Wioska na każdy temat

Piotr Shutta 14 sierpnia 2014, aktualizowano: 14-08-2014 09:43

Wieś tańczy i śpiewa? O nie. To minęło. Dziś społeczność wiejska inaczej szuka własnej tożsamości. Jedni na wioskach tematycznych chcą zarabiać, innym wystarczy odzyskane poczucie dumy i symboliczne środki z unijnej kasy.

W Wielkim Mędromierzu życie toczy się wokół tematu pszczół i Miodowej Wioski, którą utworzono tu sześć lat temu

Fot.: Archiwum Miodowej Wioski

Do Adamkowa pod Tucholą, najmniejszej wioski tematycznej w Polsce, jeszcze do niedawna prowadziła piaszczysta gruntówka. O rzuconej między lasy i pola wioseczce, mimo że kiedyś przyjeżdżał tu na plenery sam mistrz Wyczółkowski, mało kto wie. Założona w XIII wieku, przynajmniej demograficznie niewiele się od czasów średniowiecza zmieniła. 12 domów, około 50 mieszkańców. Jak mówią tubylcy, ptaków tu więcej niż ludzi.



- I niech tak zostanie. Człowiek, który nas odwiedzi, ma się poczuć jak na wsi sprzed stu lat. Mamy wprawdzie małą infrastrukturę turystyczną, ale działalność typowo komercyjna nas nie interesuje. Nie chcemy tutaj masówki - mówi Renata Borowiecka-Gutsze, projektantka mody z Torunia, która po latach spędzonych w Niemczech i we Włoszech, osiadła wraz z mężem na dzikiej podtucholskiej wsi i cztery lata temu powołała do życia Ptasią Wioskę z jedynym w Polsce plenerowym Muzeum Ptaków, edukacyjną ścieżką ornitologiczną, trasą spacerową dla amatorów nordic walking, Aleją Klonową im. Leona Wyczółkowskiego i kilkoma innymi atrakcjami. Dziś mottem Adamkowa, widniejącego zresztą na mapie kultury Narodowego Centrum Kultury jest:

„Przyjeżdżajcie, idźcie w krzaki, oglądajcie sobie ptaki.”


A jest co oglądać. W tej malowniczej okolicy, położonej na granicy Borów Tucholskich i Krajny, ptaki leśne mieszają się z ptactwem polnym i tym bytującym nad jeziorami (grzywacz, zięba, żuraw, bocian, szpak, kapturka, sowa, wróbel, dzięcioł, słowik, jaskółka). Jak głosi informacja zamieszczona na stronie internetowej Ptasiej Wioski: „Powstała po to, by ożywić okolicę, nie niszcząc jej zarazem”.

Do Wioski Górniczej we wsi Piła koło Gostycyna dojechać łatwiej, choć trzeba zostawić auto na parkingu leśnym przy straganie z pamiątkami i pieszo ruszyć w las. Kierując się tablicami edukacyjnymi, człowiek wychodzi nagle na polanę, na której wita go grupka ludzi przebranych w stroje ludowe oraz osobnik wyglądający jak tolkienowski czarodziej Gandalf. - Przyszliście połazić? Za chwilę zejdziemy do kopalni, a teraz pooglądajcie sobie zwierzęta i poczęstujcie się pajdą chlebka z ogórasem oraz drożdżówą pani Lidzi - mówi modulowanym głosem spod śnieżnobiałej, sztucznej brody Wojciech Weyna. Anglista w tucholskim liceum, prezes Stowarzyszenia Mieszkańców i Miłośników Piły nad Brdą „Buko”, jeden z inicjatorów założenia wioski tematycznej. Dzisiaj on i jego ludzie pracują za darmo. W ramach promocji. - Pomysł wziął się stąd, że w materiałach na temat historii okolicy znaleźliśmy informację

o działających tu sto lat temu
aż pięciu kopalniach


węgla brunatnego. Na tej bazie założyliśmy wioskę górniczą, która dziś dynamicznie się rozwija - mówi Wojciech Weyna, stukając trzymanym w dłoni górniczym kilofem. - Chcieliśmy założyć wioskę już wcześniej, ale łatwo krzyknąć: „Jesteśmy wioską tematyczną!”. Przyjedzie turysta i co dalej? Coś mu trzeba pokazać, żeby nie wyjechał zawiedziony.

Z Piły nikt roczarowany wyjechać nie powinien. Krótka co prawda, ale oryginalna wychodnia sztolni upadowej robi dobre wrażenie, a Wojciech Weyna w roli sędziwego skarbnika ujawnia talent gawędziarza. W 2013 r. wioskę odwiedziło 3000 turystów, a działalność stowarzyszenia „Buko” (nazwa pochodzi od imienia pierwszej kopalni) dała przychód w kwocie ok. 80 tys. zł.

- Zysku mieć nie możemy. Nie da się tego na koniec roku podzielić między członków stowarzyszenia i schować do kieszeni. Wszystko inwestujemy w ludzi i w działalność statutową. Najważniejsze jest to, że nie jesteśmy na garnuszku samorządu. Sami na siebie zarabiamy - dodaje prezes. Inwestowanie w ludzi polega, m.in., na płaceniu im za obsługę imprez, organizowanych na terenie wioski, ale też na prowadzeniu przez „Buko” spółdzielni socjalnej w Gostycynie. Stowarzyszenie zatrudnia tam do opieki nad dziećmi i osobami starszymi 10 osób na etatach. Ciągle pojawiają się też nowe pomysły. Ostatnim z nich jest wydzierżawienie od gminy kolejnej działki kopalnianej i poszerzenie oferty Wioski Górniczej. Robota zacznie się, oczywiście, tak, jak poprzenio, od badań archeologicznych.

Przy kole garncarskim stoi dziś żona prezesa, Agnieszka. Pomagają nastoletnie krewniaczki. Pani Lidia Gumińska z Koła Gospodyń Wiejskich częstuje nieopodal upieczonym dziś rano ciastem i sprzedaje ozdoby z filcu. Kilkaset metrów dalej można wziąć udział w warsztatach rzeźbiarskich i zobaczyć kowala przy pracy. Jak kto chce, może za 2 zł nakarmić kozę.

Garncarstwa, kowalstwa i filcowania mieszkańcy Piły nie nauczyli się od swoich przodków. Umiejętnoci te zdobyli podczas szkoleń i warsztatów organizowanych za pieniądze unijne w ramach inwestowania w kapitał ludzki (w biurokratycznej terminologii: Program Operacyjny Kapitał Ludzki). - Ludzie krytykują szkolenia z POKL-u, ale jeśli jest to dobrze zrobione, to naprawdę się opłaca. My mamy parę osób przeszkolonych w ginących zawodach. To jest prawdziwe złoto - mówi Wojciech Weyna.
W Węgiersku nieopodal Golubia-Dobrzynia nie mają ptaków ani starych kopalń tylko legendę

o węgierskim królu i śliwkach.


- Mówi ona, że władca przejeżdżał przez naszą wioskę i został poczęstowany węgierkami. Stąd podobno wzięła się nazwa wsi, a teraz nasz pomysł na Wioskę Owocową - wyjaśnia Małgorzata Kamińska, z zawodu pracownik socjalny. Nie działa tu stowarzyszenie, jest za to prężne Koło Gospodyń Wiejskich, które przygotowuje małe projekty i pozyskuje pieniądze unijne.

- W zeszłym roku w ramach pomysłu „Chrońmy sady naszych przodków” kupiliśmy sto sadzonek starych odmian. Rosną w naszych sadach. Nam nie chodzi o zarabianie, bezrobotnych u nas nie ma. Chcemy po prostu coś razem robić. Zależy nam na budowaniu więzi międzypokoleniowych i żeby nasza wioska była rozpoznawalna - dodaje Małgorzata Kamińska.

- Każda wioska jest inna i każda nastawia się na innego rodzaju działalnosć. Jednym wystarczy, że się zjednoczą, a inni chcą pójść w stronę ekonomii społecznej i przygotowują ofertę, na której można zarabiać - mówi Magdalena Kurpinowicz, prezes Lokalnej Grupy Działań „Bory Tucholskie”, organizującej m.in. szkolenia i wyjazdy studyjne do wiosek tematycznych. Jej odpowiednikiem w Toruniu jest Kujawsko-Pomorski Ośrodek Wsparcia Inicjatyw Pozarządowych „Tłok”.

- Nie wszystkie wioski działają równie intensywnie. Oprócz tych najaktywniejszych są i

wioski martwe, w których
coś nie wyszło.


Chociaż może lepszym określeniem jest zawieszenie działalności. Nie można przecież wykluczyć, że pomysł jeszcze odżyje. Wszystko jest kwestią pojawienia się lidera. Musi pojawić się osoba lub grupa osób, które będą to ciągnąć - nie ma wątpliwości Bartosz Puchowski z „Tłoku”. Założona przez niego Cisowa Osada w Wysokiej k. Gostycyna nie przetrwała roku. Puchowski przeniósł się do Torunia, a człowiek, który miał być lokalnym liderem, został pokonany przez chorobę nowotworową.

- Najlepiej, gdy jest kilku liderów, którzy się nawzajem wspierają. Bo wiadomo, czasem coś nie wyjdzie i człowiek się podłamuje - mówią ludzie z Wioski Górniczej.

W Wiosce Miodowej w Wielkim Mędromierzu zaczynali w 2008 r. od pozyskania 7 tys. zł od Fundacji Wspomagania Wsi. Dziś mają Miodowy Domek, ścieżkę dydaktyczną prowadząca do 10 miejscowych pasiek, grę terenową, warsztaty z wytapiania świec itd. W pobliskim Łyskowie działa dodatkowo apiinhalatorium, gdzie można poczuć się jak w prawdziwym ulu.

W Janiej Górze k. Świekatowa z kolei
postawili na chleb.


Za unijne pieniądze kupiono piec chlebowy, w którym mieści się 70 bochenków. W drugą niedzielę września, co roku odbywa się tam huczny Festyn Chleba.

W Żalnie pod Tucholą przygotowują się do oficjalnego otwarcia „Tęczowego Zakątka”, który będzie miejscem spotkań mieszkańców wsi i główną atrakcją Wioski Kwiatowej, powołanej do życia w ubiegłym roku. Zanim zakątek zaczął przypominać mały ogród botaniczny, mieszkańcy wywieźli stąd dwie przyczepy chwastów.

- Spędziliśmy tu tysiące godzin. Gdy w 2007 r. zakładaliśmy stowarzyszenie, nikt nie myślał o wiosce tematycznej. Chcieliśmy tylko pięknie żyć, w pięknym miejscu. Chyba się udało - mówi Ewa Szczypiorska, sołtys Żalna, emerytowana nauczycielka, która trafiła na wieś jako dziewczyna z miasta. Została na dłużej.