Batumi - gruzińskie Las Vegas

Krzysztof Błażejewski 22 sierpnia 2014

Dziś nie ma tu już herbacianych pól, o których pół wieku temu śpiewały Filipinki. Są za to liczne kasyna, w których fortunę tracą bogaci muzułmanie. Przyjeżdżają tu po kryjomu, bowiem w ich krajach hazard jest zakazany.

Na zdjęciu - budowane właśnie przy nadmorskiej promenadzie bliźniacze wielopiętrowe, efektownie zaprojektowane hotele.

Fot.: Krzysztof Błażejewski

Batumi musi olśniewać przybyszów rozpoczynających poznawanie miasta od ścisłego centrum i nadmorskiej promenady. Niezwykle efektowne i oryginalne budynki przyciągają wzrok. Szczególnie nocą, kiedy są bajecznie kolorowo podświetlone. Hotele z Radissonem Blu na czele, budynki o niezwykłych, fantazyjnych kształtach, ogromny zegar astronomiczny, tańczące fontanny, diabelski młyn, Partenon, dom stojący ukosem na własnym dachu, wieża alfabetu gruzińskiego, latarnia morska, niezwykłe pomniki... Dopiero po dłuższej chwili zachwytu zaczynam czuć się trochę jak w Disneylandzie. Przecież tak naprawdę to kicz goni tutaj kicz.


Ten reprezentacyjny dawny kurort sowieckiej Gruzji tak przeobraził w ostatnich kilku latach były prezydent tego kraju, Michaił Saakaszwili. To on postanowił z Batumi uczynić Las Vegas Bliskiego Wschodu. To za jego sprawą w miasto wpompowano w ostatnich siedmiu latach miliony dolarów. To jego pomysłem był symulujący wydęte żagle budynek Pałacu Ślubów na promenadzie, gdzie - wzorem amerykańskiego Las Vegas - można zawrzeć małżeństwo w ciągu piętnastu minut.

Wystarczy jednak skręcić z promenady pomiędzy pobliskie bloki mieszkalne, by ujrzeć inne oblicze Batumi. To, co można tam wypatrzyć, woła o pomstę dla nieba. Mocne wszak słowo „chlew” jest stanowczo zbyt łagodnym określeniem wobec tego, jaki brud i bałagan panują w tym kurorcie o światowych aspiracjach. Wszędzie pełno śmieci, które mieszkańcy bez żenady rzucają na ulice i podwórka.

Wejścia do bloków często nie mają drzwi, towarzyszą im byle jak sklecone drewniane budki na trawnikach, wszędzi wisi pranie, linki biegną do specjalnie w tym celu ustawionych między blokami słupów. Część balkonów zbudowana została sposobem gospodarczym, a każdy jest z innej parafii i załadowany po brzegi gratami. Wydaje się, że za moment spadnie na głowy przechodniów. Przez bliskość wysokich gór wilgotność powietrza porównywalna jest tutaj z tą w Indiach - człowiek nieustannie się oblewa potem. Pranie może zatem wysuszyć wyłącznie wiatr, więc girlandy ciuchów na zewnątrz domów to konieczność, ale i wizualny koszmar.

Między blokami samochody, samochody, i jeszcze raz samochody. Jak na szrocie albo złomowisku. Większość z otartą karoserią, połowa z pękniętymi szybami i wgniecionymi blachami, część bez zderzaków, a wszystkie koszmarnie brudne i zapylone. Tu nikt się stanem pojazdu nie przejmuje, dopóki samochód jeździ. Praktycznie każdego stać na zachodnie przechodzone auto. Na ulicach panuje zatem tłok, a że każdy Gruzin ma w sobie duszę wojownika - dżygita, przejście przez ulicę, nawet na pasach - przy zielonym świetle i nieustającej kakofonii klaksonów - jest dla Europejczyka mocnym doświadczeniem.

Nadciągają Rosjanie


Tak naprawdę jednak to Gruzinów w Batumi jest mniejszość. Zwłaszcza latem, kiedy do tego miasta (wielkości mniej wiecej naszego Inowrocławia) przyjeżdża w ciągu dwóch miesięcy ponad milion wczasowiczów i turystów.

- 30 czerwca jest jeszcze sennie i pusto - mówi mieszkająca tu od lat Polka Alina. - Następnego dnia korki na dojazdowych szosach sięgają kilkunastu kilometrów, a nad lotniskiem co chwilę pojawia się samolot. To nadciągają Rosjanie. U nich zachował się zwyczaj zawieszania latem na miesiąc działalności przedsiębiorstw i instytucji i zbiorowe wysyłanie wszystkich pracowników na urlop w jednym czasie. 1 września każdego roku robi się znów pusto...

Rosjan w Batumi widać na każdym kroku. Wypełniają miejscowe plaże, oblegają budki i knajpki przy promenadzie, wylegują się albo śpią na trawnikach. I namiętnie fotografują się na tle miejscowych atrakcji. Rosyjski jest tu absolutnie numerem jeden wśród słyszalnych języków. Wszystkie nadmorskie atrakcje, w tym przejażdżki niezliczonymi stateczkami po porcie, zapowiadane są wyłącznie po rosyjsku.

Dla Rosjan Batumi to wciąż magiczne miejsce. Jak Odessa, jak Jałta, jak Soczi. Wciąż jeszcze nie wyrośli z marzeń o wielkości Rosji postrzeganej jako światowe imperium. I mimo iż plaża tu jest fatalna, wyłącznie kamienista, ostra, po której trudno się poruszać, mimo iż morze cuchnie ropą, to dla nich to wciąż jest kultowe miejsce.

Islamscy hipokryci


Z innego powodu ściągają do Batumi muzułmanie, zwłaszcza z pobliskiego Azerbejdżanu i Iranu. Ich wabią kasyna. W swoich ojczyznach hazardowi oddawać się nie mogą, jest tam ściśle zakazany. Tu, pod osłoną nocy, reguły islamu przegrywają jednak z ludzkimi namiętnościami.

- Zawsze kiedy kończy się ramadan, miesiąc postu, wszystkie hotele i pensjonaty w Batumi i okolicach, nawet w promieniu kilkunastu kilometrów, są przepełnione - dodaje Alina. - Szejkowie i emirowie szaleją w kasynach, a ich żony idą w tym czasie na zakupy. Do znanych firmowych sklepów, których tu nie brakuje, zwłaszcza do jubilerów. Oczywiście anonimowo.
Polakom czarnomorski kurort Gruzji kojarzy się przede wszystkim z herbatą, o której śpiewały Filipinki. Jednak obecnie zarówno w samym Batumi, jak i w jego okolicach herbaty nikt już nie uprawia.

Na batumskiej promenadzie Giorgio, z włoska tytułujący się stary Gruzin, używający zapewne kolejnego wariantu imienia Georgi, dosiada się na ławce. Rozpoznaje polski język, włącza się do rozmowy. Najpierw próbuje po angielsku, potem przechodzi na rosyjski.

- I my, i wy nie lubimy tego języka, wiem - mówi. - Ale musimy nim mówić, nie mamy wyjścia.

Pytam Giorgia, co się stało z miejscową herbatą. Mówię, że przed laty w Polsce było jej w bród, a teraz nie ma wcale.
- Kiedyś cały Związek Radziecki był zasypany gruzińską herbatą. Uprawiano ją w okolicach Batumi masowo, a do zbiorów wykorzystywano traktory. Było ze sto herbacianych kombinatów. Przez to herbata ta była kiepska i zaśmiecona. Kiedy rozleciał się ZSRR i powstał wolny rynek, nikt już nie chciał naszej herbaty. No i zaorali całe pola. Teraz zostały już tylko dwa zakłady i jak na całym świecie zbiera się liście ręcznie. Ale już nikt nie chce kupować gruzińskiego czaju - dodaje z nutką żalu.
Dziś herbata rośnie jeszcze na górskich plantacjach kilkadziesiąt kilometrów od Batumi, ale już za turecką granicą. W sklepach w Gruzji króluje „czaj” z Chin i Cejlonu, a miejscowa herbata, tylko jednego czy dwóch gatunków, zajmuje miejsce na najniższych półkach i kupują ja wyłącznie turyści.

Jednak piosenka Filipinek, u nas praktycznie zapomniana, w Batumi pozostaje jednym z sentymentalnych przebojów. Można ją usłyszeć w restauracyjkach, szczególnie wówczas, kiedy obsługa rozpozna, że właśnie przyszli na kolację Polacy.
- Zawsze będziemy pamiętać waszego prezydenta - dodaje Giorgio. - Wiem, że różnie go oceniacie, że wielu Polaków go nie lubi. Ale dla nas zawsze pozostanie tym, który przyjechał do Tbilisi podczas wojny z Rosją, przywiózł innych prezydentów i to dzięki niemu Rosjanie zgodzili się na rozejm, bo się przestraszyli umiędzynarodowienia konfliktu. Dlatego w Tbilisi ma swój pomnik. A tam - wskazuje na promenadę - tam dalej jest ulica Marii i Lecha Kaczyńskich.

Będąc w Batumi, nie sposób nie obejrzeć słynnej na cały świat fontanny Chacha Tower, wzniesionej kosztem pół miliona dolarów. Słynnej nie przez efektowną, 25-metrową konstrukcję ani oryginalne, barwne podświetlenie, ale przez to, że po jej uruchomieniu przed kilkoma laty tryskała... czaczą, gruzińskim bimbrem. Nie stale, tylko raz w tygodniu i to przez kwadrans. Był to kolejny oryginalny pomysł prezydenta Saakaszwilego. By zapewnić prawidłowe funkcjonowanie, u podnóża fontanny zainstalowano specjalną instalację z dozownikiem. Miała to być promocja gruzińskiego samogonu z winogron, bardzo tu popularnego, o mocy sięgającej nawet 62 proc.

W Batumi o Bydgoszczy


Tym razem to ja zagaduję siedzącego na ławce przy fontannie Gruzina. Chcę się dowiedzieć, dlaczego z fontanny już nie płynie wódka.

- To był głupi pomysł - uważa Juri. - Mało kto mógł się dostać do fontanny, kiedy płynęła czacza, bo pół miasta się zbiegało na ten czas i wszyscy z wiadrami oblegali wieżę. Były stale awantury, przepychanki. Jak Saakaszwilego odsunęli od władzy, to i czaczę przestali puszczać. Ale, ale, przecież mówiłeś, że jesteś z Polski. To musiałeś słyszeć, że u was kiedyś piwo leciało z kranów. W takim mieście, jak się ono nazywało... O, wiem, w Bydgoszczy!

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 22-08-2014 23:36

    Oceniono 2 razy 2 0

    - turystka: Pokazujecie tylko jedną strone batumi. Niestety, w niedalekiej odległości od tych wiezowców są potężne osiedla slumsów, jakich nie widziałam w żadnym kraju Europy. Wprawdzie Gruzja leży w Azji, ale w takiej bliskiej , przyeuropejskiej.

    Odpowiedz