Cuda z lnu czy pic na wodę?

Piotr Schutta 13 lipca 2014

W jednej ze swoich książek napisała, że nie wystarczy dziś unikać szkodliwych tłuszczów i konserwantów. Doradzała, by przy wyborze produktów żywnościowych trzymać się jak najbliżej natury.

Fot.: Thinkstock

Zdobywająca coraz większą rzeszę zwolenników białkowo-olejowa dieta dr Johanny Budwig to nic innego jak powrót do natury i próba przywrócenia równowagi w organizmie człowieka już na poziomie komórkowym. Tak przynajmniej zapewniają jej propagatorzy, których znajdziemy nie tylko wśród dystrybutorów ekologicznej żywności, ale i pośród ludzi doceniających zdrowy styl życia.
Istotą tej metody jest spożywanie dużych ilości zmielonego siemienia lnianego i oleju lnianego zmieszanego z odtłuszczonym twarogiem (tzw. pasta dr Budwig), ponieważ są one bogate w niezbędne wielonienasycone kwasy tłuszczowe z grupy omega-3.

Zasady są proste


Przez 50 lat pracy badawczej i terapeutycznej m.in. z pacjentami nowotworowymi, ta zmarła w 2003 roku niemiecka biochemiczka i farmaceutka doszła do wniosku, że podstawą problemów zdrowotnych współczesnego człowieka jest niedobór w organizmie kwasów omega-3. To ich brak stoi za tzw. chorobami cywilizacyjnymi.Wskazywała jednocześnie, że nasza żywność, nasycona konserwantami, oraz dieta obfitująca m.in. w wysoko przetworzone tłuszcze roślinne sprawiają, iż w komórkach człowieka odkłada się za dużo kwasów z grupy omega-6.


Dzięki wieloletnim badaniom tłuszczów i poszukiwaniom, opartym na porównywaniu próbek krwi osób chorych i zdrowych, zauważyła, że choroby nowotworowe rozwijają się gwałtownie u osób z niskim poziomem kwasów omega-3.

W publikacjach, codziennej praktyce i działalności naukowej Johanna Budwig propagowała swoją dietę przede wszystkim jako sposób na przeciwdziałanie chorobom nowotworowym. Podkreślała jednak, że jej metoda może mieć szerokie zastosowanie, będąc skuteczną również w przypadku innych chorób. Wymieniała 50 różnych chorób cywilizacyjnych, w których leczeniu okazały się pomocne jej zasady żywieniowe. Twierdziła, że pomogła 2400 osobom chorym na raka i inne schorzenia.

Podstawowe zasady tej metody są proste i bardzo przypominają to, co mamy w tzw. diecie śródziemnomorskiej. Chodzi o wyeliminowanie albo przynajmniej zredukowanie w naszej codziennej diecie tzw. złych tłuszczów, a zastąpienie ich bogatym w omega-3 siemieniem i olejem lnianym oraz innymi produktami pochodzenia organicznego. Według Europejskiej Akademii Nauk Dietetycznych minimalna dobowa dawka kwasów omega-3 powinna wynosić 200 mg. Producenci dostepnych w aptekach suplemantów omega-3 piszą z kolei o dawce 300-700 miligramów na dobę.
Samo nasycenie organizmu tłuszczami z grupy omega-3 nic jednak nie da, jeśli nie ograniczymy spożywania tłuszczów szkodliwych i konserwantów.

Dlatego przynajmniej w pierwszym miesiącu stosowania diety absolutnie zabrania się spożywania tłuszczów zwierzęcych, także margaryny i masła oraz niskiej jakości tłuszczów roślinnych. Zakazane są wszystkie gatunki mięsa łącznie z wędlinami, soki zawierające dodatek cukru lub konserwantów, biały cukier, tłuste wypieki.

Kartka dla parówki


To, co bardzo podkreślają zwolennicy owej diety, to konieczność ograniczenia spożywania produktów mocno przetworzonych, jako wysoce szkodliwych dla ludzkiego organizmu. Tak więc czerwoną kartkę powinny dostać w pierwszej kolejności m.in. wszelkie produkty mięsne wytwarzane metodami przemysłowymi, takie jak: kiełbasy, parówki, konserwy mięsne. Wszystkie one bowiem obfitują w polepszacze i utrwalacze smaku, substancje konserwujące, azotyny i azotany odpowiadające za barwę mięsa.

- Nie badałam nigdy tych kwestii naukowo, ale prywatnie z tym poglądem zgadzam się jak najbardziej. W naszej diecie za mało jest kwasów wielonienasyconych, a za dużo ciężkich kwasów. Ryby morskie, warzywa, owoce, oliwa z oliwek - to polecam. Czyli dietę śródziemnomorską, lekką i naturalną. A jeśli mięso, to wołowe, dużo zdrowsze od wieprzowiny, albo drobiowe - mówi dr Olga Haus, genetyk i spcjalistka chorób wewnętrznych, kierująca Katedrą i Zakładem Genetyki Klinicznej Collegium Medicum UMK.

Nawet gorący propagatorzy metody dr Budwig przyznają jednak, że nie jest ona metodą oficjalną, uznaną przez medycynę. Odradzają więc zastępowanie nią standardowej terapii, zwłaszcza w onkologii.

- Nie znam diety dr Budwig, ale wszelkie takie rzeczy to dla mnie pic na wodę fotomontaż. Jestem przeciwnikiem wszelkich tego typu historii w leczeniu chorób nowotworowych - odpowiada krótko dr Jerzy Tujakowski, konsultant wojewódzki w dziedzinie onkologii klinicznej.