Po czterdziestce jeszcze w roli kochanki, później już tylko - babci

Paulina Błaszkiewicz 22 lipca 2014

Rozmowa z DOROTĄ KOLAK, aktorką Teatru Wybrzeże, szerszej publiczności znaną z seriali „Przepis na życie” i „Barwy szczęścia”.

Fot.: mwmedia


Po tym, w jaki sposób umawiałyśmy się na ten wywiad, mam wrażenie, że jest Pani bardzo zorganizowaną kobietą...
Niestety, nie. Ostatnio zapomniałam, że powinnam być na egzaminie wstępnym studentów, a stało się tak dlatego, że odwołano mi próby w teatrze. Szczęście, które dała mi ta wiadomość, spowodowało, że straciłam rozum. Dobrze się stało, że duża komisja egzaminacyjna poradziła sobie beze mnie.

W Teatrze Wybrzeże, z którym od lat jest Pani związana, jest Pani niekwestionowaną gwiazdą. Do tego trzeba dodać pracę w serialach i filmach? Musi być Pani wzorem dla swoich studentów. Jacy oni są?
Różne rzeczy słyszałam o młodym pokoleniu, ale z moich obserwacji wynika, że są to ludzie otwarci, kontaktowi, fajnie myślą, potrafią się bawić, mają odrobinę szaleństwa, ale są też pracowici i doskonale wiedzą, czego mają pilnować i jak się zachować w teatrze. Z aktorstwem jest trochę tak jak z medycyną. Nie da się go nauczyć z książki. To coś, co trzeba przerobić na własnym ciele i własnej psychice. Czasami w aktorze coś pęka dopiero po czterdziestce.

Zawodowy sukces po czterdziestce... Czy tak było w Pani przypadku? Chodzi mi oczywiście o kino i serial, bo w teatrze grała Pani z powodzeniem cały czas.
Tak. Ma pani rację, ten sukces przyszedł, ale nie po czterdziestce, tylko po pięćdziesiątce. Po czterdziestce aktorka może jeszcze zagrać kochankę. Później zostają już tylko te matki i babcie.

Za mało jest ról dla dojrzałych aktorek w polskim kinie?
Zdecydowanie za mało, ale u mnie co jakiś czas coś się zdarza. Chwilę temu skończyłam zdjęcia do „Carte Blanche” Jacka Lusińskiego z Andrzejem Chyrą w roli głównej. Oczywiście, marzy mi się duża rola w filmie. Nie będę ukrywać, że praca przed kamerą jest największą przyjemnością dla aktorki, a jeśli mogę zagrać kobietę, która ma problemy, to wtedy jestem podwójnie szczęśliwa.

W ubiegłym roku można było zobaczyć Panią na dużym ekranie w dwóch przejmujących rolach - Maryli w „Dniu Kobiet” i Zofii w filmie „Chce się żyć”, ale nie odmawia też Pani pracy w serialu...
Domyślam się, o co chce mnie pani zapytać... Jak słyszę, że aktor nie ma pracy i mówi, że musi się chwytać seriali, to szlag mnie trafia. Serial to też jest praca, którą trzeba dobrze wykonać. Tyle w tej sprawie. Trzeba wziąć pod uwagę to, że aktorzy są taką nacją, która jest dwa razy niezadowolona w życiu - jak gra i jak nie gra.

A może po prostu czekają zbyt długo, aż coś się zdarzy i stąd bierze się to niezadowolenie.


Jeśli zapytałaby mnie pani, co jest potrzebne w moim zawodzie, to bez wahania odpowiem, że szczęście. Lubię powtarzać, że to nie aktor robi rolę, tylko rola robi aktora. Trzeba bardzo kochać ten zawód przy całej świadomości, że on miłością się nie odwdzięcza. Nikt do mnie nie dzwoni, obsada mnie omija, a koleżanka gra siódmą dużą rolę - tak to często wygląda od kuchni.

Pani to nie dotyczy. Powiedziała Pani kiedyś, że zamiast siedzieć na ławce w warszawskim teatrze, woli Pani grać na mniejszej scenie, ale grać...
Faktycznie. W moim życiu tak się ułożyło, że to mnie koleżanki zazdrościły. Intensywność pracy przed kamerą - coś czego bardzo długo nie miałam, przyszła do mnie niedawno i przyniosła wiele radości. Być może dzieje się tak również dlatego, że zawsze staram się wybierać swoje role kontrastowo.

Po roli alkoholiczki wybiera Pani wspomnianą babcię?
Scenariusz Agnieszki Pilaszewskiej do serialu „Przepis na życie” trochę mnie zaskoczył. Miałam w końcu grać babcię, która ma 15-letnią wnuczkę! Odetchnęłam i pomyślałam: „Czemu nie?” Są dziewczyny, które robią wszystko wcześniej i ta moja serialowa córka może być jedną z nich. Na początku nie wszyscy wierzyli też w naszą czwórkę. Nikt nie zakładał, że grupa starszych emerytów to będzie coś interesującego. Dopiero później okazało się, że wielu ludzi zaczyna się identyfikować z tymi postaciami, że mogą być jakąś inspiracją do zmian.

Czyli do tego, że na emeryturze coś jeszcze wypada?
Ile razy słyszałam: Dżinsy - nie wypada, skórzana kurtka też nie, jak idę do fryzjera, to tylko po to, żeby się bezpiecznie uczesać... Tej odrobiny szaleństwa obawiamy się ze strachu, że ktoś nam powie: „Już nie wypada”.

A Pani zastanawia się nad tym, co wypada?
Zawsze, gdy idę kupować jakieś ciuchy, to za uchem brzęczy mi głos mojej córki, który mówi: „Czy ty tak pójdziesz do swoich studentów?” Jeżeli ja sobie odpowiem: „Nie, tak nie pójdę do studentów na egzamin”, to odwieszam sukienkę. To jest moja autocenzura.

Jest coś, do czego Dorota Kolak jako kobieta ma słabość?
Odpowiem jako kobieta i aktorka. Mam słabość do butów na obcasie. Po prostu je kocham i mam nadzieję, że moje problemy z kręgosłupem są tylko chwilowe. Mój zawód polega głównie na staniu. Godzinami stoi się na scenie i przed kamerą. Wygodne buty to jedna z podstawowych rzeczy dla aktora. Kiedy przygotowują się do roli i mam spotkanie ze scenografem, to nawet nie obchodzi mnie to, co będę miała na głowie, lecz to, jakie będę miała buty