In vitro skończyło roczek

Katarzyna Bogucka 25 lipca 2014

Ministerstwo Zdrowia mówi o sukcesie rządowego programu, ale praktycy zwracają uwagę, że resortowe dziecko idealne nie jest. Punktują niejasne kryteria oceny konkursowych ofert ośrodków wykonujących zabiegi zapłodnienia in vitro, brak pełnej kontroli nad tymi placówkami, niedostatki w przestrzeganiu praw pacjenta.

Z 3-letniego programu leczenia niepłodności skorzysta około 15 tys. par. W pakiecie są trzy darmowe cykle zapłodnienia i refundacja leków

Fot.: Dariusz Bloch

Medialną burzę rozpoczął Związek Polskich Klinik Leczenia Niepłodności, który zadał ministerstwu 40 pytań, publicznie sygnalizując swoje wątpliwości co do, m.in. kryteriów oceny uczestników konkursu. Przypomnijmy, że pierwszy konkurs ofert dla klinik zainteresowanych rządowym projektem in vitro odbył się w ubiegłym roku.


Wyłoniono wówczas 25 ośrodków. W tym roku do projektu zakwalifikowało się 31 placówek. - Niestety, nasz wniosek o unieważnienie konkursu ministerstwo odrzuciło, a od decyzji resortu nie ma odwołania. Związek jako czynnik społeczny może tylko apelować. Zwracaliśmy uwagę na nieprawidłowości. Kryteria były zmieniane w czasie konkursu tak, że wprawdzie ludzie wiedzieli, co będzie oceniane, ale nie wiedzieli do końca jak, mieli więc kłopot z późniejszym ustosunkowaniem się do przyznanej im punktacji - mówi dr Sławomir Sobkiewicz, prezes Związku Polskich Klinik Leczenia Niepłodności.

Później pojawili się kolejni sceptycy, m.in. stowarzyszenia promujące in vitro, ale także ginekolodzy, zwracający uwagę, że wśród uczestników drugiej edycji konkursu na realizowanie rządowego programu pojawiły się ośrodki praktycznie nieznane, o których wynikach w leczeniu niepłodności niewiele wiadomo, a na specjalistycznych forach, które są ważnym źródłem informacji dla par, próżno szukać choćby jednej opinii na ich temat.

Ile jest ośrodków?


- Jestem członkinią rady programu zdrowotnego leczenia niepłodności metodą in vitro (działa przy Ministerstwie Zdrowia), znam osiągnięcia ośrodków, nie jestem więc, mówiąc oględnie, entuzjastką klinik, które wyrastają jak grzyby po deszczu, co do których nie ma pewności, że mają bogate doświadczenie w medycynie rozrodu - mówi Anna Krawczak, przewodnicząca Stowarzyszenia „Nasz Bocian”. - Niestety, w Polsce brakuje ustawy, nie ma systemu certyfikacji i rejestracji, więc teoretycznie każdy może założyć działalność typu, mówiąc żartobliwie, „Krawaty wiąże, kreuję ciąże”. Nasze stowarzyszenie stara się temu zaradzić - prowadzi monitoring tej branży. Według naszej wiedzy w Polsce jest ok. 50 klinik zajmujących się zapłodnieniem pozaustrojowym, ale może być ich więcej. Pełnych danych nie ma ani ministerstwo, ani Polskie Towarzystwo Ginekologiczne czy Polskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu.

Zdaniem Anny Krawczak, problemem, po 27 latach od pierwszego in vitro, jest nieprzyzwyczajenie ośrodków do społecznej kontroli, do urzędowego monitoringu i certyfikowania. - Brakuje instytucji, które orzekałyby, biorąc jednocześnie na siebie odpowiedzialność, czy danym ośrodkom wolno wykonywać swoją pracę, ponieważ jest zgodna z pewnymi standardami, czy nie powinny pracować, bo np. nie są w stanie zagwarantować przestrzegania podstawowych zasad bezpieczeństwa.

„Nasz Bocian” wkrótce rozpocznie ogólnopolski audyt klinik zajmujących się niepłodnością, a punktem wyjścia do tej kontroli będą relacje par, które korzystały z pomocy ośrodków leczenia niepłodności i opracowane na tej podstawie standardy jakości usług. - Wspomniane standardy powstały dzięki wypowiedziom 722 par - mówi Anna Krawczak.

- Uprzedzam w tym momencie zarzut o niepotwierdzoną autentyczność internetowych wypowiedzi. Starannie obserwujemy nasze forum, które jest bodajże jednym z lepiej moderowanych forów w Polsce i chyba najszczelniejszym, bo czuwa nad nim aż 22 moderatorów. Nie mamy problemu z identyfikacją adresu IP i wiemy, że jest kilka klinik, które często podszywają się pod pacjentki. Fałszywe wpisy natychmiast usuwamy. Wracając do ankiet, wynikające z nich standardy pracy przedstawiliśmy klinikom z prośbą, by zastosowały proponowane rozwiązania (muszę przyznać, że oczekiwania pacjentów wyprzedzają o lata świetlne to, co oferują niektóre ośrodki).

Jak traktuje się pacjentów?


Wiosną stowarzyszenie wyśle do ośrodków, które zgodzą się poddać kontroli, przeszkolonych audytorów, specjalizujących się w przepisach dotyczących medycyny rozrodu, biegłych w prawach człowieka, kształconych przez PTG i PTMR.

„Nasz Bocian” sprawdzi, m.in. czy mężczyźni oddają nasienie w godnych warunkach, w zamkniętym pokoju, a nie w ciasnej toalecie, do której stoi kolejka, jakie informacje znaleźć można na stronie internetowej, na jakim sprzęcie pracuje ośrodek, czy jawny jest cennik, czy wystawia się rachunki, wreszcie czy w trakcie procedury nie pojawiają się koszty ukryte. - Pary twierdzą, że kliniki (chodzi o konkretne placówki) każą sobie płacić za dodatkowe, ale wydaje się, że niepotrzebne badania (to kwestia trudna do udowodnienia), choć te są refundowane przez NFZ. - mówi przewodnicząca.

Zwraca także uwagę na dyskryminację „rządowych” pacjentów. - Mamy sygnały, że przyjmowani są nierzadko po godzinach, umawia się ich na końcu kolejki komercyjnej albo konsultuje w wyznaczone dni, co jest przecież niezgodne z założeniami ministerialnymi. Ujawnimy nazwy zarówno tych klinik, które się na audyt zgodzą, jak i tych, które odmówią. Ośrodek wzorowy nie ma się czego bać, bo my nie gramy przeciwko lekarzom, ale dla dobra pacjentów. Wiem, że większość ośrodków, zwłaszcza te dłużej istniejące i większe, spełnia europejskie standardy - jest pewna Anna Krawczak.

- Jestem ostrożny w entuzjazmie - mówi ginekolog pracujący w jednym z polskich ośrodków leczenia niepłodności, który prosi o zachowanie anonimowości. - Mam zastrzeżenia chociażby do rankingów skuteczności, które ustawiają top klinik na podstawie suchych liczb, nie podając ważnych czynników: wieku pacjentki i rodzaju schorzeń pary. Te parametry wpływają przecież na powodzenie procedur in vitro. Niejasne są dla mnie kryteria przyznawania pieniędzy.

Obawiam się, że ośrodki mogły sztucznie zawyżać pułap swoich możliwości, podawało się bowiem w ofercie liczbę zabiegów, jaką ośrodki planują wykonać w ramach programu przy swoich możliwościach realizacyjnych (czyli liczbie personelu). Po drugie, to zaskakujące, że konkurs wygrywają podmioty kompletnie nieznane, o niejasnym dorobku w dziedzinie sztucznego zapłodnienia. Czyżby zmniejszyły się wymagania wobec nowych podmiotów? - sugeruje lekarz. Twierdzi, że podczas ubiegłorocznego konkursu kontrole z ministerstwa były nadzwyczaj skrupulatne (wiązały się z przyjazdem komisji oceniającej), a teraz ministerstwu wystarczyło pisemne potwierdzenie prawdziwości faktów, zapisanych we wniosku konkursowym. Jego zdaniem, to zbyt duże zaufanie do oferentów.

Czy kontrole były wnikliwe?


Ministerstwo Zdrowia odniosło się do powyższych zarzutów. Rzecznik resortu, Krzysztof Bąk, tłumaczy, że w programie i w ogłoszeniu konkursowym wcale nie został określony wymóg posiadania określonego doświadczenia przez ośrodek in vitro.

- Do postępowania mogły przystąpić również nowo powstałe ośrodki, jeżeli tylko spełniały wszystkie niezbędne warunki formalne i merytoryczne - wyjaśnia. Na zarzut o odmienne kryteria kontroli podczas drugiej edycji programu odpowiada, że ubiegłoroczny konkurs był całkowicie odrębnym postępowaniem i nie miał wpływu na wyniki konkursu w roku bieżącym.

Każdy z oferentów składał oświadczenie, w którym deklarował, że dane zawarte w jego ofercie są prawdziwe.Kryteria oceny, zdaniem Krzysztofa Bąka, były jasne. Punkty przyznawano, m.in., za stopnie naukowe i doświadczenie, za rodzaj stosunku pracy i czas pracy poszczególnych specjalistów. Osobna ocena dotyczyła doświadczenia pracowników w realizacji in vitro, liczby cykli zapłodnienia, sprzętu.