Pluszowy apartheid w kulturze

Paulina Błaszkiewicz 18 lipca 2014

Rozmowa z prof. TOMASZEM SZLENDAKIEM, socjologiem, dyrektorem Instytutu Socjologii UMK w Toruniu.

„Czas Polaków” to nowy projekt badawczy realizowany przez Pana oraz profesora Krzysztofa Olechnickiego dla Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Czego konkretnie dotyczy ?


Obserwujemy, jak kulturalnie „wyżywają” się Polacy, jak dzisiaj uczestniczą w kulturze. A robią to na dwa sposoby. Po pierwsze, biorą udział w kulturze wydarzeniowej, która sprowadza się do eventów. Zapanowała nam w Polsce wielozmysłowa kultura eventu. Polega ona, w skrócie mówiąc, na tym, że jeśli przez trzy dni w jednym miejscu nie ma wszystkiego - od piwa i kaszanki po teatr i koncerty - to Polak nie bierze w tym udziału. Wszystkie bodźce muszą być zgromadzone w jednym miejscu o jednym czasie, najlepiej krótkim, z uwagi na to, że pracujący Polacy, których stać na bilet na Openera, mają bardzo mało czasu do wykorzystania. Urlop się skraca, a nie wydłuża. Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy człowiek non stop przebywa w pracy, dlatego nie powinno dziwić to, że Polak stara się w sposób ekonomiczny skorzystać z kultury. Stąd Opener i inne festiwale, których się w Polsce namnożyło. Mamy kulturę eventową dla osób dobrze uposażonych, czyli dla polskiej klasy średniej z dużych miast.

A dla tych z małych miast?


Pozostaje święto, na przykład Święto Leszcza, skądinąd bardzo sympatyczne, Dni Chleba albo dni miast. Dni Chełmży trwają na przykład trzy dni. Osoby mniej uposażone korzystają z kultury w ten sam eventowy sposób jak te uposażone lepiej, tyle że jakość rozrywek i wykonawcy, z jakimi mają do czynienia, są inne. Uczestniczą przez trzy dni w tym, co zapewni im samorząd. Z drugiej strony, mamy też do czynienia w Polsce z zamykaniem się w subświatach internetowych. Jeśli Polacy nie jadą na eventy, to zamykają się w subświecie piwowarów, cosplayerów albo miłośników tradycyjnej mody męskiej - w świecie drobnych subkultur, które zajmują się sobą, odcinając się w ten sposób od głównego nurtu kultury. Inaczej mówiąc, znaczna część Polaków odcina się od telewizyjnego kabaretonu czy od kiczowatego Opola. Przebywają w swoich kulturowych subświatach albo uczestniczą w bardzo wyrafinowanych przedsięwzięciach, jakimi są festiwale. Jeśli mówimy o Openerze czy Orange Warsaw Festivalu, który ostatnio rozkwitł, to są to wydarzenia na absolutnie światowym topie. Obserwujemy wzmożoną konkurencję pomiędzy nimi. To, że na Openera w tym roku nie przyjechało tyle osób, ile rok temu, jest efektem ewidentnej konkurencji warszawskiego festiwalu, który na miejscu zaproponował nowym warszawskim mieszczanom coś równie bogatego i wyrafinowanego.

Powiedział Pan, że ludzie korzystają z kultury w ten sam sposób i że mamy do czynienia z wszystkologią, ale różnice klasowe chyba też widać?


Oczywiście, że widać. Widać je nawet na imprezach kierowanych do wszystkich - do szerokiego grona odbiorców; od najbiedniejszych do najbogatszych, od małomiasteczkowych do wielkomiejskich. Mamy tu do czynienia z tzw. pluszowym apartheidem. Selekcjonuje się tu publiczność na lepszą i na gorszą, tylko ta publiczność stara się tego nie dostrzegać. Dla lepszych są krzesełka i czyste toalety, dla gorszych - kocyk i dwa toi toie na tysiąc osób. Ostry podział klasowy widać, gdy obserwuje się poziom imprez - są te dla bogatszych i wykształconych, i te za darmo, dla klasy ludowej. Badania nad kulturą prowincjonalną prowadziliśmy w miejscowościach poniżej 15 tysięcy mieszkańców, gdzie mamy selekcję wykonawców festynowych na poziomie żony burmistrza czy wójta, jeśli wydarzenie dzieje się w gminie. Nie ma wyspecjalizowanych instytucji kultury, a jeśli są, to często są opozycyjne względem władzy samorządowej. Ktoś decyduje o tym, że pojawiają się głównie kabarety. Oczywiście występuje cały zestaw gminnych wykonawców: orkiestry dęte, cheerleaderki, chóry. Wszystkie osoby, które coś kulturalnego robią w gminie, a jest ich mnóstwo, przewijają się przez scenę. A jeśli chodzi o wykonawców profesjonalnych, to najczęściej są to osoby nieobecne w obiegu mainstreamowym. Powiedziałbym, że jest to alternatywny obieg internetowo-discopolowy. Mamy w końcu cztery czy pięć kanałów discopolowych, które prezentują zamknięty program dla mniejszych miejscowości. Kiedy przyglądamy się temu bardzo uważnie, to widzimy, że wykonawcy występujący na lokalnych dyskotekach albo dniach gminy są całkowicie nieznani w dużych miastach. Wszystko to jest za darmo, to znaczy za pieniędze publiczne, które są dzielone przez władze samorządowe. Takie wydarzenie są dofinansowane, co w praktyce oznacza, że im gmina bogatsza, tym weselszy i bardziej telewizyjny kabaret w niej występuje.

To z jaką kulturą mamy do czynienia? Z taką, która jest do niczego?


Absolutnie nie. Nie jest do niczego, ponieważ zapewnia ludziom poczucie bycia z sobą. Mówiąc fachowym językiem, kultura robiona przy takich okazjach jak Dni Chleba czy Leszcza ma funkcję relacjogenną. Ludzie cieszą się, że coś się w ogóle wydarza, że coś dzieje się w ich gminie. Nie ma, ich zdaniem, żadnej kultury złej, kultura jest wyłącznie dobra, dlatego że ludzie mogą się ze sobą spotkać i z tego się naprawdę cieszą. Nie ma wybrzydzania w stylu: „E tam, jakiś Kings Of Leon, ile razy ich można oglądać” i siedmiu much w nosie, jak w przyypadku wielkomiejskich konsumentów drogich festiwali.

Pieniądze, które trzeba wydać na Openera, są przykładem snobizmu?


W tym momencie być może już tak, natomiast kiedy ten festiwal się rozwijał, było niezwykle istotne to, co jest tam prezentowane, ponieważ to wyznaczało horyzont gustów nowo powstającej klasy średniej, czyli tych heretyków kulturalnych, którzy powyrzucali telewizory z domu i czerpią wiedzę o kulturze z sieci. Ta grupa ludzi w Polsce się poszerza. Jej gust się rozwija, a dzieje się tak za sprawą treści, które są przemycane w sieci, oraz tego, co oferują takie imprezy jak Opener, który edukował ludzi tak samo jak teraz Coke Live Music, Tauron czy Off Festiwal Artura Rojka. Są to wyrafinowane przedsięwzięcia przede wszystkim w stosunku do tego, co dzieje się „za darmo”. Mamy tu do czynienia z rodzajem snobizmu. Bilet kosztuje swoje, przy czym uczestnicy tych wszystkich festiwali muszą długo zbierać pieniądze albo męczyć mamusię czy tatusia, żeby te pieniądze pozyskać. Bądźmy uczciwi, nie zawsze przyjeżdżają tam 40-letni dyrektorzy z dużych korporacji, których na to stać. To młodzi, aspirujący ludzie z budującej się klasy średniej. Nie chodzi mi przy tym o krytykowanie tego rodzaju przedsięwzięć, ponieważ one mają ogromny wymiar edukacyjny i pchają kulturę do przodu. Trzeba jednak umieć spojrzeć na nie z zewnątrz i wtedy widzimy efekt ich oddziaływania w postaci separacji światów. To już nawet nie jest Polska A i Polska B, tylko elita, która bardzo mocno oddziela się od reszty. Na poziomie kultury, czyli czegoś, co powinno nas społecznie spajać oraz budować pewien wspólny kanon, mamy do czynienia z intensywnym odpływaniem od siebie klas społecznych. To przypomina grodzone osiedla.

Myśli Pan, że byłoby dobrze gdyby na przykład Mela Koteluk, nazywana artystką alternatywną, występowała i na Openerze, i na Dniach Leszcza?


Byłoby świetnie. Oczywiście ona nie ma szans tam dotrzeć, ponieważ nie ma jej w telewizorze i RMF Maxxx. Kiedy badaliśmy kulturę prowincjonalną, ludzie nie byli w stanie podać nam nazw zespołów czy wykonawców, których słuchają. Był odsłuch kontekstowy i sytuacyjny. Pytaliśmy: „Czego Pan słucha?” „Tego, co leci” - padała odpowiedź. „Ale czego, co leci?” - dalej dłubiemy w człowieku. „No, jak jadę samochodem, to leci, jak zmywam naczynia. to leci”. Kobiety mówiły nam, że kiedy im smutno, to słuchają czegoś smutnego. „Ale czego konkretnie Pani słucha?”, pytaliśmy. „No, czegoś smutnego, wie pan...” Jeden z naszych wniosków jest taki, że do tych ludzi nie ma szans dotrzeć coś, co jest nawet średniowyrafinowane, ponieważ oferta prezentowanych im festynów zamyka się na kabaretach. Podaje się tym ludziom to, co i tak do nich wcześniej dociera, czyli disco-polo i kabaret. Najwyższy poziom wyrafinowania to humor na poziomie serialu „Ranczo”. Cieszyłbym się, gdyby taka Mela Koteluk od czasu do czasu pojawiła się na dniach gminy. Nawet jak jeden na dziesięciu powiedziałby, że to jest fajne, byłoby dobrze. Ja też, gdy miałem 10 lat, słuchałem Modern Talking. Człowiek musi przejść kulturalną ewolucję, ale ona zawsze wiąże się z dostępnością rozmaitych kulturalnych bodźców, które teraz do ludzi nie mają szans dotrzeć. Ludzie nie wiedzą, że mogą coś polubić, bo daje im się to, co już i tak lubią.

Teczka osobowa


Prof. Tomasz Szlendak, socjolog


- Bada przemiany obyczajów w kulturze zachodniej, style życia, przemiany w kulturze, zwłaszcza polskiej oraz biospołeczne uwarunkowania życia seksualnego. Zajmuje się śledzeniem trendów. W polu jego zainteresowań naukowych znajdują się też psychologia ewolucyjna, socjoantropologia relacji płciowych i socjologia konsumpcji.

- Samokontrolujący się sceptyk, konserwatywno-liberalny socjalista, czechofil, pożeracz książek, miłośnik psów mający kota, podróżnik mimo woli, kucharz amator, posiadacz dwóch tysięcy płyt, ewolucjonista z zamiłowaniem do konstruktywizmu, niekontrolujący się kolekcjoner krawatów.