Panie władzo, bądź pan człowiekiem

Piotr Schutta 25 lipca 2014

Polski pirat drogowy może mieć twarz płaczliwej kobiety albo rysy pana po sześćdziesiątce. Może być kierowcą tira użalającym się nad swoim losem albo błagającą o litość blondynką. Może być każdym z nas. Łamiemy przepisy, a potem się obrażamy.

Ten nieoznakowany radiowóz policji podobno doskonale znany jest piratom drogowym w naszym regionie

Fot.: Piotr Schutta

Gadamy przez telefony komórkowe, wjeżdżamy na czerwonym świetle, zajeżdżamy innym drogę, przekraczamy dozwoloną prędkość. Potem zwalamy winę na innych i mieszamy w to rząd Donalda Tuska, kościół, teściową, pracodawcę oraz ciężkie czasy.

- Ludzie nie potrafią uznać swoich oczywistych błędów. Zamiast przyznać się do wykroczenia, narzekają na kraj - mówi starszy sierżant Sebastian Rink, siedem lat w drogówce.

Piratus pospolitus


Wsiadamy do ciemnografitowego opla insignia, który ma pod maską 220-konny silnik i jest w stanie dogonić motocykl. Ale największa jego zaleta to fakt, że jest radiowozem nieoznakowanym, wyposażonym w wideorejestrator i inne elektroniczne wynalazki, dzięki którym widać jak na dłoni, do czego może być zdolny polski piratus pospolitus. Obok sierżanta Rinka zajmuje miejsce posterunkowa Monika Weder, niecałe 2 lata służby.


Godziny szczytu. Dzień upalny. Skrzyżowanie w centrum miasta. Zapala się czerwone światło. Nagle obok radiowozu przemyka srebrny mercedes B-klasy.

Za kółkiem mężczyzna pod sześćdziesiątkę. Na szyi złoty łańcuszek ze znakiem zodiaku. Oczywiście zdziwiony i zaskoczony, ale nietracący pewności siebie. Do policjanta: - Na zielonym weszłem - upiera się. - A na żółtym schodziłem.

- Przejechał pan na czerwonym świetle. Kiedy inne pojazdy się zatrzymały, pan dodał gazu, zamiast nacisnąć hamulec - tłumaczy cierpliwie policjant, ale do kierowcy nic nie dociera.

- To oznacza mandat w wysokości 500 złotych i sześć punktów karnych. Popełnił pan jedno z najniebezpieczniejszych wykroczeń - nie traci cierpliwości sierżant Rink.

- Pan żartuje chyba. Zielone było - powtarza. I zaczyna się niepoważna przekomarzanka.
Policjant: - Na pewno nie.

Złoty łańcuszek: - Na pewno tak.

Trwa to dłuższą chwilę.

- Przyjmuje pan mandat czy kierujemy sprawę do sądu? - pyta w końcu policjant.

Dyskusja się przedłuża. Człowiek z mercedesa opowiada o tym, że uczył kiedyś jazdy i że zna starszych kolegów policjanta. Ostatecznie lądujemy w radiowozie przed monitorem wideorejestratora.

- No, może było żółte, jak wjechałem - mówi uparciuch po pierwszym obejrzeniu materiału. Oglądamy jeszcze raz. - Proszę spojrzeć. Inne samochody stanęły, jest czerwone, teraz pan wjeżdża - pokazuje starszy sierżant.

Dopiero w tym momencie pirat zdobywa się na cień refleksji: - No, błąd - z trudem przyznaje, a ciszej dodaje: - Ja widziałem zielone.

- Całe szczęście, że nic się nie stało. Gdyby pan wjechał sekundę później, na naszych oczach doszłoby do poważnego wypadku.
- Nieeee... - zaprzecza znowu kierowca i teraz zaczyna się targować o kwotę mandatu.
- Przyjmuje pan czy nie?
- Przyjmuję, ale trzysta. Bądź pan człowiekiem.
Policjant „człowiekiem” nie jest i do rąk mężczyzny wędruje kwitek na 500 złotych. Ten jest obrażony.

Tłumaczenie pana z mercedesa to klasyka. „Późne żółte”, „na pograniczu”, ale nigdy czerwone. To samo jest z rozmawiającymi przez telefony komórkowe. Grozi za to 200 złotych i 5 punktów.

Co ja powiem mężowi?


- Jeżdżę tyle lat. W życiu nie byłam złapana. Pan prezes do mnie zadzwonił. Musiałam odebrać. Zlitujcie się państwo nade mną - głos blondynki z citroena zaczyna się łamać, by nagle z tonu płaczliwego przejść w rzeczowy. - A ja bym upomnienie poprosiła. To się więcej nie powtórzy - zapewnia rezolutnie.

Policjanci nie mają złudzeń. Pouczenia nie robią na nikim wrażenia. Skrucha i postanowienie poprawy przechodzą sprawcom w sekundę po odjeździe policji.

- Niedawno kobieta po siedemdziesiątce, która przejechała na czerwonym świetle, pokazała mi środkowy palec. Jechałam prywatnym autem. Wiem, jak zachowują się kierowcy, kiedy nie ma w pobliżu policji - mówi Monika Weder.

Komórkowcy za kierownicą to plaga. Kilka minut później mija nas kobieta w granatowym volkswagenie transporterze. Telefon przyklejony do ucha. Kierownica w jednej ręce. Samochód wypełniony zabawkami.

- Jeżeli ktoś odbierze telefon, ale zaraz zakończy rozmowę, nie robimy problemu. Jeśli natomiast rozmowa się przedłuża, musimy interweniować - mówi Sebastian Rink.

Zatrzymujemy transportera. Sympatyczna z początku kobieta rozpoczyna dyskusję z policjantką i kiedy orientuje się, że nie uniknie mandatu, coś w niej pęka. Zaczyna płakać, a potem staje się uszczypliwa.

- Wszyscy popełniają wykroczenia. A pan to jeździ zawsze 30 i 50 na godzinę? - pyta policjanta. Potem czepia się rządu, by za chwilę wrócić do sierżanta. - Z mężem rozmawiałam. Co ja mu teraz powiem? Jakby pan nagle przerwał rozmowę z żoną, to by pomyślała, że jest pan nienormalny - brnie kobieta.

- Tak jest na każdej służbie. Kilkanaście razy dziennie jesteśmy świadkami takich reakcji kierowców. Kilkadziesiąt razy w tygodniu - podsumowują policjanci. Dowiadują się, kim są i kim nie są. Wysłuchują przedziwnych osobistych historii, wynurzeń i narzekań.

Prywaciarz mnie goni


- Domek mi się spalił. Możecie to sobie sprawdzić w Internecie - wypala kierowca czerwonego mana z naczepą. Wyprzedzał na zakazie. W dodatku nie miał zapiętych pasów bezpieczeństwa. Bo zapomniał. Powinien zapłacić 600 złotych, ale Monika Weder proponuje 200.

Dlaczego pędził jak szalony? Bo za trzy godziny skończy mu się limit dozwolonego czasu jazdy na tachografie, a chce być jeszcze dzisiaj w Gdańsku. Kto odpowiada za pośpiech? Oczywiście pracodawca.

- Prywaciarz mnie goni. Każe nam jeździć, a my się w czasie nie wyrabiamy. Niech stówka będzie. Proszę was. No proszę. Ciężko mi jest - woła śpiewnie 30-letni mężczyzna. Kiedy policjanci zajęci są wypisywaniem mandatu, na boku przyznaje, że aniołkiem nie jest. Zgadza się. Z bazy danych wyskakuje informacja, że w 2008 roku powtarzał egzamin na prawo jazdy.

Monika Weder spogląda na zegarek. - Zostały mu dwie godziny. Nie wiem, jak on chce zdążyć do Gdańska.

Na drugim końcu miasta jeszcze gorsza historia. Kierowca potężnej scanii zostaje zatrzymany za jazdę bez pasów.

Kiedy posterunkowa wysłuchuje w kabinie narzekań starego szofera, sierżant Rink ogląda dokładnie pojazd i woła kierowcę. Opony naczepy są popękane. W każdej chwili mogą wystrzelić. Pęknięta jest też przednia szyba ciężarówki.

- Jak ja powiem pracodawcy, że takim wozem nie jadę, to każe mi się zwolnić - broni się kierowca i prosi o... policyjną eksortę do wulkanizatora.

- Nie, no to są jaja - nie wytrzymują policjanci. Okazuje się, że fatalna scania przeszła przegląd techniczny sześć dni temu. Oczywiście bez zarzutu. Jak to możliwe?

- Może na przeglądzie zamieniono opony na mniej zużyte. Słyszy się o takich przekładkach - domyśla się sierżant Rink.
Osa na motocyklu

Kierowca z Grudziądza, jak się okazuje wicemistrz świata w kolarstwie torowym, ma na liczniku powyżej 140 km/h tam, gdzie można jechać setką. Z godnością przyjmuje karę. Trzy stówki i 8 punktów.
- Ale ci z pasata też przyciskali
- dodaje jednak po chwili z wyrzutem, że tamci nie zostali ukarani.
- Jechaliśmy za panem. Nie da się jedną ręką zatrzymać tego kierowcy, a drugą tamtego - tłumaczą policjanci.

Kwadrans później wpadamy na kolejną komórkę. Młody mężczyzna z opla nie ma nic na swoją obronę. Oprócz... siedzącej obok żony w zaawansowanej ciąży. Pędzą do szpitala na poród, który, zgodnie z przewidywaniami lekarza, powinien się odbyć trzy dni temu.
- Skurcze... nie są częste, ale... bardzo... bolesne... - mówi kobieta, chwytając z trudem powietrze. Kończy się na pouczeniu.
Na koniec patrolu sytuacja absurdalna. Jadący zbyt szybko motocyklista, którego doganiamy na światłach, na widok policjantów podnosi gwałtownie szybkę w kasku i odzywa się płaczliwie: - Władzo, błagam, użądliła mnie osa w oko.

Motocyklista drży, ma odruch wymiotny, nie chce podpisać porządnie pokwitowania mandatu. Po przyjeździe karetki jeden z ratowników na boku do policjantów: - Zbadaliście go na trzeźwość? Chciałem was o to poprosić, bo się dziwnie zachowuje.
Policjanci potakują, że sprawa załatwiona. Czysty. Chwilę później świadkowie zdarzenia zastygają zakłopotani, gdy motocyklista nie umie przypomnieć sobie nazwiska narzeczonej.

- To z nerwów - uspokajają ratownicy, uśmiechając się ukradkiem.

Ostatecznie po motocykl przyjeżdża narzeczona, a użądlony karetką jedzie do szpitala.

- Mandat dostał? Zabiję go - podsumowuje wybranka serca rycerza szos.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 27-06-2017 15:32

    Brak ocen 0 0

    - Tomek: A ja właśnie dziś poznałem Panią Monikę Weder - w tej chwili już sierżant. Oczywiście podczas kontroli drogowej. Bardzo miła i sympatyczna oraz cierpliwa i kompetentna osoba. Takich policjantów/ek więcej !!! Pozdrawiam. Tomek

    Odpowiedz

  2. 01-08-2014 12:24

    Oceniono 1 raz 1 0

    - Domel: czy policjanci nie słyszeli dotychczas określenia "ciemnopomarańczowe"? :D

    Odpowiedz