Przez Europę w obcym mundurze

Krzysztof Błażejewski 18 lipca 2014

Pod presją, w strachu o siebie i bliskich, przywdziewali znienawidzone kurtki i płaszcze w kolorze feldgrau i szli na front. Do końca życia wstydzili się tego. Ich wojenne losy, często bogate i barwne pozostawały rodzinną tajemnicą.

Jednym z ulubionych zajęć żołnierzy Wehrmachtu w okupowanych w czasie wojny greckich Salonikach było męczenie miejscowych Żydów. Służący w niemieckiej armii Polacy starali się nie brać w tym procederze udziału i współczuli prześladowanym.

Fot.: bundesarchiv

Józef Lewandowski wykupił w biurze turystycznym tydzień pobytu na Krecie. Wyleci tam samolotem z Bydgoszczy, więc będzie miał wygodnie. Zamieszka co prawda w Chanii, ale najważniejszym punktem pobytu na tej greckiej wyspie będzie dla niego wizyta w pozostałościach labiryntu Minotaura i zwiedzenie Iraklionu, największego miasta Krety. Tam właśnie, ponad siedemdziesiąt lat temu przez niemal pół roku przebywał ojciec Józefa, nieżyjący już Stanisław. Jako żołnierz Wehrmachtu.


- Ojciec niechętnie opowiadał o swoim pobycie w hitlerowskiej armii - mówi Józef. - Mnie to nie interesowało w dzieciństwie, więc nie ciągnąłem go za język. Za to kiedy dochodziło do spotkań rodzinnych i sąsiedzkich - a w armii niemieckiej służył także ojca brat i kuzyn, zresztą prawie w każdej rodzinie w naszej wsi ktoś dzielił ten sam los - wspomnień było co niemiara. Wiedziałem jednak już dostatecznie wcześnie, że nie są to historie do opowiadania w szerszym gronie, a już szczególnie trzymałem język za zębami w szkole i w pracy.

Śladami krewnych


Lewandowski dopiero teraz, kiedy wszyscy członkowie rodziny, którzy służyli w Wehrmachcie już nie żyją, postanowił odwiedzić wszystkie miejsca, w których przebywali. A lista to była długa...

Do klasztoru na szczycie góry Monte Cassino wojska niemieckie weszły dopiero w lutym 1944 roku po zbombardowaniu obiektu przez aliantów. Wcześniej hitlerowcy dotrzymywali słowa danego papieżowi Piusowi XII, że benedyktynów pozostawią w spokoju

fot. bundesarchiv

Do klasztoru na szczycie góry Monte Cassino wojska niemieckie weszły dopiero w lutym 1944 roku po zbombardowaniu obiektu przez aliantów. Wcześniej hitlerowcy dotrzymywali słowa danego papieżowi Piusowi XII, że benedyktynów pozostawią w spokoju


- Śmiałem się na myśl, że ja podróże po Europie rozpoczynam dopiero po pięćdziesiątce - mówi Lewandowski - a ojciec i stryj zwiedzili ją już za młodu. I byli w różnych miejscach nie tydzień czy dwa, jak ja, ale całe miesiące.

Lewandowski najpierw śladami swoich krewnych pojechał do Rosji. Do Stalingradu. Był też później na Uralu, w Czelabińsku, a za trzecim razem wybrał się do Saratowa. Potem jeździł do Francji, Niemiec i Włoch, objechał całe Bałkany. Teraz wybrał się na Kretę.

- Popatrzę na te same mury, na to samo morze - mówi. - Napiję się tego samego wina, skosztuję tych samych owoców. Będzie to dla mnie kolejne ważne przeżycie, podobnie jak wszystkie poprzednie podróże.

Lewandowskiego martwi jednak to, że podróż do ostatnich już miejsc z listy może okazać się bardzo trudna. Pozostały mu Sewastopol, Mariupol i Donieck. - Trzeba było jechać, póki na Ukrainie był spokój - mówi. - Człowiek uczy się całe życie.

W niemieckiej armii w czasie drugiej wojny światowej służyły tysiące mieszkańców Pomorza narodowości polskiej. Ich wcielenie do wrogiego przecież wojska, do armii okupanta i agresora, stanowiło wynik różnych okoliczności. Było niezwykłym przeżyciem dla nich samych i ich rodzin. To był skutek podpisania przez wiele rodzin z naszego regionu wniosku o przyjęcie do tzw. trzeciej grupy niemieckiej listy narodowościowej, do czego powszechnie doszło w 1942 roku, kiedy hitlerowcy zastraszyli Polaków, stawiając warunek: albo wpis, albo „potraktowanie na równi z najgorszymi wrogami”.

Z „Rotą” na Ostfront


- Ojciec wspominał - mówi Józef Lewandowski - że samo zgłoszenie się do poboru i przejazd na szkolenie rekruckie do Strasburga we Francji praktycznie przepłakał, tak mu wówczas było ciężko. Niewiele pomagało, że w wagonach kolejowych zapanowała wspólnota, bo jechali sami Polacy wcieleni do Wehrmachtu. Kiedy tylko pociąg ruszył, rozległo się głośne „Jeszcze Polska nie zginęła”. Niemcy nie uciszali. Potem, już za Berlinem, na którejś ze stacji spotkali taki sam pociąg, jadący w inną stronę. I jedni, i drudzy śpiewali na całe gardło „Nie rzucim ziemi”, póki któryś z Niemców, znający widocznie „Rotę”, nie zagroził oddaniem ich w ręce żandarmów.

Po szkółce w Strasburgu, pod koniec 1942 roku Stanisław dostał krótki urlop. Był w domu. Kiedy zgłosił się do wskazanej jednostki, dowiedział się, że trafi na Kretę, do garnizonu w Iraklionie. Ucieszył się, że ominie go front wschodni. I zazdrościł poprzednikom, którzy zostali skierowani do Afrika Korps.

- Ojciec wspominał - dodaje Józef - że miał na Krecie złote życie. Grudzień, w Polsce normalnie śnieg, a tam cieplutko, nawet chodzili się kąpać. Dzień w dzień pili wino i krążyli po mieście, flirtując z Greczynkami. W ten sposób ojcu udało się po dłuższym czasie nawiązać kontakt z miejscowym ruchem oporu. Umówił się nawet z Grekami, że kiedy alianci zaatakują, on się u nich ukryje, a oni upozorują potem jego śmierć, aby rodzina w Polsce nie cierpiała.

Niestety, Lewandowskiego z Krety odwołano i przeniesiono wraz z całą jednostką na kontynent, do Salonik. Tu przeżył jeden z najdziwniejszych dni w swoim życiu. Podczas przepustki spotkał na ulicy... swojego brata Władysława, o którym nie miał żadnych wieści od miesięcy. Wiedział jedynie, że wzięto go na front wschodni, co było wyjątkiem. Niemcy bali się bowiem, że Polacy w mundurach Wehrmachtu będą powszechnie dezerterować do Armii Czerwonej z uwagi na łatwość dogadania się. Nie rozumieli, że mało który z polskich poborowych miał ochotę zostać żołnierzem wojsk znienawidzonego Stalina i wszyscy cieszyli się, że wysyłka na front wschodni ich omijała.

Okazało się, że młodszy Lewandowski po kampanii krymskiej i zajęciu Sewastopola przeniesiony został pod Stalingrad. Stamtąd jego oddział, w obawie przed szybkim poddaniem się Rosjanom, wycofano i skierowano właśnie do Grecji.

„Ożył” na widok Bułgarów


Z Salonik Stanisław Lewandowski trafił do Jugosławii, a właściwie w góry Macedonii. Tu znów się dogadał z partyzantami Tito, że do nich dyskretnie dołączy, ale i tym razem wcześniej został przeniesiony. Tym razem do Bułgarii. Tam trafił w środek prawdziwej wojny. Podczas szturmu partyzantów Lewandowski świadomie nie wycofał się z oddziałem. Zaległ w okopie, udając martwego. „Ożył” dopiero na widok Bułgarów. Tak trafił do ich obozowiska, skąd został przekazany w ręce obecnych już w tym kraju wojsk Armii Czerwonej. Mimo zapewnień, że jest Polakiem, że wcielony został przymusowo do Wehrmachtu i nigdy nie wystrzelił ani jednej kuli do żołnierzy Armii Czerwonej, skierowany został na swoistą „kwarantannę” do obozu niemieckich jeńców wojennych w Mariupolu nad Morzem Azowskim na obszarze obecnej wschodniej Ukrainy, a potem do Żdanowa, dzisiejszego Doniecka. Jesienią 1945 roku został zwolniony i wrócił do Polski.

Helena Lewandowska wniosek o wpisanie na niemiecką listę złożyła, bo nie wytrzymała presji miejscowych Niemców i lęku o przyszłość dzieci. Mąż zmarł w 1937 r. Została sama z czwórką dzieci. Najstarszy, Stanisław, w 1942 r. miał 22 lata. Wpis i zgłoszenie się dwóch synów do poboru nie uratowało Lewandowskiej z dwójką pozostałych dzieci od wysiedlenia. Musieli opuścić zajmowane mieszkanie i przenieść się do sąsiedniej wsi do krewnych. Dobytek Lewandowskich przydzielono Niemce z Besarabii. Kiedy Lewandowska protestowała u miejscowych władz, dowiedziała się, że ma „stulić pysk”. Na odchodne usłyszała jeszcze, że winna teraz modlić się, aby żadnemu z jej synów nie przyszło do głowy zdezerterować z Wehrmachtu. Gdyby tak się stało, natychmiast miała z pozostałym rodzeństwem trafić do obozu w Stutthofie.

Głupi jak Polak


Młodszy z braci, Władysław, z Salonik trafił do Serbii, gdzie miał walczyć z miejscowymi partyzantami. Podczas którejś z potyczek w desperacji postrzelił się sam w nogę. Liczył na to, że titowcy zabiorą go w góry. Oni jednak pozostawili Lewandowskiego na polu walki, gdzie znaleźli go Niemcy. Na szczęście nie stwierdzili samookaleczenia, za co groziły straszne konsekwencje. Trafił do polowego szpitala, gdzie za namową spotkanego Polaka z Grudziądza zaczął udawać... głupiego. Musiał robić to na tyle dobrze, że zostawiono go w spokoju. Pod koniec wojny został ewakuowany do Bawarii, gdzie doczekał wyzwolenia i najszybciej z całej rodziny wrócił do domu.

Kuzyn Lewandowskich, Roman Witkowski, do Wehrmachtu trafił najpóźniej z całej rodziny, dopiero latem 1943 roku, kiedy osiągnął wymagany wiek poborowy. Przed wojną Witkowscy mieszkali w Toruniu. Musieli przenieść się do babci Romana na wieś w Bory Tucholskie, bowiem jeszcze we wrześniu 1939 r. wyrzucono ich z mieszkania.

Roman do szkółki trafił do Ansbergu w Bawarii. Prosto stamtąd skierowany został na front włoski, który cofał się już wówczas na południu Italii pod naciskiem wojsk sprzymierzonych. Najpierw kompania pozostawała w odwodzie dla oddziałów broniących linii Gustawa, a w lutym 1944 roku, po zbombardowaniu przez aliantów klasztoru na górze Monte Cassino, zajęła w nim pozycje obronne. Po dwóch miesiącach zażartych walk oddział Romana został ze wzgórza wycofany. Niebawem na Monte Cassino zawisła biało-czerwona flaga.

- Wuj Roman wiedział, że klasztor szturmują Polacy. Bardzo się cieszył. Liczył, że uda mu się przedostać do swoich. Bardzo jednak bał się o rodzinę w kraju. Czekał na okazję i się jej nie doczekał. Potem pojechał na na Węgry, pod Szeged. Tam trafiła go kula, przebiła płuco. Ocknął się w sowieckim szpitalu. Dowiedział się potem, że miał wyjątkowe szczęście, ponieważ komendant szpitala polowego Armii Czerwonej miał polskie korzenie i kiedy dowiedział się, że tu walczyli Polacy, stanowczo nakazał pozbierać wszystkich rannych żołnierzy i o nich zadbać.

Wielkanocne śniadanie


Roman Witkowski po wyzdrowieniu odbył jeszcze jedną „przejażdżkę”. Tym razem w ramach „odkupienia win wobec narodów radzieckich” pojechał do Czelabińska, gdzie pracował w pobliskiej kopalni. Do Polski wrócił dopiero na Wielkanoc 1946 roku. Tego dnia po raz pierwszy od wielu lat cała rodzina Lewandowskich i Witkowskich usiadła razem do śniadania. Mieli co opowiadać...

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 08-11-2014 10:52

    Oceniono 1 raz 0 1

    - emeryt21: Jednym słowem dziadkowie z Wehrmacht'u. Dobrz,ze to nasza gazeta i nie czyta jej jakiś zakuty pisowiec, bo zaraz wszyscy byliby wysiedleni z Polski.

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz