Toskania dla początkujących

Ewa Czarnowska-Woźniak 22 sierpnia 2014

Czy warto pojechać do Florencji, skoro opuszczając ją, czuje się przede wszystkim... ulgę? Nieustająca okupacja turystów, upał, drożyzna dotyczą zresztą całego, pocztówkowego, regionu Włoch. Każdy go może jednak tanio oswoić.

Gaje oliwne, winnice - po takie obrazki trzeba ruszyć na południe od zatłoczonej Florencji.

Fot.: Martyna Woźniak

Zajmująca starą lukkiańską rezydencję Maria Bandoni, o której burzliwym życiu powstało już kilka artykułów, mieszka we Włoszech od 1978 roku. Tomek Tryba, nazywany przez sympatyków „samozwańczym królem Toskanii”, jest tam od 1996 roku, tu urodził się jego syn Jasiek. I wreszcie para autorów niezwykłego, bardzo subiektywnego przewodnika po regionie - Anna Maria Goławska i Grzegorz Lindenberg, przyjeżdżąca tu od lat ponad dziesięciu, czasem zresztą kilka razy do roku. Możecie nie znać języka, mieć mały budżet i nie wiedzieć nic o okolicy - i możecie im zaufać. Będą Waszymi cicerone, poprowadzą po miejscach, dla których pokochacie Toskanię.

Nie wcześniej niż we wrześniu


- Toskania ma wielką zaletę. Jeśli wbije się w ziemię gwóźdź i sznurkiem długości 50 km opisze wokół niego koło, to wewnątrz tego koła znajdzie się wszystko - to motto mieszkającego pod Certaldo Tomka Tryby.


Trudno nie przyznać mu racji. Trzeba jednak sobie od razu postanowić, czego w Toskanii szukamy. I wiedzieć, że podczas jednego czy dwóch pobytów nie zobaczymy ani nie doświadczymy wszystkiego. Bo jeśli będziemy oczekiwać pocztówkowych obrazków winnic i gajów oliwnych, powinniśmy ruszyć na południe, w kierunku Chianti Classico - rejonu położonego między Florencją a Sieną.

Wspomniana para autorów przewodnika podpowiada jednak, by w tym celu wybrać się jeszcze dalej, w stronę Umbrii, pozostawiając Chianti miłośnikom wina (tego taniego, masowego i tego słynnego, Brunello di Montalcino, po kilkadziesiąt euro za butelkę).
Ważniejszą wskazówką dla początkujących miłośników Toskanii, jest termin wyjazdu. Największym błędem, jaki może popełnić ekonomiczny, podróżujący autem turysta, jest wyjazd w sierpniu. To tradycyjny miesiąc wakacyjny Włochów, wtedy też z przyczepami na południe ruszają Skandynawowie, zapychając do granic absurdu wszystkie autostrady (a nikt tam z tego powodu nie zrezygnuje z poboru opłat). Znawcy tematu są przekonani: - Włochy? Nie wcześniej niż we wrześniu!

Nie jest to, na pewno, propozycja dla rodzin z dziećmi w wieku szkolnym, ale może w ogóle warto się zastanowić, czy pchać się z młodymi potomkami do Toskanii i okolic w czasie wakacji. Kawałek wybrzeża, wody i pizzy można znaleźć w innej części Europy, ten jej zakątek przeznaczony jest wszak dla tych, którzy cenią sztukę wysoką oraz wolą dojrzewające szynkę i sery od mdłego kurczaka.
Jesień w Toskanii jest, przede wszystkim, tańsza. Spadają ceny apartamentów wakacyjnych, spadają słupek rtęci na termometrze i liczba Japończyków na piazzach.

Nieuchronna Florencja


W upalne dni po Florencji, Sienie czy Lucce trudno się poruszać. Najgorsze pod tym względem jest, oczywiście, Firenze, gdzie bezpłatne wejście do zjawiskowej katedry (duomo) Santa Maria del Fiore trzeba okupić staniem w upale w kilometrowych kolejkach. Nie lepiej jest z płatnym dostaniem się na galerię wielkiej, budowanej 142 lata, kopuły Brunelleschiego. Z dużym wyprzedzeniem trzeba też kupować (drogie) bilety wstępu do jednej z najważniejszych galerii świata, Uffizi, a potem snuć się krok po kroku w pozbawionych powietrza kilometrach sal z ekspozycjami dzieł z podręcznika historii sztuki.

A przecież to dopiero początek. Santa Croce z grobowcami Galileusza i Michała Anioła. Ponte Vecchio. San Marco z peleryną Savonaroli. Palazzo Pitti z Ogrodami Boboli. I dziesiątki innych, które trzeba od razu... skreślić z listy rzeczy do zobaczenia, jeśli wybieramy się do kolebki renesansu na dzień.

Dobrym pomysłem może być w tej sytuacji nocleg. Zapomnijmy jednak o przyjeździe tu samochodem (i tak nie znajdziemy wolnego miejsca do parkowania i będziemy musieli zostawić auto w drogich miejskich garażach), skorzystajmy z dobrze rozwiniętej i niedrogiej sieci kolejowej - pociąg dowiezie nas do centralnie położonej stacji Santa Maria Novella, skąd wszędzie jest blisko. Przy odrobinie zapobiegliwości, możemy znaleźć tani nocleg w ścisłym centrum (trafiłam na taki na portalu Tripadvisor. Tuż obok Kaplicy Medyceuszy: Corte dei Medici - klimatyzowany, wytłumiony, z bogatym, jak na standardy włoskie, śniadaniem). Już wczesnym wieczorem Piazza del Duomo się wycisza, nikt się donikąd nie spieszy i Florencja odkrywa przed nami swoje uroki. Pomijając czarnoskórych sprzedawców tandety, dla których właśnie wieczorem zaczyna się dzień targowy w największym muzeum świata.

Daleko od drogi


Podobny rozsądek trzeba zachować przy planowaniu całej podróży po Toskanii. Oprócz wspomnianych miast, zwyczaj i przewodniki „każą” ruszyć do San Gimignano, nazywanego średniowiecznym Manhattanem, gdzie swoją lodziarnię mają wielokrotni mistrzowie świata. Każą odwiedzić Vinci (wiadomo dlaczego), podpowiadają Volterrę, słynną nie tylko z alabastru, ale i filmowej realizacji sagi „Zmierzch” (Volturi wzięli się właśnie stąd).

I wszędzie tam zderzycie się latem z tłumem. Wybór atrakcji należy do Was. Nieocenione mogą więc stać się sugestie włoskich polonusów, zawsze chętnych do podpowiedzenia, gdzie tanio, smacznie i prawdziwie po toskańsku zjeść, dokąd pojechać, by odkryć nieodkryte. To signora Bandoni w tym roku opowiedziała nam o położonej w Alpach Apuańskich Bardze, z plątaniną pustych, wąskich, wypełnionych galeryjkami i antykwariatami uliczek, wijących się w kierunku potężnej, romańskiej katedry San Cristoforo (ze świętym z maczugą na głównym ołtarzu!). I o zachwycającej, puściutkiej Pietrasancie, średniowiecznym miasteczku ulubionym przez współczesnych rzeźbiarzy (w tym Igora Mitoraja) i... Roberta Kubicę. I nie tylko...

Nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, nie trzeba znać języka. Trochę otwartości, skorzystanie z wiedzy przyjaznych ludzi, których adresy bez trudu znajdziecie w Internecie. Samodzielny wypad do pełnej różnorodnych wrażeń Toskanii (nieobecnej zresztą w klasycznej ofercie biur podróży) będzie Was kosztował tyle, co spędzenie 2 tygodni w plastikowym, greckim czy tureckim hotelu molochu.