Nie wpychać palców między drzwi [WYWIAD]

Przemysław Łuczak 25 lipca 2014

„Obecna rozgrywka między Rosją a Stanami Zjednoczonymi przypomina wydarzenia po zestrzeleniu przez lotnictwo radzieckie południowokoreańskiego samolotu pasażerskiego, który we wrześniu 1983 roku zboczył nad Kamczatkę. Doprowadziło to do bardzo ostrego kryzysu, zagrażającego wybuchem III wojny światowej”.

Wojciech Jabłoński: - Jedynym przejawem zdolności koalicyjnej SLD byłoby zamienienie się rolami z PSL w koalicji z PO

Fot.: Wojciech Kusiński

Rozmowa z dr. WOJCIECHEM JABŁOŃSKIM, politologiem z Uniwersytetu Warszawskiego.



Czy zestrzelenie malezyjskiego samolotu pasażerskiego nad Ukrainą może w jakiś sposób wpłynąć na polską scenę polityczną?
Myślę, że nie, ponieważ jest to rozgrywka między wielkimi mocarstwami, wśród których Polska pełni funkcję, delikatnie mówiąc, pomocniczą. Natomiast brutalnie mówiąc, funkcję nawet nie konia, co osła trojańskiego Stanów Zjednoczonych w Europie. Obecna rozgrywka między Rosją a Stanami Zjednoczonymi przypomina wydarzenia po zestrzeleniu przez lotnictwo radzieckie południowokoreańskiego samolotu pasażerskiego, który we wrześniu 1983 roku zboczył nad Kamczatkę. Doprowadziło to wówczas do bardzo ostrego kryzysu, zagrażającego wybuchem III wojny światowej. Wydaje się, że w obecnej sytuacji Polska, jako państwo, które w stosunkach międzynarodowych nie liczy się zbytnio, powinna zachowywać się powściągliwie.


Polska jednak, nie czekając na ustalenie, kto ponosi odpowiedzialność za zestrzelenie samolotu, wyraźnie opowiada się po stronie Ukrainy, przeciw Rosji...
To jest duży błąd. Tu już nawet nie chodzi tylko o badanie faktów, dotyczących okoliczności katastrofy, lecz o posiadanie pewnego potencjału, który jest niezbędny do aktywnego udziału w stosunkach międzynarodowych. A Polska nie posiada ani wystarczającego potencjału dyplomatycznego, ani militarnego, ani gospodarczego, żeby tak pochopnie ferować wyroki. Z drugiej strony, należy zauważyć, że w ciągu ostatnich tygodni, kiedy sytuacja w południowo-wschodniej Ukrainie się zaogniała, przybierając coraz bardziej krwawy obrót, polska dyplomacja milczała. Tak, jakby polskie władze doszły do wniosku, że ich głos niewiele zmieni, a może Polsce zaszkodzić. Dziwi więc tak głośna reakcja teraz.


Jak należy rozumieć tę nadzwyczajną aktywność PiS przed zbliżającymi się wakacjami parlamentarnymi?
PiS musi ciągle przypominać o swoim istnieniu z tego względu, że zbliżają się kolejne wybory. Wyczuwa też wyraźne osłabienie i trwałą utratę przez PO statusu niekwestionowanego lidera sondaży. Z drugiej strony, PiS chciałoby w jakiś sposób wykorzystać wątki przygasającej już afery taśmowej, ale nie ma na to konkretnego pomysłu. W momencie, gdy PiS miało okazję mocnego uderzenia w Platformę, partię Jarosława Kaczyńskiego stać było tylko na wyciągnięcie kolejny raz zgranej kandydatury prof. Piotra Glińskiego na premiera technicznego. Próba dalszego osłabienia PO, która zresztą osłabia się także bez udziału PiS, znowu okazała się mało skuteczna. PiS jednak, w sytuacji, kiedy mamy niekończący się spektakl przedwyborczy, nie rezygnuje, dążąc do przełamania dominacji Platformy nie tylko w sondażach, lecz również do wygranej w wyborach.


Czy Jarosław Kaczyński rzeczywiście dąży do zjednoczenia prawicy, czy chce jedynie wyłuskać z małych partii co bardziej znaczących polityków?
Chodzi mu nie tylko o zjednoczenie prawicy, lecz również o ugruntowanie dominacji PiS po tej stronie sceny politycznej. W sensie politycznym ma to głęboki sens. Po pierwsze, trzeba pamiętać, że Jarosław Kaczyński nie rozmawia z równoprawnymi partnerami. Nie może bowiem traktować poważnie ziobrystów i gowinowców, którzy świeżo przegrali wybory europejskie, a deklarowane dla nich w sondażach poparcie społeczne jest na poziomie błędu statystycznego. Z drugiej strony, Kaczyński zwyczajnie odgrywa się za zdradę, której niektórzy politycy dopuścili się opuszczając szeregi PiS. Dotyczy to przede wszystkim Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry, bo Jarosław Gowin zdradził kogoś innego, czyli PO. W tym momencie Gowin ma u prezesa PiS większe fory niż Ziobro. Ziobro jest notorycznie poniżany przez Jarosława Kaczyńskiego, czego wyrazem była choćby obietnica telefonu czy brak zaproszenia na konwencję zjednoczeniową. To wyraźnie wskazuje, co prezes PiS myśli o tych, którym kiedyś zapewnił lukratywne synekury w Brukseli, a którzy go zdradzili. Po prawej stronie mamy partie kanapowe, które w jakikolwiek sposób by się nie jednoczyły, cokolwiek nie próbowałyby robić bez Jarosława Kaczyńskiego, bez ryzyka utraty własnej tożsamości, nigdy nie będą stanowić realnej siły politycznej.


Czy pomysł PiS, żeby premier co miesiąc odpowiadał w Sejmie na zadawane bez ograniczeń pytania opozycji, mogą poprzeć inne partie?
Nie sądzę. Jarosław Kaczyński szuka sposobu, by wywołać Donalda Tuska do odpowiedzi. Nie musiałby tego robić, gdyby wcześniej potrafił wykorzystać swoje szanse na podkopanie pozycji PO, związane chociażby z aferą taśmową. Teraz głos Kaczyńskiego jest głosem wołającego na puszczy. Oczywiście, można zmusić premiera, by stanął w roli ucznia odpowiadającego na pytania nauczyciela, którym jest opozycja, ale pod warunkiem, że jego pozycja byłaby dostatecznie osłabiona aferami czy przegranymi wyborami. Ten warunek nie został spełniony. Potwierdzają to sondaże i wyniki wyborów europejskich, w których PiS nie zdołało przegonić PO choćby o włos. Myślę, że tak samo jak Ziobro, który nie ma żadnych atutów, żeby rozmawiać z Kaczyńskim, tak samo Kaczyński nie ma wystarczająco silnej karty przetargowej, żeby zmusić Tuska do udania się na kolanach i w worku pokutnym do politycznej Canossy. Pakiet demokratyczny PiS jest zagraniem obliczonym na to, żeby samemu narzucić tempo politycznej debaty. Bo tylko ten, kto narzuca tempo, tematy i zmusza do odpowiedzi, ma szanse na dominację. Ale Kaczyński nie ma na tyle mocnej pozycji, by to przeprowadzić.


W badaniu TNS Polska Platforma ma tylko 23 proc. i przegrywa z PiS aż o 12 proc. Czy to oznacza, że Polacy zaczynają wystawiać PO rachunek za aferę podsłuchową?
Trzeba odróżniać sondaże, będące drugorzędnym wskaźnikiem opinii publicznej, od wyników realnych wyborów. Otóż już rok przed wyborami europejskimi PiS osiągało podobne wyniki sondażowe, natomiast nie było w stanie przełożyć ich na wynik wyborczy. Więc historia jakby się powtarza. Gdybyśmy dziś mieli powiedzieć, że PiS będzie w stanie wykorzystać tę sytuację i w końcu pokona PO z przynajmniej 10-procentową przewagą, wydaje się to wątpliwe.


Czy Donald Tusk i PO mogą liczyć na lojalność swojego koalicjanta - PSL?
Z jednej strony, PSL będzie lojalny, bo nie zależy mu na przyspieszonych wyborach. Z drugiej strony jednak, będzie robiło to samo, co w dwóch koalicjach z SLD, czyli udawało, że nie ma go w rządzie. To jest ulubiona pozycja PSL: czerpać pieniądze i obsadzać stanowiska, natomiast nie brać za nic odpowiedzialności, a jednocześnie głosić, że rzekomo się ją przejmuje i stawiać się w roli politycznej dziewicy. Partia, która w zasadzie pójdzie z każdym do władzy, ma być sumieniem polskiej polityki, jedyną sprawiedliwą formacją. To jest znany język PSL, na którym jednak niewiele można ugrać. Poza tym PSL, jak pokazuje nam ostatnia wolta Waldemara Pawlaka, ma duże trudności wewnętrzne. Wydaje się, że nadzieje związane z Januszem Piechocińskim zostały już wyczerpane. PSL paradoksalnie znalazło się w szachu. Mogłoby wprawdzie przed wyborami wyjść z koalicji i udawać opozycję, tyle tylko, że takiej partyjnej drobnicy, jaką by się stało, jest wiele i nic na takim posunięciu by nie zyskało.


Dostrzega Pan możliwość porozumienia SLD z Twoim Ruchem?
Sprawa rzekomego zakopania topora wojennego między Twoim Ruchem a SLD ma bardziej propagandowy niż realny charakter. Na pewno wspólną cechą tych dwóch partii jest ich słabość. Po stronie Sojuszu jest pełna stagnacja, bo partia nie jest w stanie rozbudować swojego elektoratu. Młodzież do SLD nie idzie, natomiast ten stary, postpeerelowski wymiera. Szanse Sojuszu na zdobycie władzy są nikłe. Jedynym przejawem zdolności koalicyjnej SLD byłoby zamienienie się rolami z PSL w koalicji z PO. Jeśli, oczywiście, te dwie partie w ogóle przetrwają następne wybory parlamentarne. Wówczas SLD przez kolejny, nominalnie czteroletni sezon polityczny, będzie tylko i wyłącznie słabł jako nieskuteczna opozycja, tracąca swój elektorat. Po drugiej stronie mamy Janusza Palikota, który w zasadzie już schodzi ze sceny politycznej, ale tonący Leszka Millera się chwyta. Nawiązując do tego, co kiedyś Miller powiedział o Ziobrze, gdybyśmy do zera mieli dodać zero, oczywiście mam na myśli potencjał polityczny tych dwóch partii, a nie kwalifikacje moralne polityków, to i tak wyjdzie zero. I siedzenie zawsze będzie z tyłu.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 28-07-2014 19:11

    Oceniono 3 razy 3 0

    - Poalk: Dlaczego tacy mądrzy ludzie jak ten pan nie zajmują się polityką ? ano dlatego że wszystkie stanowiska zajęte są przez debili..

    Odpowiedz