W nauce lepiej myśleć „Jak zrobić?” niż „Czy się da zrobić?”

Bartłomiej Makowski 11 sierpnia 2014

O współpracy nauki z biznesem, i tym, dlaczego warto studiować fizykę mówi dr ANNA SZKULMOWSKA, wyróżniona w konkursie „Mikroprzedsiębiorca 2014 roku”, dyrektor zarządzająca spółki AM2M, pierwszej spółki typu spin-out na UMK w Toruniu.

Doktor Anna Szkulmowska nie wierzy w odgórne regulacje w kwestii współpracy nauki z biznesem

Fot.: Grzegorz Olkowski


Senat poparł nowelizację ustawy „Prawo o szkolnictwie wyższym”, której jednym z głównych założeń jest przekazanie 75 proc. praw majątkowych do swoich odkryć naukowcom. Żenienie nauki z biznesem przebiega w atmosferze hurraoptymizmu. Słusznie?
Na hasło „uwłaszczenie naukowców” dostaję już wykwitów skórnych (śmiech). Nie wierzę w rozwiązania odgórne, które wyglądają tak: zbiera się rada starszych, duma, duma, wymyśla i wpisuje to, co wydaje jej się za stosowne. Jeżeli ustawowo zapisuje się procent, określający co, komu i ile się należy, to uważam to za mocną przesadę. Z jednej strony, pokrzywdzony może być naukowiec, który na przykład przygotuje wniosek patentowy we własnym zakresie, sam szuka inwestorów, przeprowadza analizę rynku i ponosi z tego tytułu dodatkowe koszty, a uczelnia korzysta z prawa własności do wynalazku przez pierwsze trzy miesiące i zostawia go z niczym. Jednak z drugiej strony, uczelnia łoży niekiedy na badania naukowe więcej niż równowartość tych 25 proc. W każdym razie: ktoś jest pokrzywdzony. Każda sytuacja jest niepowtarzalna, powinno się ją rozpatrywać indywidualnie. Ustawodawca chyba uważa, że naukowcy nie są w stanie dogadać się z własnym rektorem. Dlatego my, jako zespół tworzący AM2M, ubiegając fakty, spieszyliśmy się, żeby podpisać umowę jeszcze przed pierwszymi zmianami ustawowymi i wspólnie z rektorem opracować takie porozumienie, na jakim zależy obu stronom.

Jak zatem powinna wyglądać ustawa?
Naukowiec powinien mieć możliwość ustalania warunków z uczelnią. Nie można nikogo zmusić do współpracy. Pozwólmy naukowcom dogadać się z rektorami. Wydaje mi się, że nowe prawo jest skonstruowane tak, jakby na polskich uczelniach zalegało nie wiadomo jak wiele wynalazków, a naukowcy po kryjomu korzystali z zasobów swoich Alma Mater, zarabiając tym samym na swoich uczelniach, i że teraz należy ukrócić ten szaber. Ale nic takiego nie ma miejsca. Wynalazczość na uniwersytetach jest raczej skromna. Kiedy brałam udział w projekcie „Top 500 Innovators - Menagement - Commercialization”, okazało się, że w całym kraju trudno było znaleźć 500 osób z innowacyjnymi projektami.

Może próbujemy na siłę dogonić Zachód pod względem innowacyjności?
To zjawisko dobrze jest widoczne na przykładzie start-upów (firmy lub tymczasowe organizacje stworzone w celu poszukiwania modelu biznesowego, który gwarantowałby ich rozwój, przyp. red.). Podobno nie ma teraz niczego bardziej seksownego, niż powiedzieć dziewczynie, że ma się start-upa, obojętnie, co to znaczy (śmiech). A te małe przedsiębiorstwa mają zwykle bardzo krótki żywot, bo okazuje się, że wspólnicy nie mają pojęcia o biznesie, a ich usługi nie znajdują odbiorców. Taka praca wykonana w trzech czwartych. Niestety, często tak pracujemy. Studentom zwykle brakuje magicznego jednego dnia przed zakończeniem projektu, urzędnicy asekurują się, jak mogą i każda niestandardowa sytuacja budzi ich głęboki niepokój, a naukowcy podsumowują swoje prace: „Obiecujące, ale wymagają dalszych badań” i dalej już nic się nie dzieje. Gdybyśmy wszyscy pracowali najlepiej jak potrafimy i przy tym myśleli o tym, co możemy poprawić, o odbiorcy naszej pracy, gdybyśmy realizowali pomysły i potrafili je dobrze wykończyć, oprawić, to zobaczylibyśmy, jak bardzo potrafimy być innowacyjni. Pomysły niezrealizowane są nic nie warte. Małe, ale zrobione, jest lepsze niż duże i niezrealizowane.

Ale mniejszym trudniej się zarabia.
Niekoniecznie. Teraz powstaje wiele technologii „good enough”, czyli rzeczy niedoskonałych, ale wystarczająco dobrych, żeby działać na poziomie swoich podstawowych funkcji. Przykładem jest platforma Prezi (internetowe narzędzie do wykonywania prezentacji - przyp. red.), która zawiesza się bardzo często, jej płatny pakiet premium ogranicza się w skrócie do opcji pomocy, a ludzie i tak bardzo chętnie z tej aplikacji korzystają, bo jest po prostu dobra na tym poziomie, na jakim działa.

Odnieśmy to do działań naukowców. Akademicka praca kojarzy się z mozolnym wykonywaniem czynności. Jak naukowcy, przyzwyczajeni do takiego trybu pracy, mają być konkurencyjni w dobie „good enough”?
Akademik musi swoją pracę stricte naukową poprzeć teorią. To jest moja słaba strona, nie lubię tego. Uważam, że jeżeli coś działa, jest powtarzalne, to świetnie i nie muszę wiedzieć, jaki model teoretyczny za tym stoi. Jeśli pracuję dla przemysłu, to ważne jest nie to, czy moje badania są eleganckie, tylko żeby produkt, który oferuję klientowi, był niezawodny.

Czyli naukowcy muszą przestawić się na inny sposób myślenia? Uda im się?
Z przedsiębiorczością naukowców jest tak: ci, którzy chcieli zająć się przedsiębiorczością, już to robią. Nam z AM2M się udało, ale to też kwestia dobrych warunków na naszym wydziale. Świetny komfort pracy mają już studenci. W sytuacji, w której fizykę studiuje teraz około 20 osób (wszystkie roczniki), studenci mogą liczyć na indywidualne zajęcia z profesorami i udział w projektach badawczych.

Może fizyka jest zbyt ambitna dla studentów?
Powodów niewielkiego zainteresowania fizyką szukałabym raczej w tym, że wielu nauczycieli ma problem z przekazywaniem wiedzy. Za moich studenckich czasów najlepsi nie wybierali specjalizacji nauczycielskiej, a uczenie kolejnych pokoleń wymaga zapału. To też wina systemu edukacji, który działa sprzecznie. Z jednej strony, powoływane są kierunki zamawiane, które zachęcają do nauki przedmiotów ścisłych (kto by nie chciał dostawać 1000 zł miesięcznie za samo uczenie się?), z drugiej, obcina się liczbę godzin lekcyjnych w liceach. Na wydziale mamy tego świadomość i dlatego pierwszy rok studiowania to korepetycje z matematyki i fizyki.

Czyli nie dołącza Pani do chóru tych, którzy twierdzą, że studenci są coraz głupsi?
Nie. Obecnych studentów po prostu mniej do tej pory nauczono. Są też, niestety mniej samodzielni w podejmowaniu działań. Natrafiają na pierwszy lepszy problem i są bezradni. Odebrali takie wykształcenie, że domyślnie oczekują prowadzenia za rękę i szczegółowych instrukcji krok po kroku. Młodym ludziom opowiadam czasem historyjkę babci Wandy. Gdy mówiła: „Wstaw ziemniaki o drugiej”, to czasem to oznaczało włączenie kuchenki, czasem obranie ziemniaków, a czasem nawet bieg do sklepu po te ziemniaki. Właśnie taki sposób pracy staram się pokazywać młodszym współpracownikom. Do tego w rozwiązywaniu problemów trzeba być kreatywnym. Gdy myślimy „Jak zrobić?”, a nie „Czy się da zrobić?”, to udaje nam się realizować znacznie więcej, niż zakładamy. Na przykład, kiedy na potrzeby badań w AM2M szukaliśmy sposobu na jednorazowe odwirowanie dużej ilości krwi, a tradycyjne wirówki odpadały, wymyśliłam, że do tego celu równie dobrze nada się... zwykła wiertarka. Fizyka uczy kreatywności i jako nauka o otaczającym nas świecie daje do tego świetne narzędzia. To kierunek dla ludzi, którzy są ciekawi albo dla tych, którzy chcą zmieniać świat. Inżynierowie opracowują coraz wydajniejsze urządzenia i często docierają już do granic - no właśnie - fizycznych. Tymczasem fizycy starają się je przekraczać. Inżynierowie zmieniają świat w sposób ewolucyjny, a fizycy dokonują rewolucji.