Tusk nie ucieknie do Brukseli [WYWIAD]

Przemysław Łuczak 14 sierpnia 2014, aktualizowano: 14-08-2014 12:37

„Hegemonia ugrupowań prawicowych, która rozpoczęła się mniej więcej od 2005 r., dobiega końca. Polska scena polityczna wchodzi w okres przejściowy, który poprzez bardzo prawdopodobną klęskę Platformy, ewentualny sukces wyborczy PiS i rządy tej partii z koalicjantami lub bez nich, zakończy się kompromitacją całej prawicy”.

Fot.: red

Rozmowa z politologiem profesorem KAZIMIERZEM KIKIEM.



Czy stoimy przed zasadniczą zmianą w układzie sił politycznych w Polsce?
To, co się teraz dzieje, wskazuje raczej na głębokie perturbacje niż jakąś znaczącą zmianę układu sił. PiS nie jest bowiem alternatywą dla PO, a główny spór w istocie toczy się pomiędzy prawicą a prawicą. Ale hegemonia ugrupowań prawicowych, która rozpoczęła się mniej więcej od 2005 r., dobiega końca. Polska scena polityczna wchodzi w okres przejściowy, który poprzez bardzo prawdopodobną klęskę Platformy, ewentualny sukces wyborczy PiS i rządy tej partii z koalicjantami lub bez nich, zakończy się kompromitacją całej prawicy.


Jak długo może to potrwać?
Trudno powiedzieć. PiS jest partią radykalną i wszystko będzie zależało od poziomu frustracji społecznych, które stopniowo narastają. Objawia się to zniechęceniem do polityki, malejącą frekwencją wyborczą oraz nasileniem tendencji antyestablishmentowych, czyli niechęcią do wszystkich partii politycznych bez wyjątku. Ewentualny rząd PiS będzie miał jeszcze niższy poziom reprezentatywności niż obecna ekipa. Załóżmy, że PiS wygra, uzyskując 40-41 proc. głosów, ale głosować pójdzie tylko 45 proc. uprawnionych. To będzie oznaczać, że nawet gdyby PiS rządziło samodzielnie, to w istocie reprezentowałby tylko 20 proc. wyborców. Dla porównania, rząd PO i PSL reprezentuje 25 proc. uprawnionych do głosowania. Możemy więc mieć niedługo do czynienia z coraz niższą reprezentatywnością parlamentu i rządu - z jednej strony, z drugiej natomiast - z aspiracjami radykalnego PiS do przewrócenia wszystkiego do góry nogami. Właśnie ryzyko, że taka próba zostanie przez PiS mimo wszystko podjęta, niesie w sobie perspektywę zwrotu. W takiej sytuacji ogromna większość Polaków może skupić się wokół prezydenta, gdzie ukształtuje się jakiś ośrodek alternatywny.


Jakie mogłyby być skutki próby tego przewracania wszystkiego do góry nogami?
Musimy popatrzeć na PiS jak na tradycyjną polską prawicę - konserwatywną, nacjonalistyczną i radykalną, mającą jednocześnie tendencję do dzielenia się. W polskiej historii okresu międzywojennego i pierwszych pięciu latach po 1989 roku pełno jest takich przykładów. Myślę, że jeśli nawet PiS zdobędzie władzę, to nie zdoła utrzymać swojej jedności. Tak samo jak PO jest bowiem zbiorowiskiem ugrupowań, stowarzyszeń albo osobowości z różnych nurtów i prędzej lub później doszłoby w nim do sporów wewnętrznych. To w połączeniu z krytyką płynącą z zewnątrz sprawi, że PiS nie przetrwa czterech lat.


Czy obecna przewaga PiS może dać tej partii wygraną w wyborach samorządowych?
PiS może wygrać te wybory, ponieważ ma poparcie Kościoła, nie tylko tego Rydzykowego i jest coraz mocniejszy w Polsce parafialnej, czyli poza miastami. O wygranej może przesądzić spadające poparcie dla koalicji rządowej, z czym łączy się osłabienie pozycji PSL w środowiskach wiejskich. Nie mówię tu o sejmikach wojewódzkich, lecz o gminach i powiatach. Moim zdaniem, PiS odzyska to, co wcześniej utraciło, czyli centralne i wschodnie regiony kraju, w których znaczna część mieszkańców jest głęboko katolicka. Wiatrem, który dmie w żagle PiS, są też coraz wyraźniejsze postawy antyestablishmentowe, protest przeciwko bylejakości polityki PO. Ale w walce o ten elektorat PiS będzie miało rosnącego konkurenta, czyli Nową Prawicę. Ci, którzy wcześniej chcieli głosować na PiS, przeciwko PO, będą mieli teraz Janusza Korwin-Mikkego.


PO mogłaby jeszcze raz postraszyć Polaków PiS-em, Kaczyńskim i Macierewiczem?
Mógłby, ale to już nie zależy od samego Tuska, tylko od Kaczyńskiego i Macierewicza, od tego, jaki będzie stopień ich triumfalistycznej postawy. Nie wiadomo zresztą, czy Kaczyński i Macierewicz znajdą się na pierwszej linii walki z PO, czy raczej zrobią miejsce dla młodszych polityków, mocno akcentujących swój katolicyzm. Tusk nie może już wiele zrobić, jest coraz mniej wiarygodny i coraz bardziej śmieszny w swoich próbach przejęcia inicjatywy. W PO zawsze się mówiło w sytuacjach kryzysowych, że Tusk wszystko załatwi. I tak rzeczywiście było, Tusk jechał autobusem do Pcimia, spotykał się z ludźmi i sprawa się odwracała. Dzisiaj ludzie już mu nie wierzą.


Czy PO mogłaby skutecznie uderzyć w PiS komisją do zbadania likwidacji WSI?
Na to jest już za późno, a poza tym, mamy równoległe dochodzenie prokuratury w sprawie Tuska, Sienkiewicza i Belki w związku z nagraniami rozmów polityków, co mogłoby zrównoważyć efekt powołania komisji. Te rozmowy były ewidentnym naruszeniem konstytucji, wyrazem prymitywizmu polityków z pierwszych stron gazet. Tak nieudolna próba schowania tej sprawy pod obrusem, jaką podjął Tusk, udałaby się chyba tylko za głębokiego PRL-u, bo za Rakowskiego już nie.


Jeśli Tusk przeprowadzi zmiany w rządzie, to choć częściowo może odzyskać inicjatywę?
To będzie zależało przede wszystkim od tego, kogo wpuści w miejsce Sienkiewicza i innych zdymisjonowanych ministrów. Wydaje się, że będzie to trudne, bo dotychczas w miejsce „starych” ministrów przychodzili jeszcze gorsi. Ponieważ Tusk sam chce dominować nad wszystkim, nie ma możliwości awansowania kogoś, kto mógłby go przyćmić osobowością albo kompetencjami. Zastąpienie Jacka Rostowskiego na stanowisku ministra finansów Maciejem Szczurkiem jest jednym z wielu przykładów takiej filozofii.


Czy Tusk może chcieć uciec do Brukseli?
To jest tylko propaganda, bo Tusk nigdy nie będzie miał szansy, by zastąpić Van Rompuya. To samo dotyczy Sikorskiego, uważanego za enfant terrible europejskiej sceny politycznej. Żaden polski polityk, przynajmniej do końca konfliktu ukraińskiego, nie otrzyma eksponowanego stanowiska w UE. Europa jest na krawędzi wojny i wybranie polskiego polityka na przewodniczącego Rady Europejskiej oznaczałoby zaostrzenie relacji z Rosją, a Unia ciągle liczy na kompromis. Bo o polityce Unii decydują przede wszystkim Francja i Niemcy, a nie Stany Zjednoczone, które wyznają zasadę, że im gorzej w Europie, tym lepiej dla nich. Amerykanie będą teraz zajmowali się Pacyfikiem, a pod europejskim kotłem niech się tli. Polska odgrywa tutaj dość dwuznaczną rolę, bardziej kierując się interesem USA niż UE. Dlatego Tusk nie ucieknie do Brukseli, tylko zostanie w Warszawie i dopełni swojego politycznego losu.


Czy negatywne dla gospodarki skutki wojny Zachodu z Rosją na sankcje mogą jeszcze bardziej spolaryzować naszą scenę polityczną?
Problemów gospodarczych, jakie wiążą się z kryzysem ukraińskim, doświadczamy na własne życzenie. To Polska przecież była inspiratorem takiej formuły Partnerstwa Wschodniego, która doprowadziła do Majdanu w Kijowie i obalenia prezydenta Janukowycza. Polscy politycy nie są jednak w stanie wyciągnąć właściwych wniosków z tej sytuacji, wciąż nie zdają sobie sprawy z konsekwencji ekonomicznych kryzysu ukraińskiego. Polska jest najsłabszym graczem w tym konflikcie, najbardziej narażonym na uderzenie strony rosyjskiej. Mimo to nasi politycy wciąż nawołują do eskalacji działań przeciw Rosji. Rosja jednak nie ustąpi, bo nie ma już dokąd się cofnąć.


Z czego wynika ta nadzwyczajna zgoda polskich polityków w kwestii ukraińskiej?
Nie wszyscy w Polsce popierają stanowisko polityków w tej kwestii. Łatwo dostrzec to w Internecie, gdzie wiele osób pisze, że samodzielna Ukraina jest jeszcze większym zagrożeniem dla Polski niż Rosja. Tymczasem nasze elity polityczne, w przeciwieństwie do większości społeczeństwa, są antyrosyjskie. Ciągle wśród nich pokutuje koncepcja polityki wschodniej sformułowana kiedyś przez Jerzego Giedroycia, zakładająca istnienie samodzielnej Ukrainy jako państwa buforowego między Polską a Rosją. Po drugie, nie wszystkie polskie elity są antyrosyjskie. Jestem Ślązakiem i jak większość Ślązaków nie czuję nienawiści do Rosji. Myślę, że niechęć do Rosji uwarunkowana jest historycznie i w największym stopniu dotyczy elit wywodzących się z dawnego Królestwa Polskiego. Po trzecie, mamy również do czynienia z lobby amerykańskim w polskich elitach politycznych i mediach. W interesie USA jest osłabianie Rosji, bo Amerykanie tak długo nie będą jednoznacznym hegemonem, dopóki istnieje Rosja, zajmująca czwartą część świata. Dla Polski jednak prowadzenie proamerykańskiej polityki może być samobójcze.

TECZKA OSOBOWA


Politologia, literatura i turystyka

Kazimierz Kik (67 lat), politolog i historyk. Jest dyrektorem Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach i wiceprzewodniczącym Komitetu Nauk Politycznych PAN. Jego zainteresowania naukowe koncentrują się m.in. na problematyce integracji europejskiej i współczesnych aspektach politycznych Europy, procesach politycznych i gospodarczych, zachodzących w świecie w XXI w.

Hobby: literatura piękna (latynoamerykańska, książki tureckiego pisarza i noblisty Orhana Pamuka, literatura Europy środkowowschodniej) i turystyka.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 08-09-2014 14:30

    Oceniono 3 razy 3 0

    - Czytelnik: Pan "politolog" musi się douczyć co to jest prawica, bo ani PiS, ani PO nie jest partią prawicową tylko socjalistyczną czyli lewicową.

    Odpowiedz

  2. 18-08-2014 16:14

    Oceniono 4 razy 3 1

    - lit: dureŃ

    Odpowiedz

  3. 17-08-2014 22:54

    Oceniono 4 razy 3 1

    - mmx: Litosci, jakie prawice. SLD, PSL, PO, PiS to partie lewicowe. To, ze ktos sobie nakleil szyld "prawica", nie oznacza, ze jest prawica -- wystarczy poczytac programy partii. Do cna etatystyczne, socjalne, z omnipotentnym panstwem. Kazda z tych partii widzi panstwo jako mechanizm sciagania podatkow i ich redystrybucji (to w teorii; bo w praktyce zawsze cos sie extra ukradnie). Ktora z tych cech determinuje niby partie prawicowa?

    Odpowiedz