Pacjent ma być szczęśliwy

Piotr Schutta 1 sierpnia 2014

Rak pęcherza to intruz wredny i agresywny. Nowotwór prostaty nie ustępuje mu wrogością. Na Tomaszu Drewie i skupionych wokół niego młodych naukowcach to nie robi wrażenia. Są równie agresywni i skuteczni.

Na Oddziale Urologii Ogólnej i Onkologicznej Specjalistycznego Szpitala Miejskiego w Toruniu wykonywane są skomplikowane operacje usuwania nowotworów metodą laparoskopową

Fot.: Piotr Schutta

Nożyczki laparoskopowe to bardzo małe i bardzo ostre narzędzie. Miniaturowa też jest igła, za pomocą której chirurg przyszywa ściankę cewki do pęcherza moczowego. Swoje ruchy śledzi na wielkim monitorze zawieszonym nad stołem operacyjnym.



Dzięki powiększeniu i wysokiej rozdzielczości obrazu na ekranie widać jak na dłoni nerw zasłonowy, żyłę biodrową, pojedyncze włókienka mięśni i cieniutkie naczynia krwionośne. Białe, żółte i czerwone struktury. W rzeczywistości niektóre cienkie jak włos tu wydają się być grubymi linami. Cała operacja odbywa się wewnątrz ludzkiego ciała, do którego narzędzia wprowadzono przez pięć małych nacięć w skórze, tak zwanych portów.

Kamera w brzuchu


W środkowym porcie jest kamera, którą zawiaduje Łukasz Buchholz, student medycyny (to pierwszy krok wtajemniczenia w chirurgii laparoskopowej). W pozostałych czterech ulokowane są dodatkowe trokary, sztywne stalowe rurki uzbrojone w wymienne narzędzia chirurgiczne - do cięcia, trzymania, szycia i przypalania prądem o niewielkim natężeniu. Jedną parą operuje profesor Tomasz Drewa, drugą dr Przemysław Adamczyk. Akcja dzieje się w sztucznie wytworzonej przestrzeni, niewyobrażalnie małej, nie większej niż pudełko o wymiarach 8 na 10 centymetrów. Działania operatorów muszą być precyzyjne i zgrane, a porozumienie między nimi niemal telepatyczne.

- Przemek, weź teraz. O tak, dobrze. Jeszcze tu, uhm. Obróć troszeczkę. Łukasz, ostrość. Prawa strona i pokaż mi to bliżej - ton głosu 44-letniego profesora Tomasza Drewy jest łagodny, ale stanowczy.

Profesor Tomasz Drewa z częścią swojego zespołu naukowego w Laboratorium Biologii Molekularnej Collegium Medicum UMK

fot. Piotr Schutta

Profesor Tomasz Drewa z częścią swojego zespołu naukowego w Laboratorium Biologii Molekularnej Collegium Medicum UMK


Na sali panuje półmrok. Słychać rytmiczne pikanie aparatury monitorującej funkcje życiowe pacjenta. 58-letni mężczyzna ma raka prostaty. Cały gruczoł krokowy trzeba usunąć. Zegar na sali operacyjnej Szpitala Miejskiego w Toruniu pokazuje 9.30. Zabieg zbliża się do półmetka, a wycinanie zaatakowanej przez komórki rakowe prostaty wkracza w kulminacyjną fazę, co nie znaczy, że najtrudniejszą (potem przez kilkadziesiąt minut chirurdzy będą szyć w brzuchu pacjenta, trzymając igłę i nitkę w miniaturowych przyrządach).

- Teraz jest najważniejszy etap. Musimy odciąć prostatę od mięśnia odpowiedzialnego za trzymanie moczu. Jeśli coś zrobimy źle, to mimo że uwolniliśmy pacjenta od choroby nowotworowej, unieszczęśliwimy go na resztę życia - mówi półgłosem profesor, wpatrując się w skupieniu w obraz z mikrokamery umieszczonej wewnątrz pacjenta. Ciekawostką jest fakt, że optykę do laparoskopii produkuje młoda podwarszawska spółka Pol-Med Plus, konkurująca z zagranicznymi urządzeniami jakością i ceną.

Komfort pacjenta to ulubiony temat Tomasza Drewy, powracający w każdym niemal momencie: gdy mowa o wyższości zabiegów laparoskowych nad operacjami otwartymi; kiedy rozmawiamy o projektach badawczych zespołu profesora czy wtedy, gdy porównujemy koszty leczenia chorób nowotworowych w Polsce i na świecie.

Rak ma małe szanse


Kierowany przez profesora Oddział Urologii Ogólnej i Onkologicznej Specjalistycznego Szpitala Miejskiego w Toruniu to jedyne w naszym regionie miejsce, gdzie pacjent urologiczny traktowany jest tak kompleksowo - od rozszerzonej diagnostyki obrazowej, przez chemio- i hormonoterapię, zabiegi małoinwazyjne w kamicy układu moczowego aż po radykalne leczenie chirurgiczne w schorzeniach nowotworowych czy pionierską w Polsce terapię fizykalną, wspomagającą leczenie nietrzymania moczu.

- Najważniejsze jest to, że wykonujemy coraz więcej zabiegów małoinwazyjnych. Jest to skok jakościowy, możliwy dzięki laparoskopii i endoskopii. Jeśli usuwamy, to na przykład tylko guza, a nie całą nerkę, jak kiedyś. Rany pooperacyjne są minimalne, wszystko szybciej i lepiej się goi, jest mniej powikłań i pacjent szybko wraca do domu - mówi dr n. med. 40-letni Przemysław Adamczyk, jeden ze specjalistów stosunkowo młodego, ale już doświadczonego zespołu toruńskich urologów. Osiemdziesiąt procent wykonywanych przez nich zabiegów to ratujące życie skomplikowane operacje onkologiczne.

W przyszłym roku oddział zostanie wyposażony w nowoczesnego robota chirurgicznego da Vinci, wartego ok. 7 mln zł. Drugie w Polsce tego rodzaju urządzenie, tyle że na oddziale chirurgii, znajduje się we Wrocławiu. Zakup robota będzie możliwy dzięki grantowi w kwocie 33 mln zł, który zespół naukowców pod kierownictwem prof. Drewy zdobył w programie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju pn. „Profilaktyka i leczenie chorób cywilizacyjnych” - Strategmed.

- Robot będzie zarezerwowany do drogich zabiegów, takich jak cystektomia, czyli usunięcie pecherza moczowego z prostatą u mężczyzn lub usunięcie pęcherza z drogami rodnymi u kobiet - mówi Tomasz Drewa. - Rak pęcherza jest poważną chorobą. Rozwija się agresywnie i równie radykalnie trzeba go leczyć. Wczesne wycięcie nowotworu daje szansę na przeżycie. Tych ludzi trzeba ratować.

Chirurgia robotyczna, rozwijana od połowy lat 90. ubiegłego wieku pozwala na przeprowadzanie skomplikowanych operacji w sposób minimalnie inwazyjny. Daje też możliwość takiego wglądu w ciało człowieka, jakiego nie zapewnia nawet laparoskopia. Narzędzia robota zachowują się bowiem jak ręce człowieka, można nimi obracać, wyginać i zaglądać dzięki temu praktycznie wszędzie. Wymaga to jednak obecności specjalisty za konsolą. Bez doświadczonego chirurga da Vinci pozostaje zwykłym narzędziem, jak młotek czy skalpel, tyle że wart jest krocie.

Pierwszy na świecie


Druga, większa część grantu dotyczy badań nad sztucznie wytworzoną wstawką do odprowadzania moczu u pacjentów po resekcji pęcherza moczowego. W tej kwestii współczesna medycyna nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Wciąż trwają poszukiwania sposobów na poprawienie komfortu życia chorych, którzy przeszli taki zabieg. Badania prowadzą równolegle naukowcy z Holandii, USA i polscy badacze skupieni wokół profesora Drewy, który jako pierwszy na świecie w 2007 roku opublikował pracę naukową prezentującą model nowoczesnej protezy odprowadzającej mocz.

Młodzi naukowcy z Katedry Medycyny Regeneracyjnej Collegium Medicum w Bydgoszczy przygotowani są do rozpoczęcia szeroko zakrojonych badań, najpierw na modelu zwierzęcym, pochodzącym od świni, otrzymanym z jej komórek macierzystych. Dzięki pieniądzom z grantu prace mają ruszyć pełną parą już w październiku tego roku. Wcześniej prowadzone były badania nad komórkami macierzystymi człowieka. Szukano odpowiedzi na pytania: ile trzeba pobrać komórek, skąd i jak długo je hodować. Metoda wydaje się być genialnie prosta.

- Wyhodujemy model wstawki z komórek macierzystych tkanki tłuszczowej pobranej z brzucha pacjenta. To potrwa około 2-3 tygodni. Następnie wszczepimy wstawkę do organizmu chorego. Jest to metoda lepsza niż stosowane dotychczas wyodrębnianie wstawki z tkanki jelita pacjenta. Dużo dogodniejsza dla osoby chorej i dająca szybszą możliwość włączenia dalszego leczenia, jeśli będzie konieczne - mówi prof. Tomasz Drewa i dodaje. - Metoda ta też znacznie skróci czas operacji, co spowoduje, że cystektomia radykalna (wycięcie pęcherza moczowego i odprowadzenie moczu - przyp. red.) będzie zabiegiem dostępnym dla starszych chorych.

Obecnie taka operacja zabiera chirurgowi laparoskopowemu do 5 godzin. Starsi pacjenci nie mogą być znieczuleni tak długo. Dzięki sztucznej wstawce i zastosowaniu robota chirurgicznego czas operacji może skócić się nawet do 2 godzin. Dzięki temu cystektomia będzie rzeczywiście w wielu przypadkach zabiegiem ratującym życie.