Zbrodnia wydobyta spod ziemi

Małgorzata Oberlan 8 sierpnia 2014

Przez 9 lat Zygmunt K., mieszkaniec toruńskiego Rubinkowa, dla rodziny i śledczych był osobą zaginioną. Jego oprawcy natomiast - drobnymi złodziejami. Sprawa się rypła przez pewnego złomiarza, a dzieła dokonali archeolodzy z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Tydzień temu prokuratorzy (na zdjęciu od lewej) Maciej Rybszleger, Artur Krause i Bartosz Grabowski mogli z satysfakcją ogłosić: znaleźliśmy zwłoki Zygmunta K.

Fot.: Jacek Smarz

- Mówię do Zbyszka ostatnio: „Patrz, Zbychu, to nam morderca kawę podawał. Miły był, usłużny. Prosić nie trzeba było specjalnie. Porządkowaliśmy stary cmentarz koło jego domu. Wychodził wywiesić pranie, tośmy spytali o tę kawę. „Nie ma problemu, chłopaki”, odpowiedział i zaraz zrobił - opowiada pan Piotr, pracownik porządkowy, dumając nad niezwykłością tego świata przy kapliczce w Kopaninie.

Dębową aleją na śmierć


Stary cmentarz i parterowy, biały dom Roberta K. oraz jego żony i córek są w centrum wsi. Od słońca budynek osłania imponujący dąb - pomnik przyrody. Przy głównej asfaltówce Kopanina dębów rośnie zresztą więcej, stąd i nazwa alei: Dębowa. To tędy 43-letniego Zygmunta K., niespecjalnie wielkiego machera od kradzionych samochodów, wieźli w bagażniku jego własnego nissana dwaj zabójcy.


To archeolodzy z UMK ostatecznie wskazali miejsce, gdzie znajdował się szkielet ofiary. 24 i 25 lipca wykonali w lesie około tysiąca ręcznych odwiertów

fot. archiwum prokuratury

To archeolodzy z UMK ostatecznie wskazali miejsce, gdzie znajdował się szkielet ofiary. 24 i 25 lipca wykonali w lesie około tysiąca ręcznych odwiertów


Zabrali go z domu w Biskupicach, gdzie akurat przebywał. „Wywabili podstępem” - jak powie później prokurator. Pobili, skopali, poddusili i zamknęli w bagażniku. W Kopaninie stanęli. Weszli do domu Roberta K. po linę i łopatę.

Stąd pognali dalej, przed siebie. Minęli wieś Obory, która nie miała jeszcze wtedy tylu domów co dziś, i wjechali do lasu. Tutaj swoją ofiarę bili dalej i zmusili do wykopania sobie grobu. Ciąg dalszy przypomina sceny z filmowego kryminału.

- Oprawcy założyli Zygmuntowi K. pętlę na szyję, a drugi koniec liny przywiązali do haka holowniczego przy samochodzie. Rozpędzonym samochodem ciągnęli ofiarę po leśnych duktach. Potem upchnęli ciało do wykopanego wcześniej dołu i zasypali - relacjonuje Maciej Rybszleger, szef Prokuratury Rejonowej Toruń Wschód.

Wszystko to działo się pod osłoną nocy, między 2 a 6 czerwca 2005 roku. Zbrodnia miała spore szanse na to, że nie zostanie wykryta, a Robert K. z Kopanina (dziś 40 lat) i Karol P. z Rubinkowa (33 lata)
- na bezkarność.

Szemrane interesy i kobieta


Kim była ofiara? Zygmunt K. był 43-letnim mężczyzną, zamieszanym w różne szemrane interesy. Poszukiwany za paserstwo, wyłudzenia, związany ze środowiskiem „rozprowadzających” kradzione samochody. Nie był też superojcem, skoro ścigano go za niepłacenie alimentów. Mieszkał na Rubinkowie. Na tym toruńskim blokowisku mieszkał też Karol P., całkiem dobrze mu znany drobny złodziej. W podtoruńskim Kopaninie (gmina Lubicz) żył natomiast drugi z oprawców - Robert K. - niewysoki, niepozorny, sympatyczny dla sąsiadów (za najbliższego miał sołtysa...).

Co koledzy tak brutalnie próbowali wyperswadować Zygmuntowi K.? Jedna z hipotez dotyczy kobiety. Konkretnie - konkubiny zamordowanego, którą miał źle traktować i która poprosiła o pomoc oprawców. Ci, zamiast poprzestać na nastraszeniu i daniu nauczki, zagalopowali się na śmierć.

Druga hipoteza mówi o konflikcie na tle jakichś finansowych rozliczeń. Jaka wersja się potwierdzi? A może przyczyna zbrodni była jeszcze inna lub było ich więcej? Obraz powinien rozjaśnić proces sądowy.

Wiadomo z cała pewnością, że po zbrodni przez 9 lat sprawcy spali w miarę spokojnie. Zygmunt K. został uznany za zaginionego. Przyczyniły się do tego, m.in., plotki rozpuszczone w jego środowisku o tym, że uciekł przed wymiarem sprawiedliwości do Włoch lub Hiszpanii. W 2006 roku wydano za nim Europejski Nakaz Aresztowania (ENA), bo poszukiwały go i sąd, i prokuratura (w sprawach alimentów, paserstwa i wyłudzeń).

Gdy sprawa wyszła na jaw


Zabójstwo ujawnił złodziej, przyłapany pod koniec maja tego roku na kradzieży złomu. Powiedział policjantom, że słyszał, jak znajoma kłóciła się o tę zbrodnię z jednym ze sprawców.

Roberta K. i Karola P. zatrzymano w sprawie kradzieży. „Dociśnięci” przez funkcjonariuszy Komisariatu Policji Toruń Podgórz przyznali się do zbrodni. Chociaż każdy z nich bagatelizował swoją role w zbrodni, obciążając kompana. - W trakcie śledztwa obaj współpracowali. Odniosłem wrażenie, że zeszło z nich jakieś napięcie. Gdy już zdecydowali się mówić o zbrodni, do której popełnienia się przyznali, to dość obficie udzielali wyjaśnień - mówi prokurator Maciej Rybszleger. - 29 i 30 maja tego roku analiza materiału dowodowego pozwoliła nam na przedstawienie mężczyznom zarzutu zabójstwa. 31 maja sąd zdecydował o ich tymczasowym aresztowaniu.

Jednego tylko współpracujący Robert K. i Karol P. nie potrafili określić: miejsca zakopania Zygmunta K. Tymczasem oskarżanie o zabójstwo bez znalezienia ciała to dla każdej prokuratury sprawa nadzwyczaj śliska. Odnalezienie zwłok stało się dla toruńskich śledczych priorytetem.

Nie pamiętał, bo był pijany?


- Obszar poszukiwań udało się zawęzić jedynie do kilkuhektarowego terenu w Nadleśnictwie Dobrzejewice. Trwające dwa miesiące poszukiwania wymagały bezprecedensowego zaangażowania prokuratorów, policjantów, biegłych, a także leśników, żołnierzy i strażaków. Najpierw szukano metalowych elementów ubioru i biżuterii, które mogły być zakopane wraz z ciałem. Użyto wykrywaczy metalu, korzystając przy tym z pomocy wojska, a nawet prywatnych poszukiwaczy skarbów. Bez rezultatu - relacjonuje Artur Krause, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Toruniu.

Śledczy wykonywali też eksperymenty procesowe z Robertem K. i Karolem P.

- Ten pierwszy podobno nie pamiętał dokładnie, gdzie zakopali ciało, bo wtedy był pijany. Możliwe, chociaż tutaj w lesie i okolicy tyle się zmieniło przez te 9 lat, że nawet gdyby był wtedy trzeźwy, mógłby tego miejsca dziś nie rozpoznać - podejrzewa pan Wiesław, mieszkaniec wsi Obory, który podpatrywał pracę śledczych.

Przełom w poszukiwaniach przyniosło skorzystanie z pomocy biegłych z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od tego momentu poszukiwania prowadzone były metodą odwiertów.

Odwiert - niuch, odwiert - niuch


24 i 25 lipca archeolodzy wykonali w lesie w sumie około tysiąca ręcznych odwiertów. Wszystkie na głębokości od 80 cm do półtora metra, bo śledczy wiedzieli już, że na tym poziomie muszą szukać. Obszar poszukiwań udało się wtedy zawęzić do 200 metrów kwadratowych.

Naukowcy za każdym razem pobierali próbkę gleby i porównywali jej strukturę. Szukali takiej, która różniłaby się od pozostałych, co oznaczałoby, że grunt był przerzucany. Dla pewności obwąchiwały ją jeszcze trzy policyjne psy - Balon, Hilza i Arbuz - sprowadzone z Bydgoszczy, Łodzi i Gdańska, i wyszkolone do wyszukiwania zapachu zwłok na wodzie i lądzie. Ostatecznie jednak to archeolodzy z UMK wskazali, gdzie jest ciało. W jednej z próbek znalazł się fragment ludzkiej kości. Potem wykopano już cały szkielet. Wraz z nim - fragment bluzki i paska.

- Biegła medycyny sądowej potwierdziła, że to szkielet mężczyzny w wieku odpowiadającym Zygmuntowi K. Ostatecznym potwierdzeniem będą jednak dla nas wyniki badań genetycznych - podkreśla Bartosz Grabowski, jeden z sześciu prokuratorów zaangażowanych w poszukiwania.

Toruńska prokuratura nie pamięta podobnej sprawy. W poszukiwaniach zwłok Zygmunta K. wzięło udział, lekko licząc, sto osób: policjanci, prokuratorzy, wojskowi saperzy, leśnicy i strażacy.

Akt oskarżenia przeciwko Robertowi K. i Karolowi P. śledczy planują skierować do sądu w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Nie kryją, że potrzeba im czasu nie tylko na przesłuchanie grona świadków, ale i liczą się z psychiatrycznymi badaniami podejrzanych. - W sprawach o zabójstwo to prawie standard - mówi prokurator Maciej Rybszleger.

Obu mężczyznom grozi dożywocie.

W jednym stali domu...


Mieszkańcy Kopanina, Obór i okolicy wciąż komentują sprawę. - O tym, że Robert K. ma związek z kradzionymi samochodami, to żeśmy co nieco słyszeli, ale morderstwo?! Jako sąsiad był spokojny, normalny. W ogóle facet taki niepozorny, średniego wzrostu, bez jakichś awantur na koncie - mówi pan Paweł z Kopanina. - Najbardziej to żal jego rodziny. Żona co najwyżej mogła coś podejrzewać. Ale córki? Tyle lat mieszkały z tatą pod jednym dachem...

To samo można powiedzieć o bliskich Karola P. z Rubinkowa. Któż z nich wiedział, czy choćby podejrzewał, że dopuścił się morderstwa?

PS. Imiona mieszkańców wsi zostały zmienione.