicy.

Zanim Mateuszek zachłysnął się makaronem z chińskiej zupki, był zdrowym i ruchliwym dzieckiem. Na zdjęciu bliscy dziecka: tata, mama i brat

Fot.: Tomasz Czachorowski

Ojciec Mateuszka prowadzi własne, drobiazgowe śledztwo. - Jestem pewien, że gdyby nie masa lekarskich błędów i nonszalancja urzędników, powołanych do nadzoru służby zdrowia, mój synek żyłby - mówi po roku dociekań. Wie, że nic nie zwróci życia jego dziecku, ale czuje, że ma do spełnienia społeczną misję: - Wierzę, że publiczne ujawnienie nieprawidłowości, jakie doprowadziły do śmierci mojego Mateuszka, uchroni przed podobnym losem inne dzieci. Zwykle załamani rodzice nie mają siły na dociekanie prawdy. - Ja też potwornie cierpię, ale nie dopuszczę, by sprawę

zamieciono pod dywan


i będę się domagał, by winni zaniedbań ponieśli konsekwencje - zapowiada. Na razie przykre konsekwencje tego, co Rama czyni w ramach „misji”, spadają na jego rodzinę.

- Doktor Krzysztof Motyl, który, moim zdaniem, nieprawidłowo prowadził reanimację Mateuszka, oskarżył mnie o nękanie. Ktoś podobno zapalił znicze pod jego domem, wrzucił na posesję jajko i napisał „death” (śmierć) na szybie samochodu jego córki, więc najprościej było rzucić podejrzenie na mnie - uważa Rama. Zapewnia, że to nie on był sprawcą i nie kryje oburzenia tym, że: - W kwietniu, późnym wieczorem, po żonę przyjechała policja i zabrała ją na przesłuchanie, a kolejny raz wezwano ją na komisariat w czerwcu i nie uprzedzono, że jeśli sprawa dotyczy męża, nie musi zeznawać - wspomina i konkluduje: - Nas się gnębi, a postępowanie wyjaśniające wobec lekarza umarza.


Krzysztof Motyl, dziś zastępca dyrektora ds. lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Włocławku, nie chce na temat domniemanego nękania go przez Ramę rozmawiać. - To prywatna sprawa i nie będę jej komentował - mówi.

30 lipca Marek Bronisz, okręgowy rzecznik odpowiedzialności zawodowej Bydgoskiej Izby Lekarskiej umorzył postępowanie wyjaśniające, dotyczące „nieprawidłowości w akcji reanimacyjnej, prowadzonej przez kierownika zespołu ratownictwa medycznego dr. Krzysztofa Motyla u Mateusza Ramy, u którego w dniu 25 lipca 2013 r. doszło do nagłego zatrzymania krążenia, czego następstwem był zgon dziecka, wobec faktu, że brak jest danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia czynu zabronionego”. Rodzice Mateuszka zarzucili dr. Motylowi, m.in., zaniechanie użycia defibrylatora, urządzenia, które pół roku wcześniej, gdy ich

dziecko było ponad 40 minut
w stanie śmierci klinicznej

,
skutecznie przywróciło mu krążenie. Zdarzyło się to w marcu 2013 r. 2,5-letni wówczas Mateuszek zjadł kilka suchych nitek makaronu z zupki chińskiej i stracił przytomność. Nie miał odruchu krztuszenia, ale na wszelki wypadek ojciec wziął go na ręce, odwrócił do góry nogami i kilkakrotnie uderzył w plecy. Nie pomogło. - Żona dzwoniła na 112, ale linia cały czas była zajęta, więc włożyliśmy nieprzytomnego synka do auta i zawieźliśmy do szpitala. Po drodze żona robiła mu masaż serca i sztuczne oddychanie, a ja kierowałem i bezskutecznie usiłowałem się połączyć z pogotowiem - wspomina pan Tomasz. W bydgoskim szpitalu im. Biziela po 30 minutach przywrócono dziecku krążenie, wprowadzono je w stan farmakologicznej śpiączki i uprzedzono rodziców, że mogą się spodziewać najgorszego.

- Gdy Mateuszek z tego wyszedł, lekarze mówili, że to cud - wspominają rodzice. Non stop czuwali (na zmianę) przy jego łóżku, gdy przewieziony do szpitala dziecięcego synek powoli wracał do życia. - Przeszedł tam zapalenie płuc i trzeba było mu robić bronchoskopię, czyli usunąć z płuc wydzielinę. Lekarz twierdził, że dziecko miało jeszcze makaron w płucach, ale ponieważ tej wydzieliny nie zbadano, podczas zeznań w prokuraturze już nie był tego taki pewny - zauważa Tomasz Rama. Był szczęśliwy, że miesiąc po wypadku synek wrócił do normy. Problemy zaczęły się w maju. Od ostrej gorączki, więc pogotowie znów zawiozło Mateuszka do szpitala dziecięcego. - Podano mu antybiotyk i trzeciego dnia wypisano do domu. Szkoda, że nikt nie pomyślał, by mu zajrzeć do tchawicy - zauważa ojciec. Nie bez racji, bo gdy w czerwcu Mateusz dostał chrypki i babcia pojechała z nim do lekarza, ten natychmiast skierował dziecko do szpitala z podejrzeniem zapalenia płuc.

- Synek trafił na oddział pediatryczny wojskowego szpitala, a tam lekarze wykluczyli zapalenie płuc, wykonali tomograf szyi i wykryli ziarniaka fałdu głosowego, zwężenie tchawicy i możliwą przetokę tchawiczno-przełykową jako powikłanie po intubacji. - Szkoda, że wcześniej żaden lekarz nas nie uprzedził, żetakie powikłania mogą być - ubolewają rodzice Mateuszka. Chłopiec ponownie trafia do bydgoskiego szpitala dziecięcego, gdzie lekarze stwierdzają poważne zwężenie tchawicy i podejmują decyzję o przewiezieniu dziecka na operację krtani

do Poznania.


Zanim to nastąpi, chłopczyk zaczyna się dusić, więc lekarze w obawie o jego życie robią mu tracheotomię. - To były trzy operacje i do każdej dziecko było znieczulane. Pierwszy zabieg lekarz przeprowadził o 17.00, kolejny o 22.30, bo trzeba było zmienić położenie rurki, a następnego dnia o 10.00 znów trzeba było robić poprawkę, bo stan dziecka był zły - wspominają rodzice. Długo czekali na karetkę, a gdy w końcu dowieziono Mateuszka do poznańskiego szpitala, trafił na salę operacyjną z rozpoznaniem... odmy. - Założono mu dren do płuc, a gdy go wyjęto i zrobiono RTG, wszystko było było dobrze - wspominają państwo Ramowie. Po tygodniu Mateusz wrócił do domu. Nadal miał w gardle rurkę po tracheotomii, którą trzeba było czyścić. Do Poznania na kontrolę miał pojechać za 6 tygodni. Nie zdążył, bo 25 lipca 2013 r. zmarł. Był z babcią, gdy nagle stracił przytomność. Kobieta zadzwoniła do matki chłopca, a ta na pogotowie, które pojawiło się po 6 minutach. Po trwającej 50 minut akcji reanimacyjnej lekarz stwierdził zgon.

- Robiono Mateuszkowi masaż serca, wentylowano płuca i po ok. 25 min. podano zastrzyk, po którym spuchł. Pielęgniarka, która go podała, spytała, czy dziecko było na coś uczulone - relacjonują rodzice, którzy pojawili się na miejscu tuż za pogotowiem. Mają zdjęcia opuchniętego dziecka i zeznania ratowników, którzy tę opuchliznę widzieli.„Biegłym nie są znane przypadki, aby w trakcie reanimacji, podczas której nie stwierdza się żadnych czynności życiowych, mogło dojść do powstania obrzęków, bo w chwili zgonu znikają wszystkie mechanizmy związane z reakcjami organizmu na bodźce” - na tę opinię biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej CK UMK w Toruniu powołują się rodzice Mateuszka, składając w izbie lekarskiej zażalenie na umorzenie postępowania.

- Pielęgniarka twierdzi, że dała dziecku zastrzyk z adrenaliny, ale nie ma żadnego dowodu na to, że nie pomyliła leku, a Mateuszek był, jak poprzednim razem, w stanie śmierci klinicznej i zmarł z wyziębienia dopiero w chłodni - sugerują rodzice.
„Żadne dane nie wskazują na możliwość wychłodzenia ciała jako przyczyny zgonu” - twierdzą autorzy „Opinii sądowo-lekarskiej”, przygotowanej dla prokuratury, a biegła Grażyna Skotnicka-Klonowicz, powołana przez izbę lekarską, wywodzi, że sugestie jakoby dziecku podano inny lek niż adrenalinę, są bezpodstawne, bo „brak na to jakichkolwiek obiektywnych dowodów, np. opakowania po innym leku”. Neguje też twierdzenie rodziców dziecka jakoby

użycie defibrylatora


mogło dziecko ożywić. „Działania podjęte przez zespół dr. Krzysztofa Motyla były zgodne z obowiązującymi wytycznymi, a odstąpienie od defibrylacji zasadne ze względu na obecną asystolię” - twierdzi biegła i ocenia, że „śmierć Mateuszka była wynikiem niepomyślnego zbiegu okoliczności, wynikających z wcześniejszych wydarzeń, a nie resuscytacji, prowadzonej przez dr. Motyla”. Rodzice Mateuszka nie zgadzają się z tym. Zarzucają lekarzowi, że nie użył ssaka, by udrożnić drogi oddechowe dziecka i nie podał mu tlenu, bo go... zabrakło, czemu ekipa z pogotowia zaprzecza.

- Trzy osoby z mojej rodziny słyszały, jak ratownik mówił, że tlen się skończył, a to znaczy, że lekarz zaniedbał obowiązek sprawdzenia butli - uważa Tomasz Rama. Ma pretensje do K. Motyla, bo gdy prosił, by lekarz użył defibrylatora, który już raz uratował Mateuszkowi życie, ten nie widział takiej potrzeby. - Mam wrażenie graniczące z pewnością, że nie uczyniono wszystkiego, co możliwe, by reanimacja była skuteczna i uważam, że to, co się wokół śmierci Mateuszka dzieje, nie prowadzi do jej wyjaśnienia, lecz do rozmycia odpowiedzialności - twierdzi Rama. Prokuratura przesłuchała w tej sprawie świadków z wszystkich szpitali, w których leczono Mateuszka, teraz czeka na opinię biegłych z Łodzi.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 27-03-2018 15:04

    Oceniono 1 raz 1 0

    - zszokowany, pomimo że sprawa nieaktualna: Jestem w szoku! Tragedia się stała, a opieka zdrowotna zawiodła!. Przecież ta rodzina wymaga wsparcia psychicznego, a może i nawet leczenia. W żalu wymyślają dziwne teorie, bezpodstawnie oskarżają niewinnych ludzi. Jak można defibrylować asystolię? Filmów się naoglądali biedni ludzie i teraz wychodzą takie rzeczy. Pielęgniarka podała zły lek? Opakowanie po adrenalinie, ale podała inny? Jaki? Skąd te domysły? Jeśli dziecko miało przytkane drogi oddechowe naroślą to jak odessać? Drażniąc tkanki ssakiem powoduje się ich opuchnięcie i zwężenie dróg oddechowych, czyli pogorszenie i tak tragicznego stanu chłopca.

    Odpowiedz