Pomocy! Przybłąkał się koń!

Dorota Witt 14 sierpnia 2014, aktualizowano: 14-08-2014 09:33

Dyspozytor czuwający przy telefonie alarmowym usłyszał prośbę o ratunek dla sarenki, która jest… w lesie. Do szpitala przyszła kobieta w za ciasnych butach z bolesnym odciskiem na pięcie. Nasze wołanie o pomoc często jest za głośne jak na wagę problemu.

Do dyżurnych z Toruńskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego, mających na oku miejski monitoring, często dzwonią mundurowi, proszą o pomoc w ustaleniu winnego kolizji drogowej

Fot.: Grzegorz Olkowski

Większość pacjentów, którzy zgłaszają się na Szpitalne Oddziały Ratunkowe i do Izb Przyjęć wcale nie powinna tam trafić. W ciągu miesiąca na oddziale ratunkowym Szpitala Uniwersyteckiego im. Jurasza w Bydgoszczy zjawia się 4 tysiące osób. Wielu z nich przywożą karetki, ale mimo to, tylko co piąty kładzie się na szpitalne łóżko. Problemy zdrowotne pozostałych mogliby rozwiązać lekarze pierwszego kontaktu, więcej, duża część z nich ze swoimi bolączkami poradziłaby sobie sama, tym bardziej, że niektórzy je sobie wymyślili.



Marta Laska, rzeczniczka lecznicy, opowiada o pacjentach, którzy zgłaszają się na SOR z kilkudniowymi lub kilkutygodniowymi urazami, czasami urojonymi, co okazuje się dopiero w trakcie badania. Bardziej uciążliwi są jednak ci, którzy obrażeń doznali po alkoholu lub narkotykach: zanim lekarz będzie mógł zrobić badania, muszą wytrzeźwieć, więc czekają na sali obserwacyjnej, gdzie albo spokojnie śpią kilka godzin, albo pokazują pazur - są agresywni, nie pozwalają się zbadać, protestują przy próbie podania leków, obrażają lekarzy i pielęgniarki.

Są i ci, którzy powinni znaleźć się w szpitalu, ale specjalistycznym, np. zakaźnym, bo zadrapało ich dzikie lub domowe zwierzę. Pacjenci, którzy nie chcą czekać, aż diagnozę wyda lekarz rodzinny, przychodzą do szpitala z długotrwałymi bólami głowy czy stawów. Marta Laska pamięta pacjentkę od wszystkich innych inną - przyszła w nocy w za ciasnych butach. Niby fakt nieznaczący dla lekarza, no, chyba że to odcisk na stopie jest przyczyną zgłoszenia się na dyżur

po natychmiastową pomoc.


Poniedziałek, SOR bydgoskiego szpitala uniwersyteckiego. Godziny przedpołudniowe. Poczekalnia wypełniona ludźmi w potrzebie.Jest pani, która mówi pozostałym, że „Noga boli od tygodnia, chyba złamana”, jest pan, który ma „pęcherz na stopie, bardzo boli”. Czekają w nerwowej atmosferze, bo zgłasza się coraz więcej osób.

- Poniedziałek to gorący dzień, bo przychodzą ci, którzy w weekend nie zdołali dostać się do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej - mówi dr Jacek Tlappa, szef szpitalnego oddziału ratunkowego w bydgoskim „Bizielu”.

- W ciągu dobowego dyżuru przyjmujemy nawet 200 pacjentów, z czego około 80 proc. przypadków to ludzie, którzy nie powinni być na oddziale ratunkowym. Pomoc powinien im zapewnić lekarz pierwszego kontaktu albo nocne gabinety podstawowej opieki zdrowotnej. Kiedy przychodzą? - Kiedy znajdą na ciele kleszcza albo gdy w telewizji powiedzą, że z każdym ukąszeniem pszczoły trzeba lecieć do szpitala - mówi lekarz. - Przychodzą tacy, których głowa podejrzanie długo boli albo ci, którzy rano, kiedy przyjmował lekarz rodzinny, byli w pracy i nie chcieli tracić dniówki, więc przychodzą na SOR po południu. Jest też grupa pacjentów, którzy, mimo że przyszli w stanie, który nie zagraża zdrowiu i życiu (a tylko z takim zagrożeniem bez skierowania powinien przyjmować SOR), sądzą, że należy im się

wszędzie, wszystko i od razu.


Toruńskie Centrum Zarządzania Kryzysowego przy ul. Legionów w Toruniu. Dla zwykłych mieszkańców dostępne tylko telefonicznie, gdy znajdą się w niebezpieczeństwie. Dostać się do niego można jedynie z pracownikiem i jego identyfikatorem. My wchodzimy ze strażaczką, a właściwie starszym strażakiem, Joanną Zając, poza nią dyżur przy telefonie 998 pełni dziś starszy aspirant Janusz Bredy. - Do strażaków to ludzie już ze wszystkim dzwonią: z osami, szerszeniami, z kotem, co na drzewo wszedł i zejść nie umie - mówi, pogodzony z sytuacją Janusz Bredy.

Bo takiego kota to nie ma co stresować strażacką drabiną. Taki kot to lubi po drzewach łazić, ma to w naturze. - Czasem da się to ludziom wytłumaczyć, ale jak roztrzęsiona właścicielka kota na drzewie dzwoni co dwie godziny i prosi o interwencję, wysyłamy strażaków - mówi dyżurny. - Zwykle zwierzak, który widzi, że ktoś próbuje po niego wejść, wdrapuje się jeszcze wyżej. Jednego razu akcję przeprowadzaliśmy zimą. Trzęśliśmy gałęziami, wyciągaliśmy ręce w stronę zwierzaka. Kotu jedna łapka przymarzła do konara, trzymał się na niej, ale strażakowi dotknąć się nie dał. Pamiętam akcję, do której wysłaliśmy nawet 25-metrowy wysięgnik. I to nie pomogło. Pomaga usunięcie spod drzewa tego, co kota na niego zapędziło, często wystarczy odgonić psy, odczekać, zwabić mleczkiem, „kici-kici” i kotek schodzi.

Z osami i szerszeniami to inna kwestia. Strażacy mają wykaz firm, które profesjonalnie się tym zajmują (- Usuwają owady bąkoskrzydłe - dopowiada Janusz Bredy). Pytają, czy osoba, która zgłasza się po pomoc, chce skorzystać z takiej usługi, jeśli upiera się przy interwencji straży, musi się zaopatrzyć w chemiczne środki odstraszające owady, funkcjonariusze przyjeżdżają wieczorem, kiedy wszystkie osy są w ulu i kończą sprawę.

Ludzie zgłaszają, że gałąź leży na jezdni, a wystarczy, że kierowca wysiądzie z auta i ją przesunie na pobocze. Strażacy odbierają też

sporo głuchych telefonów


i wiele wulgarnych. Najtrudniejsze są jednak zgłoszenia od kierowców, że gdzieś w pasie drogowym pali się trawa. Bo taki kierowca dzwoni (co się chwali), ale podczas jazdy. Kiedy dyspozytor prosi o podanie szczegółowo miejsca zdarzenia, kierowca niewiele ma do powiedzenia, bo dawno już je minął. Tak jest też na autostradach. - Wysyłamy wtedy strażaków na czuja, raz się uda odnaleźć miejsce, w którym się pali, raz nie - mówi Janusz Bredy.

- Żadne zgłoszenie nie pozostaje bez odzewu, zawsze udzielamy pomocy, w różnych formach - zapewnia Joanna Zając. - Nawet kiedy zadzwonił właściciel pawia, który - jak te koty - wszedł na drzewo i nie umiał zejść, pomagaliśmy w akcji ratunkowej.

Na stanowisku strażnika miejskiego, Krzysztofa Jędrzeja, wyjątkowo spokojnie. Torunianie dzwonią, by zgłosić, że na ul. Gagarina ktoś zaparkował tak, że zablokował inny samochód i że w parku jacyś mężczyźni piją alkohol, a na Wiązowej pod klatką jednego z bloków zebrała się młodzież, też raczy się piwem. („Zachowywali się tak głośno i podejrzanie, że narzeczony wyszedł po mnie dla bezpieczeństwa, bo akurat z pracy wracałam” - powie nam potem jedna z mieszkanek tego bloku).

Dyżurni kontrolujący obraz z ponad 100 kamer toruńskiego monitoringu czasem przyuważą coś zabawnego, czasem nawet oko łypnie za ładną dziewczyną, ale nauczyli się już patrzeć wybiórczo, aby obserwując równocześnie kilka monitorów, wychwycić tylko niebezpieczne sytuacje.

- Kiedyś patrzę na pomnik papieża, a tam pojawia się kobieta. Staje przed figurą, rozbiera się do naga i zaczyna się modlić. Wydawałoby się, że jest się z czego śmiać. Niestety, kobietę trzeba było odwieźć prosto do szpitala psychiatrycznego - mówi dyżurny Andrzej Chojnicki. Dużym problemem są alkoholicy. Dyżurni

niektórych wypatrują rutynowo


każdego wieczoru, bo wiedzą, że coś im może strzelić do głowy. Niektórym nadali pseudonimy, by lepiej wspólnie określać ich lokalizację. - A taki pójdzie pod pomnik Kopernika, rozepnie rozporek i… wiadomo co dalej. Nie patrzy, że widzą dzieci, kobiety. I co takiemu zrobisz? Nic nie zrobisz. Mandatu nie przyjmie, a sąd umorzy, bo szkodliwość niska. Można kazać posprzątać, ale wiadomo, taki, co porusza się krokiem chwiejno-przystankowym za dokładnie nie sprzątnie - mówi dyżurny Lech Perlik.

Wśród dyżurujących w toruńskim centrum są pracownicy urzędu miasta i starostwa powiatowego. Odbierają telefony, przyjmują zgłoszenia od dyspozytorów numeru 112, monitorują brzeg Wisły, a gdy trzeba, wydają ostrzeżenia o niebezpiecznie wysokim poziomie wody. Dziś przy telefonie Marek Łochocki: - Podnoszę słuchawkę, mężczyzna prosił, żebyśmy ratowali sarenkę.

- Gdzie pan jest, gdzie ta sarenka - pytam. „W lesie, na Barbarce” - słyszę. Tłumaczyłem, że jest u siebie, że najlepiej zostawić ją w spokoju, że matka po nią wróci. Mężczyzna nalegał, w końcu w jej ratowanie zaangażowało się schronisko dla zwierząt. Innym razem dzwoni telefon: „Przybłąkał się do mnie koń” - słyszę przejęty kobiecy głos. Przywiązała go do płotu i nie wiedziała, co dalej. Obdzwoniłem okoliczne gospodarstwa agroturystyczne, rzeczywiście kucyk uciekł z jednego z nich.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 17-08-2014 15:48

    Oceniono 3 razy 2 1

    - Ola: bardzo zdolni lekarze, zwłaszcza jeden - dopoki nie odebralam zdjecia rtg z rejestracji, co trwało tydzien moja corka siedziala w domu z noga w gipsie...dodam ze pan doktor napisal na karcie informacjnej, ze noga jest zlamana a opis zdjecia brzmial - zlamania nie stwierdza sie, co potwierdzil lekarz ortopeda.na Rejtana. W Juraszu inny lekarz gipsu nie chcial zdjac, kryjac kolege po fachu, jako powod podal zlamanie kliniczne , ktorego nie widac...rece opadaja...

    Odpowiedz

  2. 17-08-2014 12:38

    Oceniono 1 raz 1 0

    - jasio: a suchy chleb dla konia mają ale co wy wiecie o Jaremie

    Odpowiedz

  3. 16-08-2014 08:58

    Oceniono 3 razy 3 0

    - Stefan: Pomoc lekarza pierwszego kontaktu? Śmieszne. Trzeba się zarejestrować i czekać ze dwa tygodnie. Szpital z Polikliniką MSW ul. Markwarta. nie polecam!!!

    Odpowiedz