Kiedyś to wszystko grało...

Katarzyna Bogucka 14 sierpnia 2014, aktualizowano: 14-08-2014 09:53

Stare radia wcale nie były idealne, idealni za to byli starzy fachowcy. Waldemar Proja prowadzi zakład od lat. 70. Wystrój jak z głębokiego PRL-u, na ścianie skrzynka z „Książką skarg i zażaleń”, a za ladą znawca tematu.

W zakładzie Waldemara Proi naprawia się sprzęt audio i wideo, urządzenia domowego użytku, a także instrumenty, np. keyboardy.

Fot.: Tomasz Czachorowski

Wizytówką tego miejsca jest nie tylko pan Waldemar, na stanowisku od 1962 roku (zaczynał jako uczeń przyzakładowej szkoły zawodowej, później stał się wykwalifikowanym pracownikiem, by wreszcie w 1976 roku przejąć pałeczkę po swoim kierowniku, Alfonsie Rygolu, a po 1989 roku zostać właścicielem), lecz cały jego warsztat pracy. Żeby dostać się do środka, trzeba minąć w półotwartej sieni kamienicy szklane okienko, zza którego błyskają okulary uśmiechniętego pana z lombardu czynnego od 1991 roku.

Zapraszamy ponownie


W „Zakładzie Usług Radiotechnicznych W. Proja” każdy klient musi podejść do drewnianej lady. Na ścianie po prawej stronie rzuci mu się w oczy (zgodnie z rządową uchwałą z 1950 roku o nakazie umieszczania jej w widocznym miejscu) skrzyneczka z „Książką skarg i zażaleń” (są w niej wpisy!). Gdy klient się odwróci, zobaczy nad oknem wystawowym dużą świetlówkę z napisem: „Dziękujemy. Zapraszamy ponownie”, a jeśli jego wzrok zawędruje przypadkiem na sufit, ujrzy wiatrak, taki jak w starych amerykańskich filmach.


- Niech pani lepiej nie patrzy na te ściany i sufity - macha ręką szef. - Przyznaję, nie inwestowałem, zresztą prawdopodobnie wkrótce administracja wręczy mi wypowiedzenie, bo dom ma przejść kapitalny remont, by zostać, zdaje się, apartamentowcem czy bursą - smutno wzdycha fachowiec. To dla niego ciężki temat, zważywszy na bogatą historię zakładu i rytm życia, który od kilkudziesiciu lat dyktuje mu praca.

Kiedyś do bydgoskiego punktu przy Dworcowej 67 ludzie z różnych miast całej Polski walili drzwiami i oknami. Firma (od lat 50. działała pod szyldem ZURiT, czyli Zakładu Usług Radiotechnicznych i Telewizyjnych z centralą w Warszawie) celowała w naprawach gwarancyjnych, choć premiowane przez kierownictwo były jednak naprawy „żywogotówkowe”, z niewykonania planu trzeba się było tłumaczyć, bywało, że premia przepadała.

Zakład współpracował z tak znanymi markami jak: Diora, Kasprzak, Eltra, Magmor, Radmor, Tonsil, Łódzkie Zakłady Radiowe (specjalizowały się w produkcji gramofonów, m.in. „Karolinki”, „Bambina”, „Bartka”), zgarniał więc niemal wszystkich klientów z radiowo-telewizyjnego rynku. Swego czasu był to właściwie jedyny tak profesjonalny punkt napraw w najbliższej okolicy. Dziennie z prośbą o naprawę zgłaszało się do osiemdziesięciu osób! Niejeden chwytał za „Książkę skarg i zażaleń”. - Był klient o nazwisku podobnym do Brzęczyszczykiewicz - wspomina Waldemar Proja. - Wpisywał się już na dzień dobry, taki miał zwyczaj. Przeszło mu dopiero po transformacji politycznej. Gdy raz przyszedł, a ja już wyciągałem rękę po książkę, uśmiechnął się i powiedział: „Daj pan spokój, już nie te czasy.”

Bo masło rzucili


Wiele wpisów trudno odczytać, cytujemy kilka z lat 1979-1982: „Pracownica kazała na siebie czekać kilkanaście minut. Po przyjściu zabrała kwit od klienta i znowu zniknęła na długi czas, natomiast druga pani wyszła do sklepu po masło.” („No bo akurat rzucili masło” - komentuje z uśmiechem Waldemar Proja); „Podziękowanie za miłą i fachową obsługę. Oddałem do naprawy radio Figaro...”; „Zakład za późno otwierany”; „Bardzo dobra placówka.”

Skąd tyle emocji? Wtedy radia, gramofon i telewizor były na wagę złota, zdobyte nierzadko nadludzkim wysiłkiem. A skoro tak, nie wchodziło także w grę porzucenie sprzętu w punkcie. - Pamiętam, że przepisy regulowały tryb postępowania ze „stojakami” - mówi Waldemar Proja. - Klientowi wysyłało się monit, czekając, aż odpowie, co robić z jego mieniem. Pewien właściciel sprzętu nie przychodził do nas już chyba trzy lata. Wreszcie staje w drzwiach z kwitem w ręce. „Chwała Bogu, nareszcie pan jest” - ucieszyłem się na jego widok. Okazało się, że siedział w więzieniu. Innym razem naprawiony sprzęt stał się ością niezgody rozpadającego się małżeństwa. Pani przyniosła sprzęt do naprawy, a po odbiór zgłosił się jej mąż, twierdząc, że zgubił kwit. Cóż miałem zrobić: nazwisko to samo, adres się zgadza, więc wydałem na podstawie dowodu, uprzednio go spisując. Na drugi dzień wpada

żona po odbiór...


Dziś naprawa nie zawsze się opłaca, a i gwarancyjne eldorado jest gdzie indziej, dlatego na stanowisku pracy pozostał już tylko jeden pracownik (dawniej było ich nawet 22) i szef. Czas zatrzymał się już na dobre i tak zostanie do końca. Na biurku w kantorku leży podłączony do prądu kalkulator. - Nie, nie, komputera tu nigdy nie było, choć Internet pomaga nam, gdy chcemy się podszkolić w naprawie nowoczesnych urządzeń (na te słowa do zakładu wszedł klient z uszkodzonym urządzeniem do mezoterapii igłowej, służącej odmładzaniu twarzy). O, tu mam komputer - przypomina sobie właściciel i ściąga z szafy stare, drewniane liczydło...

Lampa z duszą


Staroci jest więcej. Na szafie stoją radia: „Szarotka”, „Dominika”. Zegarek typu cebula wisi nad biurkiem, dalej kalendarz - metaloplastyka z datą produkcji 1980 rok, sterta pożółkłych druczków jeszcze ze starych zapasów, ale zdatnych do użytku (kalki wciąż się w tym zakładzie używa). - Wszystko tu jest stare, ale i ja jestem już stary, choć energii mi nie brakuje - śmieje się nasz rozmówca. Ma poczucie, że jego praca wciąż przydaje się ludziom.

- Pewien młody klient prosił mnie, bym za wszelką cenę naprawił jego stare radio. Tłumaczył, że to ważne, bo tego radia słuchał w dzieciństwie razem z dziadkiem, siedząc mu na kolanach. Wielką frajdą było dla tego chłopca kręcenie pokrętłem odbiornika, a dla mnie, że przywróciłem mu wspomnienia...

Na półkach zakładu wciąż czekają egzemplarze do naprawy. Piękne radio „Pionier” zyskało dzięki panu Proi nową okleinę. Trzeba je będzie jeszcze polakierować. Stare radia mistrz naprawia z sentymentu, bo wiele się na nich nie zarobi, a i o części trzeba się starać. Obok stoi konsoleta. Muzycy to wierna grupa klientów pana Waldemara. Przyjeżdżają z daleka, ale są i lokalni klienci, np. zespół Żuki albo gitarzysta Zbigniew Kaute, znany z programu „Jaka to melodia?”

Co się dzisiaj psuje? Półprzewodniki. Przegrzewają się obwody scalone niedostatecznie chłodzone. - Kondensatory też nie żyją wiecznie - zauważa mistrz. Zamyśla się, gdy pytamy go nowoczesny sprzęt. - Zaczynałem pracę na lampach elektronowych, które i dziś są używane, np. w wzmacniaczach. Zawsze powtarzam, że lampy mają duszę.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 03-03-2015 21:31

    Oceniono 1 raz 1 0

    - steniem: Pracowałem w ZURT Kraków od 1961 do jego ostatnich tzn decyzji wicepremiera Pyki o reorganizacji handlu i utworzeniu WPHW. ZURT pogrzebano ja pozostałem w handlu do czasu jego prywatyzacji tzn likwidacji.Chetnie w tej sprawie nawiaże kontakty. Mój adres e-mail steniem@wp.pl

    Odpowiedz