Gdy umiera mózg... [WYWIAD]

Tomasz Bielicki 22 sierpnia 2014

„Jeśli się coś stanie, to dzwonię. Wykonanie takiego telefonu jest dla mnie zawsze przeżyciem, mimo iż w szpitalu pracuję już 25 lat. Dzwonię o godz. 3 w nocy, w południe... „Mam dla pana złe wiadomości.. . Pana mama umarła...”. Nie będę opowiadał, co słyszę w tej słuchawce”.

Grzegorz Wójcik, lekarz specjalista anestezjolog, podczas znieczulania jednego z pacjentów

Fot.: Sławomir Kowalski

Rozmowa z lekarzem, specjalistą anestezjologiem GRZEGORZEM WÓJCIKIEM, pełniącym obowiązki zastępcy ordynatora Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Toruniu.



Kilka tygodni temu za sprawą 17-latka z Wrocławia, którego matka nie chciała zgodzić się na odłączenie syna od respiratora, sporo mówiło się w mediach o transplantacji, a także o śmierci mózgu, z której nie ma już powrotu do choćby namiastki normalnego życia. Jej stwierdzenie pozwala lekarzom na zaprzestanie leczenia. Pan w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym wchodzi w skład zespołu, który stwierdza śmierć mózgu...
W składzie komisji orzekającej o śmierci mózgu zawsze musi być trzech lekarzy specjalistów. W naszym szpitalu zazwyczaj są to: specjalista anestezjologii i intensywnej terapii, neurolog oraz specjalista chorób wewnętrznych. To orzeczenie jest o tyle ważne, że pacjenci, u których ją stwierdzono, są potencjalnymi dawcami narządów, które mogą jeszcze uratować komuś życie. Podczas badania pnia mózgu nie może pojawić się nawet cień podejrzenia, że do śmierci mózgu nie doszło. Właśnie dlatego przeprowadza się dwie identyczne serie badań w odstępach sześcio- lub dwunastogodzinnych.


Na czym konkretnie polegają?
To głównie proste neurologiczne badanie fizykalne. Ma pokazać, czy mózg, a w zasadzie jego pień odpowiedzialny za podstawowe funkcje życiowe, wciąż jest żywy. Sprzęt, który się do tego używa, nie jest zbyt skomplikowany. To np. młotek neurologiczny, latarka, zwykła strzykawka, którą wstrzykujemy pacjentowi do ucha zimną wodę.


Po co?
Aby zobaczyć, czy spowoduje to reakcję gałek ocznych. U zdrowego człowieka wywoła oczopląs. U człowieka w stanie śmierci pnia mózgu takiego odruchu już nie ma. Kolejne z badań polega na podrażnieniu śluzówki tchawicy za pomocą cewnika. Żaden człowiek nie jest w stanie wytrzymać takiego bodźca bez reakcji. Ważna jest także reakcja źrenic na światło latarki. Muszą być szerokie i symetryczne. Jeśli mamy anizokorię, czyli jedna jest szersza od drugiej, przerywamy badanie. To znak, że pień mózgu wciąż jeszcze funkcjonuje. Zabezpieczeń na to, aby nikt nie podjął błędnej decyzji, jest naprawdę sporo. Kiedy stan pacjenta nie pozwala na przeprowadzenie takich badań - np. po ciężkim urazie twarzoczaszki - posługujemy się skomplikowaną aparaturą medyczną, badającą np. przepływ krwi w naczyniach mózgowych.


Niektórzy twierdzą, że nie ma czegoś takiego jak śmierć mózgu...
Niektórzy twierdzą, że Ziemia jest płaska. Wolno im w to wierzyć.


Sam termin „śmierć mózgu” pojawił się stosunkowo niedawno...
Około 20 lat temu, gdy zaczęło się więcej mówić o pobieraniu narządów do transplantacji. Pojawiło się zapotrzebowanie na przeszczepy, a więc i na dawców. Zwiększyło się zainteresowanie społeczne. Ludzie zaczęli pytać: „Dlaczego pobraliście narządy mojemu 20-letniemu synowi, który jechał motorem i uderzył w drzewo?”. Pojawiały się też pytania typu: „Dlaczego nie przeszczepiacie nerki mojemu mężowi, który od 20 lat jest dializowany i cierpi na postępującą niewydolność tego organu?”.
W filmowej wersji umierania jest tak, że pacjent leży na stole operacyjnym. Nagle przestaje bić mu serce i przestaje oddychać.


Co wtedy?
Zaczynamy resuscytację, która może zakończyć się sukcesem, czyli przywróceniem pacjentowi świadomości; niepowiedzeniem, czyli śmiercią lub stanem wegetatywnym, czyli powrotem krążenia i oddychania bez powrotu świadomości.


Jakie zmiany zachodzą w organizmie, jeśli resuscytacja się nie uda?
Następuje stopniowe, ale szybkie obumieranie komórek ośrodkowego układu nerwowego. To właśnie one są najbardziej wyczulone na brak tlenu. Mamy od 4 do 8 minut na podjęcie skutecznych działań resuscytacji, aby to powstrzymać. Nowe techniki - jak np. kontrolowana hipotermia - pozwalają ten czas wydłużyć. Od pewnego czasu wspólnie z kardiologami zaczęliśmy wykorzystywać te możliwości u nas w szpitalu.


Co dzieje się później?
Kolejne ośrodki centralnego układu nerwowego zaczynają obumierać. W pierwszej kolejności te najbardziej wyspecjalizowane, które najpóźniej wykształciliśmy w procesie ewolucji: zdolność kojarzenie, mowa, zachowania społeczne, emocje... Im bardziej są one energochłonne i zależne od nieprzerwanego dostępu do glukozy i tlenu, tym szybciej przestaną funkcjonować. Im dłużej trwa przerwa w krążeniu i oddychaniu, tym większe spustoszenia powstaną w mózgu.


A co z pozostałymi organami?
Czas ich obumierania można liczyć w godzinach. Nie zapomnijmy jednak, że wszystko jest uzależnione od stanu pacjenta.


Jak to wygląda przy klasycznym zdrowym trzydziestolatku?
Mamy od 4 do 8 godzin na przeszczepienie serca, od 6 do 8 godzin na płuca, od 8 do 12 godzin na wątrobę i aż od 30 do 40 godzin na nerki, które są obecnie najczęściej przeszczepianym narządem. Każdy dawca ma dwie nerki, a więc daje życie dwóm pacjentom.


Czy podczas zatrzymania akcji serca i ustania oddychania pacjenci coś czują albo słyszą?
Pewnie nic nie czują. Nie wiem. Powiem panu za to, że relacje o tunelu pełnym światła wcale nie są pozbawione sensu. Są teorie wskazujące, że właśnie tak może być. I nie trzeba w tym szukać żadnej metafizyki. Wystarczy niedokrwienie mózgu, które może powodować świetliste smugi przed oczami. To wcale nie jest takie nieprawdopodobne.


Zdarzały się Panu sytuacje, w których pacjenci po bardzo długim niedotlenieniu, jakimś cudem wracali jednak do życia?
Tak, ale są to bardzo rzadkie przypadki, z pogranicza cudu. A jeśli są cuda, to zdarzają się najczęściej na intensywnej terapii. Nigdy jednak nie zdarzył się przypadek fałszywego stwierdzenia śmierci mózgu. Rodzinom pacjentów, które do mnie przychodzą na oddział i pytają: „Panie doktorze, co będzie?”, odpowiadam zawsze to samo: „Nie wiem. Trzeba czekać”. I to jest zgodne z prawdą. Mogę czasem nie powiedzieć pełnej prawdy pacjentowi, ale nigdy nie jego rodzinie. Za każdym razem biorę od niej numer telefonu. I jeśli się coś stanie, to dzwonię. Wykonanie takiego telefonu jest dla mnie zawsze przeżyciem, mimo iż w szpitalu pracuję już 25 lat. Dzwonię o godz. 3 w nocy, w południe... „Mam dla Pana złe wiadomości. Pana mama umarła...”. Nie będę opowiadał, co słyszę w tej słuchawce.


Kiedy zapada ostateczna decyzja o zakończeniu reanimacji?
Przeciętnie reanimacja trwa około pół godziny. Szpitalny pacjent, któremu - mówiąc naszym żargonem - zatrzymuje się serce, jest paradoksalnie w dość dobrej sytuacji. Jest podłączony do monitorów, ma wkłucie dożylne, leki leżą obok w szafce... Można natychmiast przystąpić do resuscytacji.


Ile trwa maksymalnie?
Moja najdłuższa resuscytacja trwała około półtorej godziny. Jeśli co jakiś czas na monitorze pojawi się migotanie komór, wtedy wciąż próbujemy. Nie ma ograniczeń. Schematy dawkowania leków i innych działań szczegółowo określają międzynarodowe wytyczne resuscytacji.


Wróćmy do kwestii dotyczących informowania rodziny o śmierci bliskiej osoby. Studenci akademii medycznych są przygotowywani do takich sytuacji?
Sądzę, że nikt tego nie potrafi po studiach.


Co Pan czuje w tych momentach, gdy pacjent - mimo tych wszystkich prób ratowania jego życia - umiera? Gorycz, rozczarowanie, złość...?
Takie uczucia zawsze się pojawiają. Gorycz również. Po kilkunastu latach to uczucie dominuje. Zawsze zastanawiam się, czy można było jeszcze coś zrobić, coś zmienić? Stwierdzając zgon, jeszcze raz badam ciało swojego pacjenta. Sprawdzam, osłuchuję, patrzę na niego... To nie jest dla mnie łatwe.

TECZKA OSOBOWA


Anastezjologia, kino, muzyka i żeglarstwo

Grzegorz Wójcik (54 l.) jest szpitalnym koordynatorem do spraw transplantacji współpracującym
z Poltransplantem.

Ukończył Akademię Medyczną w Gdańsku. Z Wojewódzkim Szpitalem Zespolonym w Toruniu związał się w 1988 roku.
Przez wiele lat jeździł w karetce jako lekarz pogotowia.

Mieszka w Toruniu. Ma dwoje dzieci. Hobby - słuchanie muzyki, oglądanie filmów oraz żeglarstwo.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 04-08-2017 02:25

    Brak ocen 0 0

    - Córka...: Poznałam Dr Wójcika osobiście. Uratował mojego Tatę na Oddziale Intensywnej Terapii i będę mu wdzięczna do końca życia!!! To nie tylko bardzo dobry lekarz, ale przede wszystkim wspaniały CZŁOWIEK... Te słowa w artykule to nie rytunowa szpitalna regułka tylko życiowa prawda. Takiego lekarza trzeba szukać ze świecą. Doktor z empatią czego nigdy nie powiem o lekarzach "za szklanych drzwi" czyli pseudo lekarzy z chirurgii, których nonszalancja kiedyś zgubi... a o przysiędze Hipokratesa dawno zapomnieli !!!

    Odpowiedz

  2. 17-06-2016 21:56

    Brak ocen 0 0

    - Magda: Dr.Wójcik świetny lekarz i wspaniały człowiek.

    Odpowiedz