Przestępca w zawiasach jak na wczasach

Katarzyna Bogucka 14 sierpnia 2014, aktualizowano: 17-08-2014 08:38

Z prawomocnym wyrokiem w garści, z karą pozbawienia wolności w zawieszeniu i nakazem wypłaty zadośćuczynienia osiedlowi złodzieje jak gdyby nigdy nic wrócili do domu. Płacić ani myślą, z okradzionej osoby jawnie drwią, patrzą jej prosto w oczy, a mieszkają z nią w jednym bloku...

Fot.: Thinkstock

Pani Bożena (nazwisko do wiadomości redakcji) domaga się, by Grażyna D. (imię i inicjał zmienione), która okradła jej piwnicę, wypłaciła zadośćuczynienie za poniesione straty. Szanse na to są niewielkie. Sąd zrobił swoje, komornik nie ma czego poddać egzekucji, a okradziona puka od drzwi do drzwi, nie mogąc pogodzić się z absurdalną sytuacją.


Złodzieje uaktywnili się jesienią zeszłego roku, ale w przestępczym światku wcale nie są nowicjuszami. Działali w obrębie zaledwie kilku bloków. W październiku 2013 r. ktoś przepiłował kłódkę do piwnicy pani Bożeny i wyniósł z niej dwa rowery górskie i hulajnogę (wartość przedmiotów 1250 zł).

W tym samym miesiącu złodzieje dorobili klucze do mieszkania pana Janusza, schorowanego emeryta i zabrali z jego mieszkania stary telewizor i 1500 zł. Grupa zainteresowała się także domkiem gospodarczym, jak się okazało, z bardzo ubogim wyposażeniem, bo łupem padł jedynie...papier toaletowy o wartości 10 złotych. W kolejnej piwnicy (w tym samym rewirze) do rąk złodziei przykleiła się lutownica (30 zł) i łyżwy męskie hokejowe (150 zł).

Za grosz honoru


Ukoronowaniem przestępczej działalności był zamach na nagrobek z cmentarza. Media rozpisywały się o kradzieży figury Jezusa, wycenionej na 600 złotych. Rozpoczęło się śledztwo. Pani Bożena postanowiła, że będzie niezwykle uważne obserwować organy ścigania: - Zależało mi na uczciwym rozliczeniu sprawców. Okradziono moje dziecko, zabrano jego komunijne prezenty, a poza tym, ktoś kto włamuje się do sąsiada, czyli grabi na własnym terenie, nie ma za grosz honoru, nie zasługuje na litość
- denerwuje się kobieta. Od początku śledztwa monitoruje działania policji.

Dopytuje, dlaczego nie zdjęto odcisków palców z taboretu, który stał między dwoma skradzionymi rowerami, monituje, gdy policja rezygnuje z przywiezienia do jej piwnicy psa tropiącego, idzie nawet (m.in. w tej sprawie) na skargę do komendanta policji.

- Nie rozumiałam, jak nadmiar kurzu mógł być przeszkodą w zdjęciu odcisków palców ani tego, że pies tropiący nie podejmie śladu, ponieważ w piwnicy śmierdzi kocim moczem - takie argumenty usłyszała podobno poszkodowana. Ma żal, bo nikt nie dał wiary temu, że kobieta usłyszała te zdania z ust śledczych

Osobisty złodziej


Niezależnie od emocji i racji naszej rozmówczyni, policji udało się wpaść na trop złodziei przy okazji dochodzenia prowadzonego w sprawie kradzieży figurki Jezusa. Podczas śledztwa jedna z kobiet przyznała, że buszowała w piwnicy pani Bożeny.

Druga z podejrzanych pań współpracy w tym napadzie się wyparła, ale jej konto obciążyły pozostałe kradzieże. Ostatecznie na ławie oskarżonych zasiadło (w sprawie wszystkich wymienionych wyżej przestępstw) pięć osób: dwie kobiety i pomagający im mężczyźni.

- Na sali rozpraw coś mnie tknęło, przecież przy nazwisku jednego z oskarżonych pojawił się numer mojego bloku! Okradli nas więc sąsiedzi z góry, których twarzy nawet nie kojarzyłam... To był szok - wspomina pani Bożena. Podejrzewa, że obserwowana była już od momentu wprowadzenia się do tego domu, czyli jakieś półtora roku. Krótko później jej dziecko miało pierwszą komunię świętą, a w piwnicy pojawił się komunijny prezent...

Kobieta nie ukrywa, że zeznania złodziejki wyprowadzały ją z równowagi. Grażyna D. tłumaczyła m.in.: „Wysoki sąd nigdy nie zrozumie, co to znaczy bieda”, „Wszystko robię dla swoich dzieci.” - Najmłodsze z tych dzieci, chyba dwuletnie, złodziejka zabrała ze sobą do sądu, twierdząc, że nie ma go z kim zostawić, tymczasem z dniu napadu wyznała, że dzieckiem opiekowała się babcia - zauważa pani Bożena, zarzucając oskarżonej zasłanianie się dzieckiem.

Stara się prześwietlić swoich krzywdzicieli na poczet ewentualnego odzyskania pieniędzy. Ustaliła, że familia oskarżonej korzysta ze wsparcia pomocy społecznej, że kobieta ta nie pracuje, że kolekcjonuje wyroki w zawieszeniu i komornicze akta bezsilności. Gra toczy się o 416 złotych, o niewiele, ale odzyskanie pieniędzy wcale nie jest pewne.

W zaparte


Poszkodowana odważyła się zaczepić złodziejkę i zapytać, kiedy ta zamierza uregulować zobowiązanie (o kontakt nie jest trudno, obie panie mijają się czasem na klatce schodowej albo spotykają się w parku). Za pierwszym razem Grażyna D. obiecała, że odda wszystko co do grosza w marcu. Za drugim, na środku ulicy rozpętała się awantura.

- Wykorzystałam to, że wokoło było sporo ludzi i ponownie zapytałam o realizację wyroku. Grażyna D. wrzasnęła wtedy, że nie życzy sobie scen na środku ulicy, że nie ma zamiaru niczego mi oddawać, adwokat podobnoporadził jej, by szła w zaparte - wspomina spotkanie okradziona.

Dwa razy wnioskowała do sądu o odwieszenie kary („Zaakceptowałam wyrok w zawieszeniu z zastrzeżeniem, że w przypadku braku dobrej woli oskarżonej, kara zostanie odwieszona.”). Sąd odpisał, że będzie kontrolował postępy realizacji obowiązków nałożonych na Grażynę D. i rozważy zarządzenie wykonania kary (zasądzono dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata). Wydaje się, że poszkodowana zrobiła już wszystko, by doprowadzić do wyegzekwowania wyroku. Zwróciła się do sądu o klauzulę wykonalności, z wyrokiem poszła do komornika, a ten... obarczył ją kosztami za swoją dotychczasową pracę (ok. 120 zł). U Grażyny D. nie znalazł mienia, które mógłby poddać egzekucji.

Dlaczego zgodne z prawem zakończenie tej sprawy jest tak ważne dla pani Bożeny? - Mieszkam z tymi ludźmi w jednym bloku, mam małe dziecko, nasi złodzieje robili w jego kierunku brzydkie miny, wskazywali na córkę palcem - skarży się pani Bożena. Jej dziecko ma być przesłuchiwane w tej sprawie przez policję. Dziewczynka boi się wyjść na podwórko, płacze na widok szajki. - Złodzieje wiedzą, że nic im nie mogę zrobić, kary też się nie boją. Powiedzieli komornikowi, że pieniędzy nie oddadzą, że wolą ić do więzienia. Zanim tam trafią, wykończą psychicznie moją rodzinę...

Przemysław Słomski z Zespołu Prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy podpowiada, żeby w razie poczucia zagrożenia za każdym razem wzywać policję, warto też mieć kontakt z dzielnicowym, który zna swoich podopiecznych, wie o incydentach przestępczych w rewirze. - Jeżeli jednak oskarżeni po osądzeniu i wymierzeniu kary zostali wypuszczeni z aresztu, nie możemy ich prewencyjnie kontrolować czy zatrzymywać, ponieważ są wolnymi ludźmi, naruszylibyśmy w ten sposób ich prawa - mówi policjant.

Zapętlenie


Pani Bożena wolałaby porozmawiać o jej prawach. Czuje się osamotniona. W sądzie nikt nie chce komentować wyroków sądowych, bo z tak prośbą zwracamy się do biura prasowego. Psycholog i coach Wojciech Haman uważa, że bohaterka naszego tekstu znalazła się w matni. Jego zdaniem, wizerunek człowieka, który staje do samotnej walki ze światem, nierzadko uderzając głową w mur przepisów, przez wielokrotne powtarzanie pewnych zachowań, przez narastający konflikt z otoczeniem, idealnie pasuje do definicji nerwicy.

- Charakterystyczne jest wówczas wchodzenie w zwarcie z przeciwnikiem i to w sytuacji, gdy szans na wygranie nie ma praktycznie żadnych - tłumaczy. - Bywa, że ludzie tak funkcjonujący zaczynają drażnić urzędników, są roszczeniowi, domagają się swego. Mam siostrę, która mieszka w USA. Gdy jej sąsiedzi zaczęli głośno puszczać muzykę, ona swoim zachowaniem doprowadziła do tego, że policja zaczęła mieć jej w końcu dość.

Co robić, jak wyjść z tego ciągu zdarzeń? Gdybym miał pomóc takiemu człowiekowi, zaproponowałbym to, co proponuję menadżerom polskich firm, z którymi pracuję. Podpowiada im, żeby nie robili rzeczy szkodliwych, ale żeby działali tak, by zbliżyć się do wyznaczonego celu. Jedynym ratunkiem jest uczenie się alternatywnych zachowań, które w trudnej sytuacji pomogą przetrwać, ale do tego potrzebni są życzliwi ludzie dookoła i silna wola, bo decyzję podejmuje się samodzielnie.

Włodzimierz Hilla, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Bydgoszczy

» W sprawach cywilnych i karnych wierzyciele czy też pokrzywdzeni napotykają problemy związane z egzekwowaniem należnych im kwot. W większości przypadków to na nich spoczywa powinność ich dochodzenia, przede wszystkim w trybie egzekucji komorniczej. Wymaga to jednak uiszczenia koniecznej opłaty. Przepisy prawa nakładają przy tym co do zasady obowiązek wskazania majątku, który mógłby podlegać egzekucji. Gdy nie jest to możliwe, osoba zainteresowana często pozostaje niezaspokojona. W trakcie postępowania egzekucyjnego niezadowolenie z powodu czynności podejmowanych przez komornika bądź też jego nieuzasadnionej bezczynności może stanowić podstawę do złożenia skargi do prezesa właściwego sądu. Rola sądu orzekającego w takich sprawach praktycznie kończy się z chwilą zapadnięcia prawomocnego wyroku, sąd nie podejmuje w takich sytuacjach czynności z urzędu. Niekiedy niewywiazanie się skazanego z tego rodzaju obowiązku może jednak spowodować zarządzenie wykonania warunkowo zawieszonej kary, ale to zwykle oddala pokrzywdzonego od uzyskania należnych mu kwot, a oczekiwanie, że sąd spowoduje odzyskanie pieniędzy nie jest uprawnione.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 17-08-2014 18:33

    Brak ocen 0 0

    - jaro: Wymarzony kraj dla złodziei i innej maści przestępców... Śmieją się pokrzywdzonemu w oczy a wyroki sądu mają w głębokim poważaniu...

    Odpowiedz