Od jabłka się zaczęło...

Małgorzata Oberlan 14 sierpnia 2014, aktualizowano: 14-08-2014 12:12

Nie tylko sadownicy w Kujawsko-Pomorskiem boją się strat wynikłych z rosyjskiego embarga. Sankcje odbić się też mogą na producentach warzyw, firmach transportowych, szkółkarzach, a nawet - zdaniem ekonomistów - w dłuższej perspektywie na zwykłym Kowalskim.

Największymi odbiorcami polskich jabłek są: Rosja (677 tys. ton w ostatnim sezonie), Białoruś (145 tys. ton w ostatnim sezonie) i Niemcy (66,8 tys. ton w ostatnim sezonie)

Fot.: Grzegorz Olkowski

Zdaniem Moniki Kurtek, ekonomistki z Banku Pocztowego, konsekwencje rosyjskiego embarga już widać w naszym kraju, bo zakłóciło ono sezonowe spadki cen, które zwykle występują wyłącznie w miesiącach letnich.



- W tym roku w wyniku rosyjskich sankcji spadki cen żywności zaczęły się już w lutym i nieprzerwanie ciągną się do czerwca (według dotychczas opublikowanych danych GUS - źródło PAP). W lipcu i sierpniu zapewne też zobaczymy spadki, ale zakładam, że będą również we wrześniu, a być może nawet w październiku” - ocenia Kurtek. W efekcie w tym roku średnioroczna inflacja może wynieść między 0 a 0,2 proc. Niby dla narodu miło, bo ceny żywności spadają, ale...

Karton droższy od warzywa


„W krótkiej perspektywie statystyczny Kowalski na spadku cen może zyskać, bo w jego portfelu będzie zostawało więcej pieniędzy. Jeśli jednak presja deflacyjna będzie trwała za długo, to odbije się to na naszym wzroście gospodarczym. To z kolei będzie hamowało dynamikę zatrudnienia i w efekcie nastąpi pogorszenie sytuacji na rynku pracy” - mówi z kolei Michał Burek, ekonomista Reiifessen Bank (źródło PAP).

Podobnie myślą niektórzy drobni producenci warzyw z regionu. Jarzy Kaliszewski, członek Nadwiślańskiej Spółdzielni Producentów Warzyw „Gronie” w Wielkim Zajączkowie (gmina Dragacz, powiat świecki) podkreśla, że pierwszymi efektami embaraga może być właśnie zalanie rynku bardzo tanimi płodami rolnymi. - Nasza grupa producencka zrzesza ośmiu ogrodników, uprawiających głównie pomidory i ogórki w tunelach foliowych, na powierzchni około 7 hektarów. Od jakiś trzech tygodni ceny skupu tych warzyw już są bardzo niskie. Kilogram pomidorów schodzi za 70-80 groszy. Na skutek embarga rosyjskiego warzywa te jeszcze potanieją i lada dzień staną się tańsze od kartonów, w które je pakujemy - prognozuje Jerzy Kaliszewski. - Konsument początkowo pewnie się ucieszy, że może tak tanio kupować. Potem jednak przyjdą dramatyczniejsze konsekwencje. Osobiście zatrudniam ośmiu ludzi. Przy takiej koniunkturze nie będzie mnie już stać na tylu pracowników...

Tak dotyka polityka


Nie tylko zdaniem Kaliszewskiego, producenci owoców i warzyw zostali wciągnięci w polityczną grę. Takie głosy płyną już z wielu części kraju. Jeśli dla kogoś optymistyczne i wspierające mogą być akcje pod hasłem „Jedz jabłka na złość Putinowi”, to raczej nie dla samych sadowników. Akcja jest sympatyczna, może być dowodem nowoczesnego patriotyzmu, jak chcą jedni, lub też trendu podchwyconego przez polityków przed kampanią samorządową (jak chcą drudzy). Niestety, w skali makro nie będzie miała ekonomicznego przełożenia. A przynajmniej nie w krótkim okresie czasu.

- Dla sadowników liczą się duże partie zbywanego owocu; bezpieczne i solidne kontrakty - podkreśla Sebastian Szymanowski z działu handlowego Grupy Producentów Owoców „Galaster”, sp. z o.o w Wierzchucicach (gmina Sicienko, powiat bydgoski). - Akurat zrzeszeni w naszej grupie sadownicy mogą czuć się bezpiecznie. Mamy kilka stabilnych kontraktów krajowych. Jabłka dostarczamy np. takim sieciom jak Auchan, Eurocash, Makrocash. Nie jesteśmy uzależnieni od rynków wschodnich. Co nie znaczy, że nie przejmujemy się sytuacją innych sadowników i nie dopingujemy im w szukaniu sposobów na przetrwanie.

Obecnie, jak zaznacza Sebastian Szymanowski, mamy do czynienia w Polsce z tak zwanym jabłkiem wczesnym (Rosjanie i tak nigdy wiele go od nas nie kupowali). Skala problemu w sadownictwie prawdziwie ukaże się dopiero jesienią. I może być różnie. Z jednej strony, rynek krajowy faktycznie zalany może zostać tanimi owocami. Z drugiej zaś, prognozy dla jabłek wcale nie są wyśmienite. Susze, a następnie ulewy i gradobicia to zły klimat dla sadownictwa.

- Na podstawie samego kwitnienia ocenia się dziś, że w skali całego kraju jabłek w tym roku będzie mniej o 400-500 ton niż w roku ubiegłym - dodaje handlowiec z „Galastera”.

Ta grupa, oprócz klientów krajowych, postanowiła szukać też odbiorców w dalekiej Azji. Jako pierwsza z Polski jabłka wysłała na Filipiny. I kto wie, czy to nie właśnie kraje egotyczne staną się ratunkiem dla sadowników. Pod warunkiem, jak zaznaczają grupy producentów, że rząd nie poskąpi pieniędzy na promocję, np. w Dubaju czy Pekinie.

Cydru pić nie chcemy...


Mimo tego że Polska jest wiodącym na świecie producentem i eksporterem jabłek, to skalą przetwórstwa tego owocu chwalić się już nie może. Musy, jabłka prażone, suszone, koncentrat jabłkowy - produkujemy, ale to wciąż mało. Kariery, jak dotąd, nie udało się też zrobić krajowemu cydrowi.

Według producentów tego niskoprocentowego alkoholu, jego rozpropagowanie mogłoby uratować nadwyżkę jabłek. - Producenci cydru jedną bitwę mają już za sobą. Wygrali. Od stycznia 2013 r. udało się obniżyć akcyzę na cydr, naturalny napój z moszczu jabłkowego o zawartości alkoholu do 5 procent.

Dzięki temu latem na rynku pojawiły się pierwsze wyroby rodzimej produkcji, której rozwój leży w interesie polskiego rolnictwa - dowiadujemy się ze strony internetowej Polskiej Rady Winiarstwa. - Na drodze do rozwoju branży stoi jednak - cztamy - kolejna poważna bariera. To obowiązujący dla cydru zakaz reklamy i promocji, który oznacza dla producentów cydru nierówność praw i szans wobec branży piwnej. Producenci cydru domagają się zniesienia tej nierówności.

Zdecydowane veto temu pragnieniu stawia jednak ministerstwo zdrowia, podkreślając, że zdrowie Polaków jest ważniejsze od ekonomicznych interesów producentów. I, na razie, jest, jak jest. Cydr, szczególnie własnej roboty (przepisy już krążą w sieci) może stać się trunkiem modnym w niewielkich kręgach smakoszy, wśród amatorów wyrobów regionalnych czy domowych, ewentualnie tych, którzy patriotycznie pić go będą na złość Putinowi. Masowy konsument cydru nie zna, a więc nie ceni i nie kupuje. - Cydr? Mieliśmy niedawno w ofercie, ale zainteresowanie klientów było prawie zerowe. Musiałam prosić przedstawiciela handlowego, żeby nam go przecenił, bo nic by nie zeszło - rozkłada ręce Ewa Szpyt, kierownik sklepu całodobowego przy ul. Jana Styki w Bydgoszczy. - Więcej żadnego cydru nie chcę. Nasz klient, a jest to klient stały, wybiera piwo.

Warzywa wyrzucą na pola?


Jak zaznaczyliśmy na wstępie, nie tylko sadownicy w regionie mogą paść ofiarą rosyjskiego embarga.

- Już dziś słyszymy o krytycznej sytuacji producentów kapusty, sałaty, kalafiora i selera naciowego z okolic Włocławka. Te warzywa, które są w chłodniach, powinny już trafić do rosyjskiego odbiorcy. Skoro nie trafią, to - według zapowiedzi samych producentów - mogą w desperacji zostać wyrzucone na pola - mówi Jarosław Jurzysta z Departamentu Rolnictwa Urzędu Marszałkowskiego w Toruniu.

Jak przekazują urzędnicy, w podbramkowej sytuacji znalazła się m.in. Grupa Producentów Warzyw „Kujawskie Warzywa” z Chocenia oraz Grupa Producentów Owoców i Warzyw „Agro Farmer” z Włocławka. Bezpieczniej mają czuć się „paprykarze” i „cebularze” z okolic Torunia i Bydgoszczy.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 17-08-2014 12:42

    Brak ocen 0 0

    - jasio : yes yes yes madame Oberlan ! jest bowiem jabłko adama

    Odpowiedz