Patent na gumofilca

Piotr Schutta 8 sierpnia 2014, aktualizowano: 08-08-2014 10:09

W butach z grudziądzkiej fabryki biegają dzieciaki z wszystkich krajów Europy. Dorośli Europejczycy, Amerykanie i Kanadyjczycy łowią w nich ryby, polują albo pracują w branżach wymagających obuwia superbezpiecznego.

Fot.: Piotr Schutta

Produkcję zaczęli w 1990 roku w wynajętej hali przy ulicy Dąbrowskiego w Grudziądzu, na wysłużonych maszynach sprowadzonych z byłej NRD. Upadała akurat fabryka obuwia w przygranicznym Schwedt, która wystawiła na sprzedaż kilkanaście maszyn szwalniczych i wtryskarki. Mirosław Garbacz, jego brat Grzegorz i ich bliski kuzyn Leszek Drzymalski wzięli kredyty, wysupłali oszczędności i na początek ruszyli z produkcją obuwia tekstylnego dla dzieci. Nad nazwą firmy długo nie myśleli. Lemigo to skrót od imion wspólników.


Pomysł na pierwszą produkcję podsunęło im życie, a dokładnie żona Mirosława, Ewa Garbacz, która nie mogła nigdzie kupić prostych kapci do przedszkola dla swoich dzieci.

Pierwszy strzał w dziesiątkę


Nikt nie wiedział, czy pomysł wypali, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że szanse powodzenia są duże.

Kalosze dziecięce eksportowane do Niemiec

fot. Piotr Schutta

Kalosze dziecięce eksportowane do Niemiec


- Wypalił, bo w tamtym czasie sprzedawało się wszystko. To był złoty okres. Zero konkurencji i zero towaru na rynku. Przed firmą ustawiała się kolejka samochodów przyjeżdżających z całej Polski po nasze papcie. Nasz przedstawiciel handlowy, mieliśmy wtedy jednego, prawie mieszkał w aucie - 34-letni Sebastian Rezmer, dyrektor zarządzający fabryki obuwia Lemigo te historie zna z opowieści właściciela zakładu, 60-letniego Mirosława Garbacza (po kilku latach wspólnej działalności brat i kuzyn założyli własne przedsiębiorstwa). Prywatnie jest jego zięciem. Do firmy wkroczył w 2003 roku, w innych realiach rynkowych i innym momencie rozwoju spółki.

Rozmawiamy w gabinecie teścia. Ze ścian spoglądają popiersia dzikich zwierząt upolowanych przez właściciela Lemigo w Afryce i na dalekiej Syberii. Na stoliku kawowym stoją kalosze. Chluba i klucz do sukcesu grudziądzkiej firmy, która powstała prawie z niczego, a dziś produkuje ponad 2 miliony par obuwia rocznie.

- U nas to normalne, że buty na stole stoją. Nikt się o to nie kłóci
- śmieje się Sebastian Rezmer, absolwent zarządzania nieruchomościami na Uniwersytecie Olsztyńskim. Wysoki, wysportowana sylwetka, na nosie okulary w zielonych oprawkach, na bosych stopach kolorowe klapki. Kieruje firmą na co dzień, ale w „grubych sprawach” decyduje teść, któremu trudno odmówić szczęścia i wyczucia w biznesie.

Gdy prześledzić historię firmy, łatwo odnaleźć w niej kilka momentów przełomowych, które decydowały o skokowym rozwoju spółki. Każdy z nich związany był z podjęciem ryzyka - zakupem nowej maszyny, wprowadzeniem nowej technologii - i każdy kończył się sukcesem większym niż oczekiwano. Tak było w 1997 r. W maju Mirosław Garbacz kupuje od Włochów prawie 20-letnią wtryskarkę marki Otto Gali do produkcji kaloszy, a w lipcu przez Polskę przetacza się powódź stulecia. Dla fabryki Lemigo powtarza się sytuacja z 1990 r. Ciepłe kalosze prosto z maszyny wędrują na paki ciężarówek i jadą w Polskę. Niesamowity fart rozpędza produkcję, czyniąc z niej źródło zysku na kilka lat.

EVA lekka i ciepła


Po czterech latach znowu męska decyzja i kolejny łut szczęścia. Likwidowana fabryka obuwia Otmęt z południa Polski sprzedaje 14-stanowiskową wtryskarkę do kaloszy, a w pakiecie dodaje za darmo halę produkcyjną. Mirosław Garbacz halę sprzedaje i wychodzi na czysto. Zwraca mu się koszt zakupu maszyny, która zostaje uruchomiona przy ul. Karabinierów, gdzie mniej więcej co 2 lata przybywa powierzchni produkcyjnej.

Rok 2003 to kolejny odważny eksperyment. Kiedy cały świat wyrabia ciężkie i zamarzające zimą kalosze tradycyjną metodą, czyli z polichlorku winylu, Mirosław Garbacz znowu główkuje i wspólnie z chemikami z Włoch postanawia uruchomić produkcję kaloszy z lekkiego i trzymającego ciepło nawet na mrozie octanu etylowinylu, czyli EVA. W 2003 roku sprowadza do Grudziądza pierwszą na świecie maszynę wytwarzającą buty w nowej technologii. Nowoczesne kalosze są jak piórko. Nic dziwnego, że Niemcy, czołowy odbiorca wyrobów Lemigo, kręcą nosem. Dla nich kalosz to PCV - ciężki i solidny. Wtedy pojawia się Sebastian Rezmer i daje firmie kontrakt z Biedronką. Jedną umową załatwia spółce teścia zbyt na 56 tysięcy par klapek z EVA. Obecnie zakład produkuje w tej technologii ponad milion par rocznie.

Teraźniejszość Lemigo to 250 pracowników (trzy czwarte zatrudnionych jest w produkcji). To także własny dział badawczy, przygotowujący nowe kierunki produkcji oraz eksport butów do 38 krajów świata. Do zagranicznych odbiorców trafia ponad połowa produkcji. Fabryka Lemigo ma dzisiaj dwie lokalizacje w Grudziądzu, gdzie pracuje 13 maszyn. Oprócz produkcji obuwia firma inwestuje w nieruchomości. Ma galerię handlową, prowadzi kilka sklepów sieci Biedronka i buduje własny hotel, który ma być największym w mieście. Ciągle szuka nowych pomysłów, technologii i rynków zbytu. Ostatnio zajmowała się, m.in., regeneracją znanego z PRL-u gumofilca. W wydaniu Lemigo but nazywa się „Filcak”, jest lekki, ciepły (bo z EVA) i mało siermiężny. To nie wszystko.

Chińczycy mogą się schować


- W 2012 roku, jako jedni z pierwszych, weszliśmy w technologię PU, czyli poliuretan - mówi Sebastian Rezmer.

But z tego tworzywa jest lżejszy od kalosza z PCV o 40 procent i, co najważniejsze, umożliwia wytwarzanie obuwia z certyfikatem bezpieczeństwa - dla górnictwa, przemysłu spożywczego, masarskiego, budownictwa itd. Branża BHP bowiem to kolejny, po wędkarskiej i myśliwskiej, ambitny cel, jaki postawiła sobie spółka Lemigo.

- Buty z certfikatem bezpieczeństwa można oczywiście produkować z PCV, ale to robią wszyscy i konkurencja jest olbrzymia. Postanowiliśmy więc zrobić to inaczej, a przy okazji odkryliśmy coś jeszcze. Tak narodził się but, który nazwaliśmy „New Generation” - opowiada Sebastian Rezmer i stawia na stole zielony kalosz z beżową podeszwą. But jest zaskakująco lekki. Nic dziwnego. Cholewkę wykonano z EVA, a spód z PU. Nowa technologia została opatentowana i będzie jeszcze udoskonalana.

- Teraz pracujemy nad czymś zupełnie wyjątkowym. Może za pół roku będziemy gotowi - mówią w Lemigo tajemniczo.

Ich wyroby były już nielegalnie kopiowane przez konkurencję, rodzimą (od ponad 2 lat toczy się proces z firmą z Iławy) i zagraniczną. Przodują w tym Rosjanie i Chińczycy. Ci ostatni ośmielili się wystawić „podróbkę” Lemigo jako własny wyrób na prestiżowych targach dla myśliwych i wędkarzy w Paryżu. Wybuchł skandal. Azjaci, mimo protestów, musieli schować kalosza pod ladę, ponieważ obecny na targach Sebastian Rezmer wezwał francuską policję i jej przedstawicielowi pokazał stosowny patent wraz ze zdjęciami. Francuzi nie mieli wątpliwości. Organizator targów przepraszał. Jednak na wiele to się nie zdało, bo rok później chińskie kopie Lemigo zalały rynek. Na szczęście nie trwało to długo.

- Część naszych zagranicznych odbiorców przeszła na chińszczyznę, ale w krótkim czasie do nas wrócili, przepraszając. Chińskie kalosze się rozpadały - mówią w Lemigo, nie kryjąc satysfakcji.